Obsada, czyli szycie psom butów

Felieton Macieja Wojtyszki

Motto:
Lecz tą razą, wbrew zwyczaju, Król pan oczom nie dowierza.
Czy żak Janek na tancerza? Czy na rządcę zdolny kraju?
J. Słowacki, Kordian

Każdy doświadczony reżyser powie Państwu, że nie ma ważniejszej sprawy niż obsada. Przysłowia i porzekadła ludowe też to powtarzają na swój specyficzny sposób: „Lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć", „Kann man singen, kann man tanzen..." itp.

W przypadku robienia obsady aktorskiej jedni skłonni są do działań rutynowych, inni kierują się natchnieniem.

Zazwyczaj wygląda to tak: ktoś widział aktora A w filmie reżysera B, więc uznaje, że to artysta sprawdzony i angażuje go do kolejnego filmu X. W ten sposób w polskim filmie gra może setka „sprawdzonych", a jakieś dwa tysiące nie ma nawet szansy na casting. Za duże pieniądze i za mała wiedza, aby ryzykować, i jeśli dokonują się zmiany, to raczej pokoleniowe niż strategiczne. Smutne, ale prawdziwe.

Natchnienie pojawia się zwykle u pracowitych i dobrze znających środowisko teatralne, dlatego też serial Artyści, oprócz wielu powodów do radości, których nam dostarcza, prezentuje całą grupę wybitnych aktorów dotychczas słabo zauważanych na rynku krajowym. I bardzo dobrze.

To na marginesie, bo moja refleksja boleśnie krąży ostatnio wokół innej obsady. Tak zwanej obsady stanowisk.

W polityce te obsady przybrały ostatnio charakter wodewilowy, ale o tym nie chcę pisać, bo tego teatru nie rozumiem już od wielu lat i prawidłowość, że hrabia Saradela zastępuje hrabiego Mortadelę, tak pięknie opisana przez Kornela Makuszyńskiego w powieści O dwóch takich, co ukradli księżyc, całkowicie mi wystarcza.

Wolę pisać o teatrze. W swoim czasie świadomie zdezerterowałem ze stanowiska dyrektora teatru, kierując się nabytą wiedzą, wiedzą gorzką, ale i bezcenną.

Oto moje wnioski:
Po pierwsze – dyrektor teatru musi rezygnować z dużej części swoich ambicji jako artysta. Jeśli nie ma duszy zatroskanego o losy innych, duszy gospodarza i owczarka naganiacza, duszy skłonnej do poświęcania się dla stada, funkcja będzie go uwierała, bo kaprysy i kłopoty zespołu to stały składnik życia teatru, znakomicie hamujący indywidualną karierę twórcy.

Po drugie – dyrektor teatru musi grać w zgodzie z tym, na co pozwala rachunek ekonomiczny. Permanentny konflikt finansowy z tymi, którzy płacą, i permanentna arogancja wobec wiedzy na ten temat to sterowanie ku katastrofie. Oczywiście ci, którzy obiecują pieniądze, a nie dają teatrowi wcześniej zapowiadanych sum, powinni być publicznie chłostani i piętnowani, bo przynoszą hańbę mecenasowi, kimkolwiek by nie był, ale niefrasobliwość dyrektora teatru w tej dziedzinie to błąd i nie ma usprawiedliwienia. Nawet jeśli chcemy zapraszać artystów najdroższych i najwybitniejszych, to możemy płacić jedynie pieniędzmi, którymi dysponujemy. W przeciwnym wypadku nakręcimy spiralę, która udusi teatr.

Po trzecie – zespół musi akceptować pozycję dyrektora jako artysty lub jako osoby rozumiejącej sztukę i jej wartość. Wszelkie opowieści o świetnych menadżerach zarządzających teatrem mimo że się nie znali na sztuce to bajki.

Po czwarte – dyrektor teatru wcześniej czy później jest skazany na odejście i dla zespołu jest najlepiej, jeśli to on przygotuje i wyznaczy swojego następcę. Najmądrzejsi potrafili tego dokonać i chwała im za to.

Po piąte – Trwałość, ciągłość i siła zespołu są do utrzymania tylko przy powolnej ewolucji i zachowaniu szacunku dla dotychczasowych autorytetów. Zaczynanie od spalonej ziemi rzadko kiedy wychodzi teatrowi na dobre.

Po szóste – „cywile" nic z teatru nie rozumieją i błędem jest pozwalać na jakiekolwiek decyzje o teatrze gremiom, w których większość stanowią osoby spoza środowiska.
Po siódme – wszyscy zostaną skrzywdzeni. To pewne. A dyrektor oberwie najmocniej.

Serial Artyści dowodzi, że Strzępka i Demirski, podobnie jak wcześniej Bułhakow i Gogol, Szekspir, Cervantes, Czechow i wielu, wielu innych cierpią na tę specyficzną przypadłość, jaką jest Hassliebe, czyli równoczesna miłość i nienawiść do tego piekielnego wymysłu, tej obłąkanej instytucji, jaką jest teatr.

Już fakt, że bohaterem uczynili kogoś, kto obejmuje teatr w stanie „po powieszeniu", wskazuje, że posiadają zdolności profetyczne i wykazali się zdumiewającym przeczuciem tego, co nadeszło wielkimi, ciężkimi krokami... Bardzo utalentowani twórcy.

Niby zawsze tak było, że walczono o teatry, z teatrami i wewnątrz teatrów, ale obecne nagromadzenie sporów i konfliktów wskazuje na jakieś dziwne wzmożenie i nasilenie procesów fermentacyjnych.

Pewnie to znak czasu, bo kłopoty z obsadą ma cały świat. Stany Zjednoczone już wkrótce obsadzą rolę prezydenta albo aroganckim, nieprzewidywalnym bufonem, albo znerwicowaną ambicjonerką.
Wyłonieni z konkursu, wyłonieni z castingu! W demokratycznych wyborach!
Znaczy – lepszych nie mieli?
Rozczarowująca oferta i naród amerykański dopiero nie ma do kogo złożyć odwołania. A powinien.

W każdym razie, jako że samemu udało mi się obsadzić w roli emeryta, radzę wszystkim, którzy mają kłopoty z obsadą – warto rozważyć rezygnację, dezercję i poszukanie miejsca, w którym będzie ciepło, skromnie, ale życzliwie.

Władza deprawuje, a po co się deprawować?

I nie dawajcie się obsadzić w roli frajerów na słabo zaostrzonym palu.

Maciej Wojtyszko
teatralny.pl
24 października 2016
Portrety
Maciej Wojtyszko

Książka tygodnia

Wróg publiczny i inne dramaty węgierskie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia