Oczarowanie, które jest rozczarowaniem

"Oczarowanie" - reż. Marek Fiedor - Teatr Studio w Warszawie

O tym spektaklu wg Brocha wieńczącym dyrekcję Bartosza Zaczykiewicza w Teatrze Studio w Warszawie powinno się jak najszybciej zapomnieć

Genialne przedstawienie „Lunatyków” oraz „Damy z jednorożcem” to wysoko zawieszona przez Krystiana Lupę poprzeczka dla inscenizacji

Hermanna Brocha. Przygotował nas na uczestnictwo w wielogodzinnym hipnotycznym transie. Tymczasem po obejrzeniu inscenizacji „Oczarowania” Marka Fiedora można by sądzić, że Broch pisał nie głęboko filozoficzne traktaty, lecz niezbyt odkrywcze sztuki obyczajowe.

„Oczarowanie”, z wcześniejszych redakcji znane jako „Kusiciel”, jest opowieścią wielowątkową. Zaczyna się przybyciem do małej wioski Mariusza, tajemniczego nieznajomego, który siecią intryg i misternych zabiegów próbuje podporządkować sobie mieszkańców. By tego dokonać, bezwzględnie i cynicznie wykorzystuje ludzkie ułomności. W swych działaniach jest zadziwiająco skuteczny, ponieważ niewielu ludzi jest w stanie stawić mu czoła.

Utwór Brocha traktowany był jako wyraźne ostrzeżenie przed systemem totalitarnym. Dziś może być odczytany bardziej uniwersalnie, np. jako opowieść o rozpadzie świata dotychczasowych wartości.

Mariusz (Janusz Stolarski), pojawiając się w małej wiosce, kwestionuje zastany w niej naturalny porządek rzeczy. Uosabiają go Matka Gisson (Irena Jun) oraz Doktor (Aleksander Bednarz). Ona reprezentuje ludową mądrość, on – racjonalizm. Porte-parole pisarza jest tu Wethy (Jacek Król), zwalczany przez Mariusza konstruktor radia. Jako człowiek postępu, „zwrócony ku przyszłości”, stanie się pierwszą ofiarą.

W spektaklu w Studiu nie zostało nic z głębi wielowarstwowej powieści Brocha. Prysł jak bańka mydlana świat jego lęków, neuroz i obsesji. Zarówno życiowo-erotycznych, jak i światopoglądowo-politycznych.

W przedstawieniu Marka Fiedora zupełnie ich nie widać. A uwodzicielsko-magiczna proza Brocha w ujęciu reżysera stała się teatralnym patchworkiem. Czymś na pograniczu „Naszego miasta” Wildera oraz Singerowskiego „Sztukmistrza z Lublina”. Fiedor nie zapanował nad całością spektaklu, który się rozłazi. Można odnieść wrażenie, że prezentowane role to samodzielne etiudy. Niektóre nawet udane, jak Wojciecha Zielińskiego.

Spektakl stał się głośny długo przed premierą, z powodu bowiem nieuregulowanych praw autorskich doszło przed rokiem tylko do próby generalnej. Gdyby teraz go nie pokazano, pozostałby przynajmniej legendą.

Jan Bończa-Szabłowski
Rzeczpospolita
19 stycznia 2010

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia