Od operetki do musicalu (3)

Rozmowa z Pawłem Gabarą

Czuję się troszeczkę jak ojciec tego zespołu, bo miałem te jedyną możliwość, by zatrudnić całą załogę. Ja ten Teatr budowałem od zera. I wszyscy, którzy tutaj pracują zostali przyjęci i zaakceptowani przeze mnie.

Z Pawłem Gabarą, dyrektorem Gliwickiego Teatru Muzycznego, rozmawia Agnieszka Kiełbowicz.

Ostatnie lata to znakomita passa gliwickiego Teatru. Pasmo wielkich sukcesów artystycznych. To nie tylko nagrody i wyróżnienia, udział w festiwalach, ale i organizacja jednego z najważniejszych polskich festiwali - Gliwickich Spotkań Teatralnych.

Myślę, że przez kilka ostatnich wydań Spotkań Teatralnych mieliśmy ogromne szczęście, bo przy organizacji festiwalu, trzeba mieć nie tylko rozeznanie, świadomość tego, co warto wybrać i oczywiście mieć pieniądze, by można było zaprosić wytypowane przedstawienia. Potrzeba szczęścia, by ułożyły się terminarze, możliwości techniczne i tysiące rozmaitych spraw. Wydaje mi się, że Gliwickie Spotkania Teatralne, będące niegdyś spotkaniami salonowymi, przeszły jakąś ewolucję. Obserwujemy, że nasza publiczność preferująca niegdyś spektakle ze znanymi aktorami, z repertuaru zwanego powszechnie "wysokim bulwarem", czyli takim dobrze napisanym i skrojonym teatrem, gdzie można też się dobrze pobawić, zaczęła akceptować przedstawienia trudne. Był taki festiwal, na którym nie było ani jednego spektaklu określonego mianem "do śmiechu", wyłącznie dla zabawy, a frekwencja była znakomita. To znaczy, że można propagować teatr trudny, mówiący o istotnych sprawach, wyrażony trudnym językiem. W czasie tych siedemnastu lat jakie spędziłem również trudno mi wymienić listę nazwisk artystów, którzy przyjeżdżali na Spotkania. Na pewno byli to Zbigniew Zapasiewicz, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Nina Andrycz - wspominam tylko tych, których już nie ma. Była tu plejada wielkich, wspaniałych aktorów. Z kolei na liście zaprzyjaźnionych Teatrów, z którymi wspaniale nam się współpracowało znajdują się Teatr im. S. Witkacego w Zakopanem, Teatr im. S. Jaracza w Łodzi, Teatr im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu czy Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy. To teatry przyjaciele, które zawsze chętnie były do nas zapraszane i równie chętnie przyjeżdżały. Oczywiście krzywdzę sceny, których nie wymieniam. Teatr musi mieć pewną misję. My czasami staraliśmy się tę ideę budować wokół Spotkań. Gdy zabrakło nam słów, tak jak w ubiegłym roku, uciekliśmy w formułę pozasłowną. Wydaliśmy plakat z charakterystyczną prawie, ukrzyżowaną postacią, sfotografowaną w podziemiach Teatru Victoria, i nie podpisaliśmy go żadnym słowem. Była to pewna idea, towarzysząca nam przy budowie programu festiwalu, idea rozdarcia, zagubienia, między ciemnością, a światłem, niepokoju i spętania jednocześnie. Ciekawe jest to, że szukaliśmy początkowo idei w formie słownej, aż w końcu poprzestaliśmy na wyłącznie formie plastycznej.

Ważnym i znaczącym elementem oceny pańskiej zawodowo-artystycznej pracy jest otrzymanie w 2011 roku Srebrnego Medalu Gloria Artis - Zasłużony Kulturze. Gdyby zechciał pan sam podsumować siedemnaście lat pana pracy w Gliwicach, to co uznałby pan za swój największy sukces? A może i też porażkę?

Zanotowałem porażkę, do której zawsze się przyznaję ze wstydem. Przed laty byłem organizatorem koncertu, którym chcieliśmy uświęcić 50-lecie Operetki Śląskiej. Chciałem wówczas pogodzić wszystko, co możliwe w tradycji. To były początki mojej dyrekcji więc chciałem z szacunkiem podejść do wszystkiego. Teraz wiem, że nie da się podejść z szacunkiem do wszystkiego. I ten koncert, trwający bardzo długo, chociaż wykonawcy byli znakomici, był niesłychanie nudny, za długi i źle pomyślany. Mimo gwiazd, które w nim wystąpiły takich jak Wanda Polańska i Grażyna Brodzińska, jak i wspaniałych dyrygentów prowadzących ten koncert, których było aż trzech, była to moja porażka, którą zapamiętałem, ale starałem się zawsze wyciągać z niej lekcję. Natomiast są dwie największe radości artystyczne i oczywiście jestem niesprawiedliwy w tym, co mówię w stosunku do wielu innych wydarzeń. Dla mnie jest to "Carmen" Georga Bizeta, którą zrealizowaliśmy w murach Teatru Victoria, z udziałem Małgorzaty Walewskiej, w reżyserii Pawła Szkotaka, który wówczas debiutował jako reżyser operowy. Bardzo zależało mi na tym, by to przedstawienie było wpisane w tą przestrzeń. I Pawłowi się to udało. To było najwybitniejsze nasze przedsięwzięcie artystyczne, którym w tamtym czasie interesowała się cała Polska i uważam je za największy artystyczny sukces tego Teatru. A druga moja największa radość to "Mały Książę". Są to dwa tytuły, które najbardziej przytulam do serca w trakcie siedemnastu lat mojej dyrekcji. Jestem niesprawiedliwy, bo po drodze było mnóstwo przedsięwzięć, które przeżywałem, i które były mi bliskie. Była ogromna ilość premier, koncertów, wydarzeń okolicznościowych. Siedemnaście lat to długi czas.

Biorąc pod uwagę warunki na jakich został pan przyjęty (mowa o ostatnim kontrakcie) do Teatru i pana decyzję o odejściu, czy istnieje punkt w kontrakcie, którego pan nie zrealizował, i na podstawie którego organizator mógł dojść do wniosku, że nie realizuje pan oczekiwań na tym stanowisku?

W mojej ocenie nie naruszyłem żadnego punktu kontraktu i nie dałem pretekstu do użycia jakiegokolwiek paragrafu, który upoważnia do zerwania, czy wypowiedzenia tej umowy. Jedynym sposobem na rozwiązanie tej umowy, kiedy okazało się, że dalsza współpraca jest niemożliwa, była moja rezygnacja.

Czy istnieją jakieś regulacje prawne, które mógłby pan zastosować, nie podejmując takiej decyzji?

Dyrektor jest zawsze słabszą stroną tego kontraktu. Przede wszystkim organizator musi się zwrócić do Ministra Kultury. Mogę zakładać, że Minister oceniając moją działalność nie zaakceptuje rozwiązania kontraktu. Ale jest to tylko opinia. Podobnie środowiska twórcze, czyli Stowarzyszenie Dyrektorów Teatrów, czy ZASP. One prawdopodobnie też nie akceptowałyby tej decyzji. Jednak organizator wyłącznie zasięga opinii i nie musi jej brać pod uwagę. Wówczas pozostaje jeszcze rozwiązanie sądowe. Jednak polska praktyka wskazuje, że jeszcze żaden dyrektor nie wygrał z organizatorem przywrócenia do pracy. Raz jeden udało się chyba uzyskać odszkodowanie, bo w opinii sądu odwołanie to było niezgodne z prawem. Ale przywrócenie na stanowisko jest niemożliwe, chociażby ze względu na procedurę sądową, która trwa bardzo długo. Ja wybrałem taką formę ponieważ jestem bardzo mocno emocjonalnie związany i z zespołem, i z dorobkiem tego Teatru. Chciałem uniknąć po prostu sytuacji konfliktu i awantur, bo takie scenariusze już oglądałem w kilku miejscach w Polsce i były one niedobre dla teatru i ludzi w nim pracujących. Czuję się troszeczkę jak ojciec tego zespołu, bo miałem te jedyną możliwość, by zatrudnić całą załogę. Ja ten Teatr budowałem od zera. I wszyscy, którzy tutaj pracują zostali przyjęci i zaakceptowani przeze mnie. Czuję się więc za ten zespół odpowiedzialny i chciałem uniknąć awantur, obracających się przeciwko zespołowi. Nie ukrywam, że mam duże obawy czy moje odejście nie rozpoczyna jakiegoś procesu dalszych zmian w Teatrze i to takich, które będą zmniejszały rangę zespołu. Z niecierpliwością czekam na ogłoszenie przez władze miasta konkursu na nowego dyrektora, bo z jego warunków będzie można wyczytać oczekiwania i intencje. Mam nadzieję, że tylko ja personalnie byłem tą osobą niezbyt pożądaną przez zarząd miasta, i że nie chodzi o nic więcej.

W jaki sposób doprowadzono do tego, że zdecydował się pan zrezygnować?

To był proces trzyletni. Przez trzy lata miałem duże kłopoty z uzgodnieniem pewnej spójnej wizji Teatru. Moja wizja wyrasta z tradycji teatru polskiego, tego jak się go tworzy i buduje w Polsce i na świecie. Wizja ta była całkowicie niespójna z wyobrażeniem o teatrze, jako sprawnej organizacyjnie instytucji, jaką miał pan wiceprezydent. Należy jednak podkreślić, że pogląd mojego przełożonego nie został dokładnie wyartykułowany. Trzeba tu też wyraźnie zaznaczyć, że to miasto nie ma doprecyzowanej polityki kulturalnej. Może ona istnieje, ale nikt z nas nie zna jej kierunków. Brak dokumentu z którego można by te ogólne intencje wyczytać. Ja ten Teatr robiłem zgodnie z moją koncepcją przedstawioną w konkursie. Tam jest zapisana moja wizja tego Teatru. W odnowionym kontrakcie była ona nieco zmodyfikowana. W takiej formie ją realizowałem. Okazuje się, że wizja zapisana w umowie nie odpowiada mojemu przełożonemu.

Nie było również elementów artystycznych, które miałyby być u podstaw oceny pana dyrekcji w GTM?

Nigdy organizator nie rozmawiał ze mną o efektach artystycznych, wręcz przeciwnie. Kiedy staraliśmy się informować o tym Wydział Kultury, usłyszeliśmy, że zalewamy ich niepotrzebnie materiałami o recenzjach, naszych wynikach artystycznych, bo to nie jest przedmiotem oceny organizatora. Organizator nie wypowiadał się nigdy w zakresie poziomu artystycznego Teatru.

Ma pan za sobą ponad 30 - letnie doświadczenie pracy w różnych teatrach naszego województwa. Był pan wykładowcą akademickim, konsultantem programowym, adaptatorem, reżyserem, a nawet zagrał Dyrektora Gabariniego w "Wakacjach Don Juana". Można powiedzieć, że posiada pan wszechstronne doświadczenie zawodowe. Czy ma pan już wizję jak będzie wyglądała pana kariera zawodowa po 31 marca 2015 roku?

Nie mam pojęcia, co będzie się działo po 31 marca. Wiem, że pierwsze dni to będą dni smutku i tęsknoty. Szybko trzeba będzie ten etap przejść i zamknąć te drzwi. Mam kilka pomysłów, kilka projektów, które powoli przygotowuję. Nie wiem jeszcze czy chciałbym być kiedykolwiek dyrektorem, zwłaszcza teatru publicznego, który ma jakiegoś organizatora w postaci samorządu, bo moje ostatnie doświadczenia są bardzo przykre i smutne. Ale być może wystartuję w jakimś konkursie. O tym, że będę pracował w teatrze wiedziałem już w przedszkolu i ufam że tak musi być do ostatniego dnia.

Dziękuję za rozmowę.

Paweł Gabara - dyrektor i reformator Gliwickiego Teatru Muzycznego, reżyser widowisk dla młodych widzów. Związany z teatrami województwa śląskiego od 35 lat. Od 23 kwietnia 1998 roku pełnił funkcję dyrektora Teatru Muzycznego w Gliwicach. Od 2001 roku jest dyrektorem Gliwickiego Teatru Muzycznego, który zreformował i uatrakcyjnił jego ofertę repertuarową. W czerwcu 2011 roku został uhonorowany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego srebrnym Medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis" za wybitne zasługi dla rozwoju życia teatralnego w Polsce. Loża Katowicka Business Centre Club we wrześniu 2013 roku wyróżniła Pawła Gabarę Statuetką Specjalną Cezara Śląskiego Biznesu.

Agnieszka Kiełbowicz
Dziennik Teatralny Katowice
28 marca 2015
Portrety
Paweł Gabara

Książka tygodnia

Sześć opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Tomasz Kaczorowski

Trailer tygodnia