O spektaklu...

"Kupieckie kontrakty" - reż. Paweł Miśkiewicz - Teatr Dramatyczny w Warszawie

"Kupieckie kontrakty", spektakl według tekstu Elfriede Jelinek, w reżyserii Pawła Miśkiewicza, którego polska premiera miała miejsce 3 marca 2012 roku, pod względem wyboru problematyki zdaje się nie mieć wiele wspólnego z dotychczasową twórczością noblistki. Nietypowa jest też klasyfikacja gatunkowa utworu, napisanego w 2009 roku, określanego mianem "komedii gospodarczej", będącego żywą reakcją na wciąż aktualny kryzys finansowy i zarządzanie pieniędzmi przez banki, wszelkiego rodzaju fundusze powiernicze oraz towarzyszącą mu pustą, bełkotliwą retorykę medialną. Utwór Elfriede Jelinek, której w 2004 roku przyznano Nagrodę Nobla za "demaskowanie absurdalności stereotypów społecznych w powieściach i dramatach", podkreślając jednocześnie "nadzwyczajną lingwistyczną pasję" w twórczości, zaprezentowano 17 czerwca 2012 roku w ramach festiwalu "Walka Czarnucha z Europą". Teatr Dramatyczny, gdzie w sąsiedztwie wciąż jeszcze krąży duch niezwykle popularnych KDT, z których siłą usunięto kupców, to doskonałe miejsce na premierę "Kupieckich kontraktów".

Temat tragikomedii, finansowa plajta i będący jej rezultatem rozpad kryteriów wartości, jest mało oryginalny. Jednak Jelinek nie stara się o nadanie tekstowi charakteru specjalistycznego wykładu na temat stosunków ekonomicznych rządzących współczesnym światem. Pisząc o sektorze bankowym, lokatach, akcjach, obrocie kapitałem używa trudnego, ciężkiego, nieraz do bólu cynicznego języka. Jej dramat, to przede wszystkim słowa. Z ich pomocą, z dystansem, ironią i swoistym humorem autorka stara się parodiować nowomowę finansistów. Ale nieodparte wrażenie banału i pustosłowia nie pozwala do końca cieszyć się spektaklem. To, co fascynuje w twórczości Jelinek, artyzm słowa, niekoniecznie sprawdza się za każdym razem. Ale reżyser w teatrze może dużo, bardzo dużo. Paweł Miśkiewicz, koncentrując się na obecnych w tekście refleksjach dotyczących idei zjednoczonej Europy, miał dużo pomysłów i na tym koniec. A przecież język, jako formę, trzeba jakoś ubrać.

Inscenizacja zaczyna się w dość intrygujący sposób: widzowie, podzieleni na grupy maszerują za przewodniczką - jedną z ubranych w identyczne czarne garnitury, z białymi kołnierzykami menadżerek - do pokoju, by odczytać na głos wyświetlany na ścianie tekst, kilkuzdaniowe frazesy. Jednak zaangażowanie publiczności nie ma swego dalszego ciągu, potem jest już ona tylko biernym słuchaczem, również własnego nagrania, odtworzonego w połowie przedstawienia. W sali im. H. Mikołajskiej na pierwszym piętrze PKiN, widzowie zaproszeni są do zajmowania krzesełek, ustawionych naprzeciwko dużego, podłużnego, drewnianego stołu. Głos należy teraz do chóru marionetkowych, groteskowych finansistek w mundurkch, pod przewodnictwem Katarzyny Figury, głównego bankiera. Zostajemy zalani potokiem mowy, słów rodem z umów bankowych, którym brak logicznej struktury. Ciągi skojarzeń, paradoksy, podkreślają możliwości manipulowania językiem, używania go do własnych, egoistycznych celów. Spektakl mówi o podstawowym towarze, czyli samych pieniądzach, które są jednocześnie celem i środkiem całej tej gry rynkowej, za które można kupić wszystko, wszystkich i pieniądze. My, klienci jesteśmy elementami wielkiego "łańcucha finansowo-pokarmowego" - większy pożera mniejszego, ten z kolei połyka fundusze konsumentów. W rezultacie "zostało nam wielkie NIC. Nasza wartość wynosi zero". Kolejnym przewodnikiem po pogrążonym w kryzysie gospodarczym świecie jest widmo z Doliny Śmierci, Stanisława Celińska. Zgodnie z zamysłem reżysera oglądamy ją jako główną bohaterkę projekcji wideo, niestety, dość marnej jakości i technicznie nieprzemyślanych. W przyrodzie rzekomo nic nie ginie, nawet kamienie wędrują, tylko pieniądze zniknęły bez śladu... . Znużony słowotokiem widz, wyraźnie traci zdolność percepcji słuchowej, a ratować próbuje go - choć może nie do końca zamierzenie - bankrut samobójca (Krzysztof Ogłoza), otwierając na oścież okno i blokując je gigantyczną kukłą, symbolem kapitalizmu. Niektórzy z orzeźwionych pragną jedynie opuścić wyziębioną salę, bądź zdobyć kawałek ciepłego koca.

Gwiazdą spektaklu jest z pewnością Katarzyna Figura, która grając ciałem, sprawnie operując językiem, jego barwą, tonem, umiejętnie przybliża widzowi zawiły i poplątany język Jelinek. Pozostałe aktorki - Anna Gorajska, Natalia Kalita, Anna Kłos-Kleszczewska, jako drobni przedsiębiorcy, próbują jej dorównać. Doskonałe w scenie rytualnego niszczenia ogromnej kukły Boga - Menadżera, wypruwają mu brzuch (wypełniony sznurkami, gałganami) , a jedna z nich wpada do wnętrza lalki. Krzysztof Ogłoza, w swym przejmującym, acz naiwnym monodramie, zagranym z wyczuciem i siłą, przekonuje publiczność, iż samobójstwo jest koniecznością, a on, zabijając własną rodzinę, wybrał jedyne wyjście. Teraz bezskutecznie próbuje zabić i siebie, namawiając nas wszystkich do zbiorowego samobójstwa.

Spektakl się kończy i pozostaje wielki znak zapytania - po co o tym przez bez mała dwie godziny? Obiegowe, powszechnie znane prawdy, zlepione i "odegrane" na scenie. Dramat miał swój czas kilka lat temu, teraz są to tylko "odgrzewane kotlety, w dodatku słabo przyprawione".

Anna Czajkowska
Teatr dla Was
19 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia