Od operetki do musicalu (2)

Rozmowa z Pawłem Gabarą

Dla mnie osobiście wspaniałym przeżyciem jest obserwowanie publiczności - bo niemal na każdym spektaklu siedzę z tyłu i uważnie przyglądam się jej reakcjom. Na "Małego Księcia" z początku dorośli przychodzili niemal wyłącznie z dziećmi, a później była seria przedstawień wieczornych, kiedy dzieci było bardzo mało, a przeważali dorośli. I kiedy udało mi się zauważyć łzy w oczach, także u dorosłych mężczyzn, to pomyślałem że mamy szczęście, że zainscenizowaliśmy na tej scenie jedną z najpiękniejszych książek świata, wywołującą szczególne emocje u widzów w każdym wieku.

Z Pawłem Gabarą, dyrektorem Gliwickiego Teatru Muzycznego, rozmawia Agnieszka Kiełbowicz.

Dziś GTM dysponuje 3 obiektami: Sceną przy Nowym Świecie, Ruinami Teatru Victoria oraz Sceną Bajka - kinem Amok. Udało się panu stworzyć instytucję niepodobną do innych, o wyraźnie sprofilowanych scenach i finansowaną przez kasę miasta, co w przypadku teatru muzycznego ma niebagatelne znaczenie.

Do niedawna byliśmy największym teatrem gminnym w Polsce. Po ostatnich cięciach dotacji mamy najmniejszy budżet wśród porównywalnych teatrów muzycznych w naszym kraju. Ale z pewnością jest to pewnego rodzaju ewenement, że w struktury teatru wchodzi kino studyjne, będące nie tylko salami kinowymi. To bardzo dynamiczna placówka, w której odbywają się spotkania z dziećmi w każdej kategorii wiekowej, czy z intelektualnie rozbudzoną młodzieżą. W tej chwili realizowany jest projekt "Akademia Filmu Polskiego". Są spotkania z seniorami, różnego rodzaju tematyczne festiwale. Właściwie życie w tym naszym Kinie Amok - Scenie Bajka tętni na okrągło. Bardzo cieszy mnie fakt, że przejęliśmy to kino. Nawet nie jestem w stanie ogarnąć percepcją wszystkich imprez, które się tam odbywają. Do jego działalności należy też dodać oczywiście transmisje przedstawień z Metropolitan Opera. Na te pokazy przyjeżdżają ludzie z odległych stron, melomani o ogromnej wiedzy i wrażliwości, którzy mają łatwość porównywania największych wykonawców światowych, oceniając ich przygotowanie warsztatowe, brzmienie głosu, skalę czy tonację. Mam ogromną satysfakcję, że transmitujemy najwybitniejsze wydarzenia muzyczne, a na widowni zasiada publiczność o niezwykle wysublimowanym poziomie odbiorczym. Do tego trzeba dodać również transmisje widowisk baletowych. Żałuję, że nie do końca sprawdziły się transmisje teatru tańca współczesnego. W tym przypadku grupa odbiorcza była niestety bardzo mała i musieliśmy się poddać, wierząc zarazem, że jeszcze kiedyś do tego wrócimy. Ponadto mamy transmisje wernisaży z wielkich światowych wystaw. Można powiedzieć, że Amok jest oknem na świat wysokiej kultury, nie tylko filmowej. Kolejną naszą ukochaną sceną są Ruiny Teatru Victoria. Bardzo żałuję, że odchodzę z Teatru w momencie, w którym rozpoczyna się modernizacja tej sceny, że nie będę mógł być blisko tych problemów, które trzeba będzie tam rozwiązywać. Przyjęliśmy założenie, że ten Teatr musi zachować po modernizacji swój niezwykły, magiczny klimat jaki ma obecnie, i który wszystkich zachwyca. Po tym remoncie Teatr powinien już być dostępny przez cały rok, a nie jak miało to dotychczas miejsce w okresie letnim. Tak naprawdę, Victoria była najbardziej ukochanym przeze mnie miejscem w Gliwicach i chyba to powodowało, że zdecydowałem się przyjąć zaproszenie - bo nie było wówczas konkursu, do przyjęcia stanowiska dyrektora, ponieważ sam byłem zafascynowanym tym Teatrem. Pomyślałem sobie, że jeśli będę mógł pracować w takim miejscu to na pewno mnie to uskrzydli. I tak rzeczywiście było. Cieszę się również z tych przemian, które dokonały się przy Nowym Świecie, czyli modernizacji, tej która się odbyła, jak i tej, która dokonywana będzie latem. I znowu żal, że nie będę mógł przy tym być, ale wierzę, że będzie to wykonane dobrze. Przeobrażenia jakie się tu dokonały na przestrzeni tego okresu były ogromne. Spowodowało to także, że przyzwyczajono się, że w Gliwickim Teatrze Muzycznym bardzo dużo rzeczy powinno się dziać, bo uchodzi to już dziś za normę. Oczywiście jest to także związane z pieniędzmi. Problem dyrektora polega na tym, że kiedy pieniądze się kurczą, bo organizator ich nie ma i nie może ich dać w takiej ilości jak dawniej, to jednak publiczność wymaga oferty do jakiej się już przyzwyczaiła. Nikt nie myśli o tym, że wszędzie pieniądze są trochę mniejsze tylko, że dyrektor sobie nie radzi, bo nie ma już oferty takiej jak przedtem. I to dyrektor staje się zakładnikiem zespołu, który chce mieć wynagrodzenie takie jak dawniej i chce by było czysto, by kostiumy były czyste, by było posprzątane, było ciepło. Także widzowie chcą żeby ilość premier była taka sama, a tu jest coraz mniej do dzielenia i coraz mniej możliwości, by wyczarować jakieś pieniądze z zewnątrz. To jest dramat pozycji dyrektora teatru w Polsce w ogóle. To najczęściej dyrektor płaci największą cenę za zmiany, które dokonują się nie w jego teatrze, tylko wokół niego. Władze tego miasta nie doceniają za bardzo tego, że w zamian za dotacje przyznane teatrowi, jest taka różnorodna i bogata oferta. Gdyby oceniać teatr przez jego aktywność, poprzez to, co daje mieszkańcom w zamian za otrzymane dotacje, to myślę, że ocena naszego teatru byłaby wysoka. Żałuję, że władze Gliwic nie do końca to doceniały.

Jak w tym okresie kształtuje się frekwencja widzów w GTM? Czy daje się wyróżnić typy przedstawień, które dość łatwo zapewniają pełną widownię i takie, które wymagają większej aktywności BOWu?

Pytanie jest bardzo trudne, ponieważ w tym dobrym okresie dla naszego Teatru, czyli od października do kwietnia, właściwie na wszystkich przedstawieniach mamy komplety, więc trudno wskazać, które przedstawienia wymagają większego nakładu sił. Weryfikuje się to już w okresie letnim, kiedy ogromna część naszego regionu w weekend ucieka poza miasto. Ale i tu widać pewien rozwój. Dawniej, w tym okresie cieplejszym zapełnialiśmy widownię przedstawieniami operetkowymi. O wiele trudniej było zaś z musicalami. Teraz natomiast zauważyłem, że nie ma większej różnicy. Świadczy to o tym, że dopracowaliśmy się tej wiernej publiczności w tym drugim gatunku. Jest jeszcze jedna ważna zmiana, mianowicie obserwowana przez nas familijność teatru. Kilkanaście lat temu próbowałem realizować przedstawienia tzw. bajkowe w porze popołudniowo-wieczornej po to, by rodzice mogli przychodzić z dziećmi. W pierwszym sezonie udało mi się zrobić jedno takie przedstawienie. Obecnie moglibyśmy ich śmiało zagrać kilkadziesiąt. Oznacza to, że powstał bardzo sympatyczny model zachowania społecznego, kiedy rodziny wybierają się z bardzo małymi czy podrastającymi pociechami do teatru. Dlatego w naszej ofercie jest kilka takich tytułów atrakcyjnych i dla dorosłych, i dla dzieci jednocześnie. Nawet jeśli gramy przedstawienie dedykowane wyłącznie dzieciom, to na spektaklu jest bardzo dużo dorosłych, którzy nie zostawiają latorośli na widowni i nie idą obok do kawiarni, tylko towarzyszą im w śledzeniu opowieści o przygodach np. "Kota w butach". Dla mnie osobiście wspaniałym przeżyciem jest obserwowanie publiczności - bo niemal na każdym spektaklu siedzę z tyłu i uważnie przyglądam się jej reakcjom. Na "Małego Księcia" z początku dorośli przychodzili niemal wyłącznie z dziećmi, a później była seria przedstawień wieczornych, kiedy dzieci było bardzo mało, a przeważali dorośli. I kiedy udało mi się zauważyć łzy w oczach, także u dorosłych mężczyzn, to pomyślałem że mamy szczęście, że zainscenizowaliśmy na tej scenie jedną z najpiękniejszych książek świata, wywołującą szczególne emocje u widzów w każdym wieku. Muszę podkreślić, że kiedy "Mały Książę" był grany wyłącznie dla dzieci, baliśmy się, bo to trudny, poetycki spektakl mówiący o śmierci. Jednak zachowania młodszych widzów były cudowne. One odbierały to w niezwykłym skupieniu, wielkiej radości, gdy jest pretekst, by się cieszyć, ale i pewnym smutku, kiedy odchodzi Mały Książę. Dzieci niezwykle solidaryzowały się z głównym bohaterem i bardzo przeżywały jego odejście. Sądzę, że wszyscy ci mali widzowie, którzy przyszli na "Małego Księcia", sięgną po książkę, która stanie się w przyszłości książką ich życia.

Pańskim - można rzec - dzieckiem jest powstały w 2005 roku Krakowski Salon Poezji, cieszący się niesłabnącą popularnością. Czy spodziewał się pan tak dużego odzewu ze strony publiczności?

Było to dla mnie absolutne zaskoczenie, jedno z najpiękniejszych zaskoczeń. Otwarcie Salonu odbyło się w ramach Gliwickich Spotkań Teatralnych. Skorzystaliśmy wówczas z obecności Anny Dymnej, która czytała, oczywiście, jak zawsze na otwarciu każdego swojego Salonu, wiersze ks. Jana Twardowskiego. Miało to miejsce w Teatrze Victoria, który miał być duchową siedzibą Krakowskiego Salonu, choć tam statystycznie rzecz biorąc odbyło się najmniej spotkań, ze względu na warunki klimatyczne. Kolejne spotkania miały się odbywać w tzw. jadalni w Willi Caro i mogły pomieścić około 70 osób. Okazało się jednak, że na nasze Salony przychodzi po kilkaset osób. Wówczas podziękowałem dyrektorowi Muzeum za możliwość gościny i obecnie te spotkania organizujemy w którejś z trzech naszych sal. Bywa i tak, że brakuje miejsc, ale przyjmujemy założenie, że wejść muszą wszyscy. Są oczywiście spotkania cieszące się mniejszym zainteresowaniem. U mnie budzi to niesłabnący podziw, że w niedzielne południe, kilkaset osób przychodzi tylko po to, by skupić się w duchowej ciszy i słuchać, niekiedy bardzo trudnej poezji, wzbogaconej oprawą muzyczną. Cieszą mnie także Salony, w których uczestniczą sami poeci. Wówczas wyczuwa się ogromne napięcie emocjonalne wśród publiczności. Myślę tu np. o spotkaniu z Ewą Lipską, która byłą bardzo gorąco witana przez bywalców Salonu. Jest to dla mnie największa radość, że w Teatrze, o którym jeszcze wiele osób mówi Operetka, w niedzielne południe słucha się pięknej poezji.

Przez czas pana dyrekcji współpracował pan z wieloma osobowościami i gwiazdami, które chętnie odwiedzały gliwicki Teatr. Proszę powiedzieć, kogo udało się pozyskać do współpracy przy realizacji spektakli i wydarzeń?

Tych osób było bardzo dużo i byli to wspaniali artyści. Wyróżniłbym może tylko jedną ze względu na to, iż mimo ogromnych różnic charakterologicznych i emocjonalnych łączyła nas wspólna pasja i całkowite oddanie teatrowi. Myślę tutaj o pani Marii Sartovej, którą nieprzypadkowo zapraszałem kilkakrotnie do tego Teatru, i której realizacje przynosiły wyróżnienia w postaci Złotej Maski m.in. za Spektakl Roku, czyli "42. ulicę". To reżyserka całym sercem oddana teatrowi. Teatr jest dla niej najważniejszy. Nie było w tym cienia artystycznego egoizmu i chociaż kontakty z panią Marią Sartovą w relacjach dyrektor - reżyser są trudne, bo jej wymagania dotyczące spektaklu są ogromne, to jest też ogromna radość, że twórca może do pracy podchodzić z tak wielką pasją. Nie chciałbym oczywiście tej listy zamykać, bo przez ten Teatr przewinęło się mnóstwo wspaniałych artystów. Trzeba wspomnieć w tym miejscu o Barbarze Ptak, Wojciechu Pszoniaku, Grażynie Brodzińskiej. Do tej pory żyje we mnie bardzo emocjonalny stosunek także do Stanisława Ptaka. To ogromne szczęście móc współpracować z kimś takim jak on. Trzeba też powiedzieć o przygodzie jaką przeżyliśmy z Anną Polony, która pokazała nam na czym polega prawdziwe, wielkie aktorstwo. Cały nasz zespół, łącznie ze mną nauczyła mnóstwa rzeczy i chociaż próby z nią były niezwykle pracowite i wyczerpujące, to cały zespół był nią zafascynowany. Mam jeszcze prywatny skarb, który chowam w sercu. Wychowywałem się jako młody człowiek na największym teatrze po wojnie, na spektaklach Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego i Konrada Swinarskiego w Starym Teatrze. Inscenizacje "Dziadów" i "Wyzwolenia" były dla mnie największymi doświadczeniami, które ukształtowały mnie jako człowieka teatru. Kiedyś przyszedł taki moment, że pojawił się u nas Jerzy Trela i na pustej scenie Teatru Victoria, powiedział monolog z "Wyzwolenia": "Sam już na pustej wielkiej scenie. Na proch się moja myśl skruszyła". Kiedy to mówił, miałem wręcz ekstatyczne przeżycie i cieszyłem się, że doczekałem takiej chwili, że aktor którego podziwiałem na scenie jako młodziutki chłopak w "Wyzwoleniu" w Krakowie, oto ten wielki aktor mówi ten wspaniały, wielki monolog w teatrze, w którym jestem dyrektorem. To może nieskromna, ale wielka satysfakcja.

(cdn)

Agnieszka Kiełbowicz
Dziennik Teatralny Katowice
27 marca 2015
Portrety
Paweł Gabara

Książka tygodnia

Sześć opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Tomasz Kaczorowski

Trailer tygodnia