Ohydna historia

"Smaki i dotyki" - reż. Stanisław Miedziewski - Teatr Rondo w Słupsku

ToM opowiadań "Smaki i dotyki", który ukazał się w roku 2006 w wydawnictwie Świat Książki, wciąż należy do moich ulubionych książek Ingi Iwasiów. Jego z pozoru wystudzone, zimne narracje, choć chwilami grające autobiograficzną aluzją, będące obrazami z życia kilkunastu bohaterek, reprezentantek rozmaitych środowisk i światów, składały się na mocną, dotkliwą - tyleż dosłownie, co metaforycznie - opowieść o poszukiwaniu zakazanych smaków i o niespełnieniu, które bywa piękne. O bólu życia pełnego ról. Feministyczną, ale przewrotnie, bo zrywającą zarówno ze stereotypem kobiety - przedmiotu miłości, domowej kapłanki - jak i dystansującą się od modelu chłopackiej bojowniczki o równouprawnienie płci.

MOGŁOBY się wydawać, że scena teatralna nie jest dla rodzajów prozy. Pisanych językiem żywym, osadzonym we współczesności, ale równocześnie zanurzonym w literackie konteksty, nasyconym emocją i lirycznym drżeniem. Monodram Katarzyny Maksymowicz wykorzystuje jednak opowiadanie bodaj najbardziej z nich sceniczne - zapisaną w formie pierwszoosobo-wej "Poradę" dedykowaną śmiało "znajomym pijakom".

Myliłby się jednak ten, kto by chciał w owym monologu nieznanej z imienia narratorki-bohaterki, dokonującej przed lekarką, do której przyszła po tytułową poradę, swoistej spowiedzi życia, widzieć jedynie obyczajową ciekawostkę, realistyczną scenkę z kobietą pijaczką (byłą pijaczką) w roli głównej. Feministyczną odpowiedź na męskie narracje tego gatunku, do których - z ironią - nawiązuje zresztą monologująca (pojawiają się nazwiska: Hłaski, Pilcha, Wieni Jerpfiejewa).

Świetna jest scena, w której bohaterka, odnosząc się do romantycznego z ducha doświadczenia tych wszystkich straceńczych kreacji "spod wulkanu" (że nawiążę do tytułu słynnej powieści Lovry'ego), zauważa z gorzką kpiną: "Bo z historiami kobiet jest dodatkowy kłopot, że one jakby z góry są bardziej ohydne. Że facet- zabrał kasę na chleb, zbił, zsikał się do łóżka (...) - wszystko można wybaczyć (...) A kobieta?".

Maksymowicz wzmacnia efekt drwiącego porównania, mocno akcentując w słowie "ohydne" to wibrujące, dźwięczne h. No tak, kobieta sikająca do łóżka -i "śmierdzi", i obsika przy tym przypadkowego kochanka -to nie jest wizerunek na bohaterkę (nie tylko literacką) budzącą fascynacje (nie tylko czytelnicze).

Owszem, powyższa ironia - skądinąd będąca też grą z tekstem ("A gdybym opowiedziała, naprawdę, bez owijania w bawełnę, tak dosłownie? Bez literackich przymieszek?") - może sprawiać wrażenie, że mamy tu do czynienia z próbą reportażu -zgoda, literackiego, lecz podanego raczej soute - którego tematem są życiowe doświadczenia kobiety dotkniętej alkoholową chorobą.

Na szczęście reżyser spektaklu - doświadczony monodrami-sta Stanisław Miedziewski - jak i grająca w nim Maksymowicz, dostrzegli w opowiadaniu Iwasiów inny, głębszy ton. Czyniący z niego wielobarwny, intensywny portret nie tyle Pani AA czy tradycyjnie rozumianej "kobiety po przejściach" z piosenki Agnieszki Osieckiej, ile właśnie kobiety sukcesu (przynajmniej w oczach innych) - energicznej, unikającej sentymentów. "Trzymającej się" ("zawsze, no, prawie") i na chłodno świadomej swego dramatycznego uwikłania w życie, ale tym bardziej bezradnej w ciężkim kryzysie, stojącej na krawędzi mroku. Tego metafizycznego, ukrytego na dnie każdej depresji.

Spektakl daje nam różne sygnały, że o taką właśnie opowieść chodzi. Bo choć Maksymowicz - snując swe wyznania, które można by zatytułować szyderczo, choć trywialnie "Jak zostałam Mariolką" (w jej monologu pojawia się postać owej Mariolki - młodej kobiety bez wieku, zniszczonej piciem, biciem, a i po prostu brakiem miłości) - rysuje swą bohaterkę realistyczną kreską, chwilami nawet przerysowując ją nieco - to w kilku scenach podkreśla delikatnie, z czasem coraz mocniej, iż nie są to kadry z dokumentu, a złożony portret psychologiczny, którego najważniejsze szczegóły ukryte są w cieniu.

Nie bez kozery też realistyczna na pozór konwencja rozbijana jest zarówno przez niespodzianie, kilkakroć śpiewane "Tango Notturno", jak i przez rwaną poetycką frazę monologu stającego się wówczas białym wierszem. Już zresztą początek z zaskakującym tłem muzycznym (Beethoven) i pozornie "technicznym" zawiązaniem akcji - aktorka wkłada na siebie wiszący na scenie czerwony żakiet, co staje się sygnałem wejścia w rolę - początek, w którym słowa tak właśnie będą akcentowane, zapowiada wiwisekcję: tak samej postaci, jak i konwencji, w której zostanie ona ukazana.

W finale spektaklu, wykraczającym poza opowiadanie, mamy ostateczne przełamanie realizmu. Mrok, przed którym staje bohaterka, woła ją i przyciąga. Czy taka kropka nad i była potrzebna? Nie wiem.

Bardziej mnie przekonuje cytowany już fragment o różnicach między alkoholizmem mężczyzn i kobiet-dokładniej zaś: sposobach ich ukazania - zakończony właśnie pytaniem: "A kobieta?", który puentuje pytanie istotniejsze, będące kluczem do całego spektaklu: "Do jakiego miejsca może odsłonić się kobieta?". Żeby nie było "ohydnie", a żeby było przenikliwie. Bezwzględnie, lecz sprawiedliwie. To właśnie zmaganie się z odpowiedzią na owo pytanie stanowi istotę tego dobrze zrobionego i zagranego spektaklu.

Choć muszę dodać, że Krystyna Maksymowicz, radząca sobie znakomicie z różnorodną tonacją tekstu - na ogół ostra, dowcipna, ale i poddająca się melancholii, szukająca zwarcia w śmiałych szarżach, to znów wycofana i skryta za maską - bywa chwilami nadekspresyjna.

A przecież najmocniejsze wrażenie - zgoda, mocne również przez kontrast - osiąga w scenach wyciszonych, ujawniających lęki, obsesje i niepokonane traumy swej bohaterki. Że wspomnę choćby scenę z esperalem; boleśnie i symbolicznie wczepionym w ciało, jej stróżem i demonem. "To zaszycie ma magię" - mówi. Zaszycie, które jest nie tylko "piekącą ranką", lecz i raną. Raną - blizną - po życiu. Które nie daje się zaszyć.

ADL
Kurier Szczecinski
13 czerwca 2015

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia