Od szkolnej ławki do sceny

Tadeusz Huk, Leszek Piskorz - sylwetki

TADEUSZ HUK i LESZEK PISKORZ - ogromnie popularni i doskonali krakowscy aktorzy teatru i filmu, obchodzili, oczywiście w Krakowie, jubileusz 40-lecia zawodu. Razem? Oczywiście, a czemu by nie? Obaj są krakowianami, razem zdali w naszym mieście maturę w VIII Liceum Ogólnokształcącym im. St. Wyspiańskiego, razem przyszli do naszej Szkoły Teatralnej, świetnie ją przed laty ukończyli i razem poszli do Starego Teatru!

Z małą poprawką: Huk zaczynał od Teatru im. Słowackiego. I natychmiast był tam widoczny! Z "Achilleis" Wyspiańskiego zapamiętałam głównie... zgrabne nogi Huka! Przy krótkiej, greckiej tunice, właśnie one rzucały się w oczy! Tak to kiedyś było!

Dziś obaj są aktorami doświadczonymi, obaj mają w dorobku po kilkaset ról teatralnych, filmowych, telewizyjnych, a nawet kabaretowych. Świetnie potrafią wykorzystywać swoje warunki fizyczne, zachwycają wyrazistością twarzy, świadomością każdego ruchu, temperamentem scenicznym. Ale przecież trudno tak pisać o nich łącznie, bo są jednak różni, różnie ukształtowała ich cała droga twórcza, choć startowali niczym "dwaj przyjaciele z boiska". Tę odmienność można było zobaczyć nawet na tak maleńkim przykładzie, jak słynny serial Wajdy Z biegiem lat... z biegiem dni, w którym Huk zagrał żydowskiego woźnicę Jankiela, a Piskorz był zachwycającym Zbyszkiem Dulskim, w wątku z "Moralności pani Dulskiej". Bywali więc bardzo różni. Choć artystyczne szanse miewali podobne.

Huk - klasycznie przystojny, o nieco leniwym sposobie reakcji i tzw. zniewalającym męskim uroku, często na ekranie pojawiał się w mundurze. Od policjantów, przez komisarzy, agentów, adiutantów, prezesów, wiceministrów - aż do samego cesarza Franciszka Józefa I (w opowieści o wojaku Szwejku) biegnie ta szczególna droga efektownego noszenia munduru i nienagannej prezencji. Nawet w "Liście Schindlera" zagrał przystojnego gestapowca. Ale, choć każdy kostium wspaniale na nim leży, to przecież zawsze liczyło się to, co "w środku", czyli sama postać. A w tym względzie los wyraźnie Huka rozpieszczał. Już w teatrze pracował ze wszystkimi wielkimi reżyserami. I wtedy, gdy był Kreonem w "Antygonie" u Wajdy, i wtedy gdy był Hrabią Szarmem w "Operetce" Gombrowicza i wtedy, gdy jego Hrabia Respekt w "Fantazym" Słowackiego budził zachwyt. Nie było dla niego niczego trudnego. Ze swoim wyrafinowanym poczuciem humoru i z dużą siłą ekspresji był oczekiwany, oklaskiwany, coraz popularniejszy. I na pewno będzie tak nadal. Ale na początku jego drogi zdarzyło się coś, co było specjalnym uśmiechem losu. Była to możliwość współpracy z twórcami filmowymi własnego pokolenia, czyli kina moralnego niepokoju. Chodzi głównie o Agnieszkę Holland i znaczący udział Huka w jej słynnych "Aktorach prowincjonalnych". Mentalnie i artystycznie był ten film idealnym ogniwem pośrednim między teatrem a filmem, między klasyką a współczesnością, między sztuką a polityką. Wszak rozgrywał się w teatrze, w czasie przygotowania "Wyzwolenia" Wyspiańskiego, gdzie Huk grał główną rolę aktora Krzysztofa, chcącego zrobić karierę i to wcale nie na prowincji. Tadeusz Huk stał się w tym momencie przedstawicielem tego pokolenia, które zaczęło swój rozrachunek z sytuacją polityczną Polski lat 70. Sprawdził się Huk w tych moralnych rozważaniach.

Leszek Piskorz też przeszedł klasyczną drogę teatralną w inscenizacjach największych twórców, u Swinarskiego, Jarockiego, Wajdy. Zwłaszcza Wajda pięknie rozwinął jego talent: od roli studenta w "Biesach", przez postać Waleriana Łukasińskiego w "Nocy Listopadowej" (rola śpiewana!) i Staszka w "Weselu", do wspomnianej już, znakomitej i charakterystycznej postaci Zbyszka Dulskiego w "Z biegiem lat, z biegiem dni". Pracowity, ruchliwy, o charakterystycznej urodzie, wiecznej młodości w twarzy i naturalnej vis comica sprawdzał się w różnych rolach: był nawet McMurphym w "Locie nad kukułczym gniazdem", który w Starym wyreżyserował sam Zanussi. A także Felkiem w "Romansie z wodewilu". Ba, sprawdził się także w atrakcyjnym pisaniu, i to wspomnień: wydał nie tak dawno fascynującą opowieść o własnym dzieciństwie i o Grzegórzkach z lat 50. "Ja, Kinder z Grzegórzek".

Na ekranie też jest często obecny. Za świetną rolę ojca rodziny w "Futrze" Drozdowicza był nominowany do Złotej Kaczki. Teraz można go zauważyć w małej, ale charakterystycznej roli ojca, w filmie Feliksa Falka "Joanna".

Jak dobrze, że są tacy aktorzy, którzy wychowali się w dobrym, prawdziwym "totalnym" teatrze, więc teraz potrafią zagrać wszystko. Wspaniale się na nich sprawdza znane powiedzenie wielkiej Anny Magnani, że choć świat mógłby istnieć bez aktorów, to na pewno byłby bez nich smutniejszy!

Maria Malatyńska
Kraków
27 stycznia 2011

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia