Obsesja trzech kart

"Dama Pikowa" - reż: Mariusz Treliński - Teatr Wielki w Łodzi

Łódzka "Dama pikowa" jest bez wątpienia przedstawieniem robiącym wrażenie pod względem rozmachu inscenizacyjnego i urody plastycznej. Niestety, nie da się tego powiedzieć o reżyserii, w której jest sporo niekonsekwencji w konstruowaniu scen i epizodów.

Od samego początku pech prześladował przygotowania do premiery tego dzieła w Teatrze Wielkim. Najpierw zachorowała Małgorzata Walewska (która miała śpiewać partię starej Hrabiny), co zmusiło dyrekcję teatru do poszukiwania kogoś na jej miejsce. Znaleziono go w Sankt Petersburgu. Choroba wykluczyła także łódzkiego tenora Krzysztofa Bednarka z partii Hermana. Wreszcie żałoba narodowa spowodowała dwukrotne przesunięcie premiery. Kiedy wydawało się, że wszystkie przeszkody są już pokonane, po pierwszej próbie ponownie zachorował tenor mający zaśpiewać partię Hermana. Znowu pojawiło się zagrożenie kolejnego opóźnienia terminu premiery, na szczęście możliwe było sprowadzenie śpiewaka (Viktora Lutsiuka) z Hanoweru. Jednak ze względu na znacznie ograniczony czas przeprowadzono tylko jedną próbę z jego udziałem. No cóż, raz jeszcze potwierdziła się pokutująca w tradycji operowej opinia, że "Dama pikowa" jest dziełem przynoszącym pecha wszystkim, którzy się zabiorą do jej realizacji. 

"Dama pikowa" to dramat ludzi ogarniętych silnymi namiętnościami, którzy nie potrafią pod ich wpływem rozeznać, co dobre, a co złe. I to przynosi im zgubę! Libretto zostało oparte na noweli Puszkina, pierwszorzędnym materiale literackim. To historia o miłości, obłędnej ambicji, hazardzie, tajemnicy i zemście zza grobu. Trójka, siódemka, as - to zapewniająca wygraną sekwencja kart, która staje się obsesją Hermana, głównego bohatera, który za wszelką cenę pragnie dowiedzieć się od starej Hrabiny jej sekretu trzech kart, bo to zapewniłoby mu zwycięstwo w grze. Coraz bardziej pogrąża się on w nałogu hazardu aż do zupełnego unicestwienia się.

Tej obsesji podporządkował Mariusz Treliński swoją trzecią już realizację opery. I chociaż są w niej momenty godne uwagi i pięknie skonstruowane sceny, to giną w powodzi tych nie do końca konsekwentnych i czytelnych. Najgorzej jest w II akcie (najbardziej przebudowany w porównaniu z realizacją warszawską). Bal, który jest kontrapunktem dla toczącego się na scenie dramatu księcia Jeleckiego, Lizy, Hermana i Hrabiny, umieszczony został z tyłu sceny, przez co stanowi jedynie tło. Po zapowiedzi pojawienia się na balu carycy Katarzyny nic się nie dzieje. Na dodatek relacje między bohaterami dramatu są niezbyt wyraziście zarysowane. Podobnie ma się rzecz ze sceną w sypialni Hrabiny, gdzie główny atrybut stanowi wielki ekran rentgenowski, na którym wyświetlana jest pracująca w rytm oddechu klatka piersiowa (obraz zatrzyma się w chwili śmierci Hrabiny). A cień serca gdzie? - chciałoby się zapytać reżysera. Na dodatek pani usiłująca wcielić się w postać starej Hrabiny pod żadnym względem do tej roli się nie nadawała ani wokalnie, ani aktorsko, przez co dramaturgia trójkąta: Hrabina, Liza, Herman, bezpowrotnie wyparowała. Równie niekonsekwentnie ustawiona została scena, w której ukazuje się duch Hrabiny. Herman zwrócony do widowni śpiewa swój rozdzierający monolog, a duch kobiety ukazuje się gdzieś z tyłu, daleko za nim. W jaki sposób bohater go zobaczył, pozostanie słodką tajemnicą reżysera... Natomiast podobała mi się efektowna scena burzy w końcówce I aktu - poruszający widok mostu zawieszonego w przestrzeni między szarym, ruchliwym od ptaków niebem a odbijającą je rzeką, z którego Liza skacze, oraz scena finałowa ostatniego aktu.

Wspomniany Viktor Lutsiuk zaprezentował interesujący głos, szkoda tylko, że często miałem wrażenie, że bardziej markuje, niż śpiewa pełnym głosem. Na szczęście w finale się zrehabilitował i pokazał, na co go stać. Mieliśmy okazję podziwiać sopran Iry Bertman, której nie zawsze udawało się opanować nadmierną wibrację. Była bardziej dramatyczną niż liryczną Lizą. Elena Sommer w partii Hrabiny to nieporozumienie. Zabrakło nie tylko właściwej charakteryzacji, ale również altowego brzmienia, szczególnie w niskim rejestrze. Interesującą kreację księcia Jeleckiego stworzył Adam Szerszeń. Agnieszka Makówka była świetną Poliną.

Tadeusz Kozłowski przy dyrygenckim pulpicie tym razem nie zyskał mojego entuzjazmu ani sposobem prowadzenia orkiestry, ani przeprowadzenia narastającego w muzyce dramatu.

Adam Czopek
Nasz Dziennik
26 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...