O życiu na Podlasiu i aktorstwie

Rozmowa z Andrzejem Zaborskim

- Podlasie ma najlepsze drogi, najlepszy mamy też nabiał i bimber. Nigdzie nie ma takiego bimbru, jak na Podlasiu. Pił pan kiedyś Ducha Puszczy? A słyszy pan, jak to dumnie brzmi? - pyta Andrzej Zaborski. Z aktorem z Białegostoku rozmawiamy m.in. o poprawnej polszczyźnie, Podlasiu, życiu i ludziach.

Nazywa się pan Andrzej Beya-Zaborski. Jakie są pana korzenie?

- Już wyjaśniam. Nazywani się Andrzej Zaborski. A Beya to mój pseudonim artystyczny. Dlatego, że ja również jestem muzykiem. A dokładnie zawodowym perkusistą i przez wiele lat ostro grałem jazz i rock. I tak ten Beya już ze mną został.

To dtugograł pan na tej perkusji?

- Oj... prawie 30 lat. Zacząłem, kiedy miałem 17- Tłukłem się po świecie i występowałem z różnymi zespołami.

To jak pan trafił do aktorstwa?

- Trochę przez przypadek. To znaczy w pewnym momencie ze swoją ówczesną dziewczyną, a obecną małżonką, zastanawiałem się, co mam dalej robić w życiu. A już wtedy byłem po wojsku. Wymyśliłem więc sobie szkołę aktorską. Poszedłem na egzamin i go zdałem.

To co, zle było panu z tą perkusją?

- To znaczy... to był taki okres, kiedy graliśmy jazz, który był wtedy muzyką niszową. Zresztą w Polsce w dalszym ciągu jest niszowy. W każdym razie nie widziałem przed tym, cholera, perspektyw, a miałem już swoje lata. I tak sobie pomyślałem: - Kurczę, trzeba się - może nawet nie zabezpieczyć, ale jeszcze coś w życiu zdobyć. Oprócz tego grania na perkusji. A że wydawało mi się, że ja mogę robić wszystko, byle tylko było to na scenie i przed ludźmi, to zdawałem do szkoły aktorskiej. Tyle.

To iIe pan miał łat, kiedy zdawał egzaminy do szkoły aktorskie}?

- Do wojska poszedłem w wieku 21 lat. Byłem tam dwa lata. A w ogóle to wyszedłem wcześniej, bo zachorowałem. W wieku 23 lat zdawałem do szkoły aktorskiej, a skończyłem ją, kiedy miałem 27 lat.

A w wojsku gdzie pan był?

- W Wojskach Ochrony Pogranicza. Ale praktycznie cały pobyt w koszarach przewaliłem na estradzie wojskowej. Także taki ze mnie był żołnierz.

Mieszka pan w lesie pod Białymstokiem. Ucieka pan od łudzi?

- To znaczy mieszkam w Białymstoku, ale za miastem mam takie małe ranczo i tam spędzam gros czasu. To nie jest, oczywiście, tak, że uciekam od ludzi, bo bardzo lubię towarzystwo. Nasz dom jest otwarty dla przyjaciół i znajomych. I jak jesteśmy z małżonką trzy dni sami w lesie, jak pan to powiedział, to dzwonimy, żeby ktoś nas odwiedził. Ja po prostu nie lubię miasta, tego zgiełku, tych sklepów. Denerwuje mnie to wszystko. Wolę obcować z przyrodą, czy posiedzieć w ciszy z wędką, niż obracać się po tych wszystkich miejskich trotuarach.

Długo pan już mieszka na Podlasiu?

- No, już spory kawałek czasu. Tak w ogóle to urodziłem się w Wałbrzychu, tam też przez pewien czas się wychowywałem. A Podlasie? Moja mama pochodziła z Białegostoku, a ojciec z Radomia. I tak to wyszło. W Białymstoku skończyłem technikum elektroniczne. Na Podlasiu mieszkam już około 45 lat. Wie pan, ja już jestem podlasiakiem. To nie ulega żadnej wątpliwości. Jestem zakochany w tym regionie i uważam, że to jest najpiękniejsza kraina. Oczywiście, w panu zaraz się odezwie patriotyzm lokalny i będzie pan mnie próbował przekonywać, że Olsztyn, Warmia i Mazury są najpiękniejsze. A wie pan, gdzie są Butryny i wieś Pokrzywy?

Wiem.

- No, widzi pan. A dlaczego ja wiem, gdzie to jest? Bo tam, w Pokrzywach, mojego ojca brat przez wiele lat był sołtysem. I w młodości byłem tam kilka razy na wakacjach. Tak więc znam wasze tereny.

Od wielu lat mieszka pan na Podlasiu. I zapewne tamtejsza gwara też nie jest panu obca.

- To znaczy, czy można tu mówić o gwarze...? Chyba nie, bo gwara to może być śląska, kaszubska czy góralska, A u nas bialostoczanie "śpiewają" i trochę zaciągają. Oczywiście, są smaczki językowe, jest też trochę rusycyzmów w języku. Chociażby nazwy miejscowości, jak Cieluszki czy Kaniuki. A jeszcze jak pan dobrze zaakcentuje Kaniuki (na ostatnią sylabę - przyp. red.), to będzie pan od razu wiedział, że to z Podlaskiego. U nas, oprócz Polaków, Białorusinów i Ukraińców, mieszkają też Tatarzy czy Jadźwingowie. Tak więc ten język zdążył się już spolaryzować. A muszę panu powiedzieć, że najczystszą polszczyzną mówią właśnie bialostoczanie. Dziwne, prawda? Ale nie powie mi pan, że warszawiacy mówią po polsku. Te przeróżne słowa, jak "matematykom", "politykom" (chodzi o "matematyką", "polityką" - przyp. red.), "kędy", "kerowca" i tak dalej. I to jest polski język? Oczywiście, ja się z tego nie śmieję, bo każda społeczność i kraina ma swoje charakterystyczne cechy, nawet językowe i świetnie, że tak jest. Niemiło jest tylko wtedy, kiedy ktoś się z tego naśmiewa.

Na studiach miałem kolegów z Suwałk. I dopiero wtedy dowiedziałem, co to jest warząchew. Na Mazowszu tego słowa prawie wcale się nie używa. A najbliższe jemu to po prostu: łyżka wazowa.

- Łyżka wazowa? To takie mało poetyckie, wie pan. A warząchew brzmi dumnie, w tym jest jakaś magia!

Wracając do naśmiewania się. Niektórzy mówią z ironią, że na Podlasiu niedźwiedzie chodzą po ulicach.

- Bzdury! Tak mówią idioci, ludzie nieobyci w świecie. Białystok w chwili obecnej jest jednym z najpiękniejszych miast w Polsce. I nikt mi tutaj niczego nie wmówi. Występowałem w ponad 350 polskich miastach i wiem, że Podlasie ma najlepsze drogi, najlepszy mamy też nabiał i bimber. Nigdzie nie ma takiego bimbru, jak na Podlasiu. Pił pan kiedyś Ducha Puszczy? A słyszy pan, jak to dumnie brzmi? To są prawdziwe trunki! Do naszego Ducha Puszczy szkocka czy whiskey się nie umywa. Po drugie, rok temu Białystok wygrał konkurs na miejsce, w którym żyje się najlepiej. Pokonał Paryż czy Wiedeń. Kiedy pan ostatnio był w Białymstoku?

Prawie dwa lata temu.

- I na pewno zauważył pan zmiany na lepsze. Tutaj żyje się wręcz cudownie. Przede wszystkim dlatego, że ludzie są tutaj fantastyczni, gościnni. Mamy pyszną kuchnię. Co tu dużo mówić, jest tutaj nie-zniszczona jeszcze cywilizacją kultura ziemna, że tak to nazwę. To jest magia Podlasia. I nie zamieniłbym się na inne krainy, które notabene również są fantastyczne. Ale najlepiej żyje mi się na Podlasiu.

Kolejne pytanie, jakie chciałem panu zadać, było takie: Co takiego ma Podlasie, czego nie ma Warszawa albo Kraków? Ale już mi pan odpowiedział.

- Muszę panu powiedzieć jedną rzecz. U nas, na Podlasiu, nie ma przemysłu. Ale z drugiej strony, mamy szczęście, że ten przemysł jest nieobecny. Oczywiście stopa życiowa jest niższa niż w tych metropoliach, które pan wymienił. Ale jest fantastycznie i nigdy nie chciałbym mieszkać w Warszawie czy Krakowie, który jest miastem ładniejszym i sympatyczniejszym od stolicy naszego kraju. Chociaż teraz jestem ze spektaklem w Warszawie, a niedługo będę w Poznaniu. Ale tęsknię już za Białymstokiem. Bo stamtąd pochodzi moja małżonka, tam urodziły się moje dzieci, tam przeżyłem najpiękniejsze chwile. I tyle.

I jeszcze wiele tych chwil pan przeżyje.

- Swoje latka już mam, ale czasami zrywam się do lotu i próbuję jeszcze fruwać.

Komendant Henryk w filmie "UPana Boga zapiecem" i w dwóch pozostałych częściach, to narwany, ale uczciwy typ. A scenariusz tego filmu jest prawdziwy, bo opowiada o zwykłych ludziach. To jacy jesteśmy?

- No właśnie tacy, to znaczy normalni. Jestem wielkim patriotą tego filmu. Uważam, że to wszystko, co zostało w nim pokazane, nie jest wymyślone. Bardzo często spotykamy w życiu ludzi, którzy są bohaterami "U Pana Boga za piecem". Bo i ja znam takiego podobnego księdza. Chociaż niektórzy byli oburzeni, kiedy pokazaliśmy kapłana, który biega boso. A niech, kuźwa, sobie biega. Może niektórzy powinni przesiąść się z mercedesów i zacząć biegać boso, żeby zrozumieć, na czym stoi ten świat. Wydaje mi się, że tęsknimy za takimi zwykłymi ludźmi. Dlatego ci bohaterowie są dla nas bliscy. Bo to, co nas otacza, ta cholerna mamona, która dopinguje nas do roboty, nie wiadomo gdzie i za ile, ten pęd za materializmem sprawia, że nie mamy czasu usiąść i zastanowić się nad swoim życiem, pomyśleć o bliskich. A w tym filmie jest metafizyka, momenty autorefleksji, żeby pomyśleć o kimś, kto jest z boku. A nie tylko ja, ja i ja. Prawdziwy świat jest właśnie na Podlasiu. Dzisiaj wszystko jest karmelowe i sztuczne. Niech pan zobaczy, co się stało z kulturą. Ja nie mam nic przeciwko kabaretom, szkoda tylko, że nasze życie stało się jednym wielkim kabaretem. Polityka to kabaret, w telewizji kabaret. Wszystko kabaret. To jest jedna wielka paranoja.

Od 1978 roku jest pan aktorem w Białostockim Teatrze Lalek. To kawał czasu!

- I to też był przypadek. Ale ja zawsze lubiłem lalki i nadal je lubię. Od wielu lat jestem również wykładowcą i uczę studentów tej profesji. Ludzie, którzy nie znają tej formy aktorstwa, porównują teatr lalek z teatrem dla dzieci, twierdząc, że nie jest to sztuka wielkich lotów. A, niestety, jest to olbrzymie zadanie aktorskie, jeśli chce się tę sztukę wykonywać profesjonalnie, ze świadomością i z poczuciem odpowiedzialności. Przede wszystkim jest to zadanie dużo trudniejsze niż aktorstwo dramatyczne. Ja doskonale wiem, na czym ta forma aktorstwa polega. Dlatego, że ja jestem aktorem i dramatycznym, i lalkowym, i filmowym, i czort wie, jakim jeszcze. Do tej sztuki potrzebny jest talent, ale i cholernie dużo pracy trzeba w to włożyć,

Jaki był pan w dzieciństwie?

- Miałem dużą wyobraźnię. Prosiłem mamę, żeby odgadła, co zrobiłem. A ja, na przykład, kotu wąsy obciąłem. Mój 6-letni wnuczek Wiktorek idzie w ślady dziadka z tą wyobraźnią. Ostatnio wystąpił w reklamie. Ale stwierdził, że aktorem nigdy w życiu nie zostanie.

O nim

Andrzej Zaborski (ur. w Wałbrzychu w 1951 roku) jest absolwentem PWST w Warszawie (Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku). Od 1978 roku jest zatrudniony na stanowisku aktora-lalkarza w Białostockim Teatrze Lalek. Największą popularność zdobył dzięki roli Henryka Wołkołyckiego, komendanta policji w Krolowym Moście. W 1998 roku za tę rolę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (od 2012 roku Gdynia Film Festival) otrzymał nagrodę za drugoplanową rolę męską. Zagrał też m.in. w "Drogówce" (2012), "Weselu" (2004), "Zróbmy sobie wnuka" (2003), "Kariera Nikosia Dyzmy" (2002), "Dzień świra" (2002). Gościnnie pojawia się także w serialach, m.in. "Na dobre i na złe", "Niania", "PitBull", "Kryminalni".

Mateusz Przyborowski
Gazeta Olsztyńska
19 grudnia 2013

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia