Odyseusz na rauszu

"Moskwa- Pietuszki" - reż. Zygmunt Duczyński

Żarówka, lustro, świeczki, walizka i jeden aktor. Tylko tyle, albo aż tyle potrzeba, by stworzyć dobry spektakl. I mimo że nie jest to stuprocentowy przepis na sukces i powodzenie spektaklu, to to kultowe już przedstawienie szczecińskiego Teatru Kana zdaje się potwierdzać, że wszystko jest możliwe. „Moskwa - Pietuszki”, bo o nim mowa, od niemal ćwierćwiecza zachwyca widzów w kraju i poza jego granicami.

„Moskwa - Pietuszki" to zdecydowanie coś więcej niż tylko monodram. To tułaczka utrudzonego systemem politycznym, a przede wszystkim życiem, człowieka – Wieniczki – podróż do rodziny, kobiety z warkoczem do pasa i ukochanego syna. W centrum nie stoi jednak ani rodzina ani otaczająca bohatera rzeczywistość. W centrum stoi wódka i to – jak na Rosjan przystało – pod wieloma postaciami. To ona staje się motorem napędowym spektaklu, paliwem, dzięki któremu maszyna zwierzeń może swobodnie jechać. I mimo że podróż z Moskwy do Pietuszek to zaledwie 125 kilometrów drogi, bohater wygłasza niezliczone monologi na temat filozofii, kultury, historii, polityki a nawet wiary w Boga, która zakorzeniona jest w nim głęboko. W tej życiowej włóczędze wódka zastąpiła wszystko: im bliżej celu podróży, tym bardziej smutny i opłakany wydaje się być los Wieniczki. Bo wódka stała się jego lekarstwem i trucizną w jednym: leczy z tęsknoty za wolnością, jednocześnie niszcząc wiarę w lepsze jutro. Wienia dyskutuje z aniołami, jest kuszony przez szatana, ścigany przez erynie, a im bliżej końca, tym atmosfera jego prywatnego strachu i paranoi bardziej się zagęszcza.

Zygmunt Duczyński, nieżyjący już reżyser spektaklu a także założyciel alternatywnego Teatru Kana, wyciągnął z poematu to, co najlepsze: metafizyczną prawdę o człowieku, jego słabościach, wzlotach i upadkach. Do tego wybrał artystę, wydawać by się mogło, najlepszego: Jacka Zawadzkiego, człowieka obdarzonego głębokim głosem i niezwykłą świadomością teatralną, która z pewnością z biegiem lat stała się jeszcze bardziej dojrzała. Zawadzki umiejętnie wiedzie nas od monologu do monologu, będąc jednocześnie bardzo blisko widza, ale i zachowując ogromne poszanowanie dla tekstu, którym opowiada los postaci. W pomyśle reżyserskim Duczyński postawił na minimalizm. Prosty rekwizyt zmienia się w kobietę, dziecko czy trumnę. Rytm spektaklu, który przyspiesza lub zwalnia, zdaje się wyznaczać kolejne stacje intensywnej podróży głównego bohatera na drodze do jego oczyszczenia. Tutaj mniej zdecydowanie znaczy więcej.

Poemat Wieniedikta Jerofiejewa, mimo że powstał w 1973 roku, ze względów politycznych na ówczesnym rosyjskim rynku wydawniczym pojawił się dużo później. I, co ciekawe, pierwsze rosyjskie wydanie kosztowało tyle, co butelka wódki. Przypadek? Być może. Przypadkowa z całą pewnością nie była druga część wieczoru z Jackiem Zawadzkim w roli głównej. Artysta zaprosił nas bowiem w kolejną podróż. Tym razem była to wyprawa muzyczna przez meandry jakże pięknej twórczości bardów, głównie Bułata Okudżawy i Włodzimierza Wysockiego, ale też tradycyjnych melodii słowiańskich czy cygańskich na amerykańskich standardach kończąc. A wszystko to okraszone zostało osobistymi wspomnieniami Zawadzkiego: o matce, dzieciństwie, pobycie w Stanach Zjednoczonych, występach w Moskwie, o śląskich przyjaciołach. I wszystko to piękne, a co najważniejsze, niezwykle prawdziwe! Bo takiej właśnie prawdy współczesny teatr potrzebuje...

Anka Miozga
Sztajgerowy Cajtung
12 sierpnia 2013

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...