Odpowiedzialność

Felieton Marka Weissa

Nie jestem mściwy. Z dawnych czasów pozostało we mnie wiele przekonań, a wśród nich skłonność do wybaczania ludzkich słabości. Któż z nas jest bez grzechu? Kto nie popełnił w swoim życiu błędów, które zwiększyły i tak już nadmierną pulę zła na tym padole łez? Staram się więc rozumieć błądzących i wybaczać im, jeśli krzywda dotknęła mnie lub moich bliskich. Uważam jednak, że należy wystrzegać się szkodliwej we wszystkich sztukach przesady również w sztuce wybaczania.

Przyznaję, że moja wizja teatru operowego nie jest popularna. Usłyszałem nie raz podczas mojej dyrekcji, że na taki ambitny teatr władz wojewódzkich nie stać. Czuję się za to całkowicie odpowiedzialny i rozumiem, że muszę ustąpić komuś, kto dostosuje swój repertuar do możliwości lokalnych i gustów szerszej publiczności, niż ta, do jakiej starałem się adresować moje spektakle. Najbardziej szkoda mi Bałtyckiego Teatru Tańca, który stał się zjawiskiem nie tylko w skali Trójmiasta - pisze Marek Weiss na swoim blogu.

Każdy przypadek powinien być rozpatrywany indywidualnie. Tak jak sędzia skupia się nad wymierzeniem kary odrębnej od innych i analizuje wnikliwie konkretny przypadek, tak i my w swojej dobroduszności nie powinniśmy generalizować, lecz każdy nasz akt wybaczania przemyśleć, czy rzeczywiście zwiększy on pulę dobra w świecie, czy też przedziwnym trafem ją zmniejszy. Trudna sprawa, ale nie trzeba się zniechęcać trudnościami zbyt pochopnie.

Zdarza się więc, że postanawiam nie darowywać krzywdy i oddać temu, kto mi ją wyrządził ząb za ząb w myśl prastarej intuicji Hammurabiego. Niech więc nie dziwią się moi krzywdziciele, że okażę się w wyjątkowych przypadkach człowiekiem mściwym, chociaż powszechnie wiadomo, że taki nie jestem. Wierzę jednak w coś, co nazywamy odpowiedzialnością za popełnione czyny, wypowiedziane słowa, czy nawet błędy, które wynikają nie zawsze ze złej woli. Odpowiedzialność to wielka sprawa! Od lat moim idolem politycznym jest minister Ćwiąkalski, który podał się do dymisji, chociaż nie miał wpływu na to, czy jakiś więzień powiesi się w celi, czy nie. Po prostu wziął na siebie odpowiedzialność za błąd swojego resortu i uznał, że nie może nim dalej kierować, jakby nic się nie stało. Szkoda, że do takiej odpowiedzialności nie poczuwali się nieszczęśni biesiadnicy knajpy "Sowa i przyjaciele", bo być może Polska wyglądałaby dzisiaj inaczej, gdyby w swoim czasie poszli w ślady ich kolegi Ćwiąkalskiego.

Już widzę, jak zaskoczeni moi czytelnicy zachodzą w głowę, do kogo ja właściwie piję. A no, powiedzmy, że do prezydenta Francji, który jest zdumiewającym przeciwieństwem ministra Ćwiąkalskiego i trwa w najlepsze na złotym tronie, mimo masakry, jaka przydarzyła się z powodu opieszałości jego policjanta, który puścił dalej ciężarówkę z rzekomymi lodami. Oczywiście, że prezydenta przy tym nie było, ale czy słowo odpowiedzialność znaczy tylko sporadycznie? Czy dla prezydenta Clintona nic nie znaczyła dymisja Nixona? Czy dla naszych władców nic nie znaczą kompromitacje korupcyjne i majątkowe? Czy skandaliczne wypowiedzi ministrów nie dotyczą odpowiedzialności premiera, który ich powołał? Czy szkody jakie wyrządzają urzędnicy swoimi bezmyślnymi decyzjami nie dotyczą odpowiedzialności zwierzchnika, który ich powołał? Te pytania nie dają mi spokoju i będę je w takim razie dalej drążył, bo przecież chodzi o pryncypia, które są solą naszego istnienia społecznego.

Dotyczy to również mojej odpowiedzialności za losy Opery Bałtyckiej powierzonej mi prawie dziewięć lat temu. Mówiąc o losach mam na myśli przede wszystkim ludzi pracujących tutaj przede mną, angażowanych przeze mnie i będących dalej pracownikami, kiedy mnie tu już nie będzie. To z ich powodu wyraziłem przekonanie podczas przesłuchania konkursowego, że niezbędna jest w mojej instytucji podwyżka w minimalnej kwocie 200 złotych na głowę, czyli zwiększenie budżetu o półtora miliona. Uprzedziłem, że ta podwyżka zmieni tylko jakość życia pracowników, natomiast nie zmieni ona ilości spektakli, ani ich jakości. Wiedziałem, że taka deklaracja redukuje moje szanse konkurowania z innymi kandydatami, którzy twierdzili, że w ramach obecnej dotacji można grać lepiej i więcej.

Przyznaję, że moja wizja teatru operowego nie jest popularna. Elitarność jakości, o którą walczyłem tu przez lata, jest dzisiaj wartością wywołującą wiele niechęci. Usłyszałem nie raz podczas mojej dyrekcji, że na taki ambitny teatr władz wojewódzkich nie stać. Czuję się za to całkowicie odpowiedzialny i rozumiem, że muszę ustąpić komuś, kto dostosuje swój repertuar do możliwości lokalnych i gustów szerszej publiczności, niż ta, do jakiej starałem się adresować moje spektakle. Najbardziej szkoda mi Bałtyckiego Teatru Tańca, który stał się zjawiskiem nie tylko w skali Trójmiasta. Dzisiaj musiałem podjąć decyzję o likwidacji tej nazwy, a więc i tej marki, jaką Izadora Weiss podbiła publiczność w Gdańsku i wielu innych miastach, również za granicami kraju. Zespół tancerzy będzie funkcjonował dalej jako balet Opery Bałtyckiej zgodnie z wolą nowego dyrektora. Czuję się również za to całkowicie odpowiedzialny i odchodząc ze stanowiska poświęcę się naprawieniu tej szkody i wyrwy w kulturze polskiej. Piękne spektakle mojej genialnej żony pojawią się gdzie indziej, a tu wreszcie przestanie gryźć w oczy legalny, zgodny z tradycją teatralną, ale irytujący niejednego, a zwłaszcza niejedną, nepotyzm. Za niego też czuję się odpowiedzialny, ale za jego uprawianie oddałbym życie, a cóż dopiero dyrektorski stołek. Nepotyzm zresztą jest stary jak świat i za chwilę pojawi się z pewnością w Operze Bałtyckiej pod jakąś inną postacią. Oby tylko towarzyszył mu talent na miarę Izadory Weiss.

Marek Weiss
Weissblog
22 lipca 2016
Portrety
Marek Weiss

Książka tygodnia

1968/PRL/Teatr
Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
red. Agata Adamiecka-Sitek, Marcin Kościelniak, Grzegorz Niziołek

Trailer tygodnia