Od 2000 do 2010. Przemijanie wciąż mnie trapi

przeszedł kolejny rok, zaczął się nowy

Przeszedł kolejny rok, zaczął się nowy. Dopiero uczyliśmy się pisać "2000", już jest "2010". A pamiętam, jak w swoim pierwszym filmie, "Spisie cudzołożnic", złożyłem takie emocjonalne, a nawet rozpaczliwe wyznanie: "Przemijanie mnie trapi".

Wciąż nie poradziłem sobie z tym. Wtedy był taki moment, właśnie w okolicach "Spisu", i natychmiast go chciałem przekuć na "coś konkretnego". Chciałem to "zobaczyć", co to znaczy, że trapi? Zrozumiałem, że natychmiast muszę o tym opowiedzieć. I tak powstał "Spis cudzołożnic". To był główny powód, że sięgnąłem po książkę Jurka Pilcha, bo ona najlepiej o tym opowiadała. A w czasie realizacji zobaczyłem, że to przemijanie dokonuje się na bardzo wielu polach.

Wiedziałem, że już nic nie będzie tak, jak było, że "cudzołożnice" nie będą już nigdy tymi "cudzołożnicami", o których marzyło się w wieku studenckim - ale to należało do samej fabuły. Ale że znikną nawet najdrobniejsze akcesoria, które coś niegdyś znaczyły i miały swoje znaczenie w opowieści, zobaczyliśmy to dopiero w czasie realizacji.

Przemijanie trapi, bo zapisane w kalendarzyku młode polonistki, cudowne dziewczyny, śliczne studentki z tamtych lat, były nie do odnalezienia. Jedna, którą znalazłem i przyjechałem do niej, otworzyła mi drzwi - niby Iza, a nie Iza, a przecież Iza i grała ją Stasia Celińska. I wszystko jasne. I patrzę, i wiem, że ja też już nie jestem tamtym chłopakiem. "Ale jaja, Gustawie" - śmieje się Iza - i widzisz, że tylko język się jej nie zmienił.

Piękne to było. To jest perspektywa na przemijanie, prawdziwa perspektywa, a nie zmiana jednej cyferki w kalendarzu. Tak było u Jurka Pilcha w książce i to mnie zafrapowało. Bo to była prawdziwa odpowiedź na przemijanie. Dziś cieszę się, że zawsze miałem takie szczęście, gdy udawało mi się takie duże tematy realizować.

Dla mnie więc nowy rok to nie jest cezura. Mam własne cezury, dotyczące tylko mojej działalności: filmu, teatru, książki. Jeśli coś zrobię, skończę, to dla mnie jest to cezura. Wtedy patrzę na kolejne dni, a więc teraz i na nowy rok z ciekawością, jaką to niesie nową, ciekawą przygodę. Wciąż więc ustawiam sobie cykle i cezury według mojego, jeszcze wolnego zawodu.

Nie ma więc magicznego znaczenia w przejściu z liczby "9" na "10". Może tylko liczba 2000 mogła mieć i miała swoje magiczne i symboliczne znaczenie. Ja mam jedną "własną magię", która istnieje we mnie od zawsze, a jest związana z czasem. I zawsze robi na mnie wrażenie Tak jest od dzieciństwa: chodzi o zerwanie ostatniej kartki z kalendarza. Nawet pamiętam, że nigdy np. nie zedrę kartki w nocy, np. o godzinie drugiej, bo musi być jasno, gdyż nowy dzień zaczyna się, gdy jest jasno.

To jest taka moja prywatna symbolika. Nawet jestem pewny, że gdybym kartkę zerwał w nocy, to już mi się w dzień nic nie powiedzie. I zawsze tak czuję, że to dla mnie jest ważny znak, że nie wyprzedzę swojego czasu. On musi iść tak, jak ma iść. A ja muszę się mu podporządkować.

Jerzy Stuhr
Polska
11 stycznia 2010
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Cyrk w świecie widowisk
Warsztaty Kultury w Lublinie
redakcja Grzegorz Kondrasiuk

Trailer tygodnia