Obrazy z wystawy ludzkiej

Rozmowa z Bronisławem Wrocławskim

Staram się nie popadać w rutyniarstwo. Za każdym razem jest przecież inna widownia, która oczekuje świeżego dania, nie zaś odgrzewanego. Ja staram się to danie przyrządzać na bieżąco, tak jak w dobrej kuchni. Niby produkty mam te same, ale chodzi o to, żeby to było w miarę świeże. I jak powiedziałem, ja staram się, ale tylko widzowie mogą ocenić czy dobrze i to staranie mi to wychodzi, czy też nie.

Małgorzata Bryl: Czy stwierdzenie, iż aktorstwo to misja jest zbyt patetyczne? Pan traktuje aktorstwo jako misję?

Bronisław Wrocławski: Nie wiem, czy to jest słowo zbyt patetyczne. Zwykło się tak mówić w kontekście jakiś poważniejszych przedsięwzięć, niż tylko dla własnej satysfakcji, dla zaspokojenia próżności osobistej...

I czyżby tylko dla pieniędzy?

W tym zawodzie chodzi o robienie czegoś więcej, jak wyraził się jeden z dawnych dramaturgów – o przedstawianie człowieka, żeby spojrzeć w siebie. Kiedyś to się tak porównywało do religijnych zapędów teatru. I tu jest właśnie coś takiego, bo zaglądamy w ducha człowieka. Chcę w to wierzyć. Staram się o tym pamiętać, że penetrując duszę ludzką, oczyszczamy się. Dochodzimy do tego za pomocą myśli, uczuć, refleksji, słów wielkich dramaturgów, które wypowiadamy. My o człowieku staramy się opowiedzieć – to jest może misja. Podobno łatwiej wzruszyć widza, niż rozśmieszyć, jednak kiedy się to uda, można mówić o spełnieniu aktora.

"Seks, prochy i rock and roll" śmieszy niezmiennie od dziesięciu lat. Czy zatem czuje się pan spełniony jako aktor tego przedstawienia?

Chyba nie... Nie umiałbym powiedzieć, że jestem spełniony. Dopóki to przedstawienie jest grane, nie nastąpi fakt spełnienia ostatecznego, że zamkniemy tę kartę, bo nigdy nie wiem, co się może zdarzyć na kolejnym przedstawieniu. Być może odkryjemy jeszcze nieznane nam pola, czy zapomniane zakamarki duszy – jeśli już takich wielkich słów używać.

Spełnienie jest wielkim słowem. Nawet fajny, zgrany aktor, nigdy nie będzie do końca zgrany, czyli wypełniony radością, że oto dokonał wszystkiego, czego mógł dokonać. To jest przecież niemożliwe. Z żadną sztuką się tego nie da zrobić. Zakładam, że mówimy o poważnej, pięknej i wielkiej sztuce.

Grałem kilka ciekawych ról w teatrze, że wymienię "Wujaszka Wanię" Czechowa. Przestaliśmy to grać po stu przedstawieniach, nie gramy już dwa lata, a ja wciąż myślę, ile tam jest jeszcze możliwości. Podobnie jest w tej sztuce, którą gram teraz. "Seks, prochy i rock and roll", jak pani mówi, budząca śmiech zabawka, rzeczywiście śmieszy. Jednak przecież autor nie chciał, żeby ludzie się śmiali.

Autor – spryciula – napisał sztukę dowcipną po to, by za chwilę ten śmiech zamienić może nie w łzy, ale zatkanie...

...Właśnie. To jest przedstawienie z pułapkami na widza. Początkowo śmiech z karykaturalnych postaci, ale po chwili refleksja, że przecież tacy właśnie jesteśmy. To, co widzimy na scenie jest nam przerażająco bliskie. Twórczość Erica Bogosiana jest boleśnie prawdziwa, mimo tego zaśmiewamy się do łez. Tu by można pójść za wielkim Gogolem i powiedzieć, że śmiejemy się z siebie samych. Widzowie śmieją się z siebie. Każdy widz jest na miejscu takiego podglądacza, przed którym następuje – jakbym sobie to nazwał na dzisiaj – wystawa ludzka. To są takie obrazki z wystawy, której eksponatami są ludzie. Żywi ludzie, którzy zwierzają się. Opowiadają wybranemu widzowi o swoich uczuciach, o żądzach, o marzeniach... A całość układa nam się w pewien współczesny obrazek chaosu, w którym człowiek jest samotny. Nieżyjący już Tymoteusz Karpowicz napisał recenzję z tego przedstawienia, w której przytoczył słowa jednego z wielkich filozofów, iż człowiek jest chimerą – ileż w nim piękna i ohydy zarazem. Ta sztuka pokrótce jest właśnie o tym.

Mówił pan o chaotycznej układance współczesności, w której ludzie zatracają siebie – są samotni. Czy od momentu premiery pojawiły się jakieś nowe fetysze, które zjadają człowieka?

Na pewno się pojawiły. Autor nie dotknął tematu ludzi ogarniętych manią internetu, błądzących w internecie, pokaleczonych przez internet, czy też ludzi opętanych telefonią komórkową. My tu jednak dajemy tylko takie sygnały, zostajemy przy podstawowych grzechach ludzkich, jak pycha, pożądanie, obsesje. Jednym słowem frustracje – to jest właśnie słowo, które do tej naszej wystawy pasuje. Człowiek zawsze będzie chciał, pragnął, pożądał, a też nie dostanie wszystkiego.

Czy przez lata wystawiania tego przedstawienia pana stosunek do niego się zmienił? I w drugą stronę, czy reakcje publiczności uległy zmianie?

Ja się postarzałem o dziesięć lat i to jest podstawowa zmiana [śmiech]. Przedstawienie wydłużyło się o dziesięć minut, czyli można też powiedzieć, że o dziesięć minut się postarzałem. To oczywiście żart. Przyczyną jest improwizacja, te dziesięć lat z mojej strony, którymi narósł ten tekst. Publiczność reaguje podobnie.

Czy coś tu się jeszcze zmieniło?

Ja ciągle próbuję patrzeć na to świeżym okiem, taką mam radość w sobie z wykonywania tego zawodu.

Co to znaczy "patrzeć świeżym okiem"? To nastawienie, tak jak pan mówił, na odkrywanie wciąż czegoś nowego?

Powiedziałbym inaczej. Staram się nie popadać w rutyniarstwo. Za każdym razem jest przecież inna widownia, która oczekuje świeżego dania, nie zaś odgrzewanego. Ja staram się to danie przyrządzać na bieżąco, tak jak w dobrej kuchni. Niby produkty mam te same, ale chodzi o to, żeby to było w miarę świeże. I jak powiedziałem, ja staram się, ale tylko widzowie mogą ocenić czy dobrze i to staranie mi to wychodzi, czy też nie.

Niesłabnące powodzenie "Seksu, prochów i rock and rolla" mówi samo za siebie...

Tak, ale zawsze jest ktoś, kto widzi to pierwszy raz. Ciągle przychodzi jakiś nowy widz, który na to spojrzy i on to oceni najlepiej, najuczciwiej. Powie: fajne albo niefajne, coś mi to robi albo czegoś mi to nie robi. Ja muszę tylko wypełnić to zadanie, żeby on stwierdził, że to ma jakąś wartość albo jej nie ma...

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Bronisław Wrocławski - aktor i pedagog. W latach 1996 – 2002 dziekan Wydziału Aktorskiego, obecnie wykładowca łódzkiej szkoły filmowej. Związany z Teatrem im. Stefana Jaracza w Łodzi, gdzie do jego największych osiągnięć należą role w monodramach Erica Bogosiana - "Seks, prochy i rock and roll", "Czołem wbijając gwoździe w podłogę", oraz "Obudź się i poczuj smak kawy" - których reżyserem jest Jacek Orłowski.

Rozmawiała Małgorzata Bryl
Dziennik Teatralny
15 stycznia 2008

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia