Okazuje się, że to modlitwa była

Rozmowa z Jerzym Stuhrem

Ludzie chorzy czasem bardziej słuchają mnie niż lekarzy, dlatego że też przez to przeszedłem. Odbieram telefon z Nowego Sącza: "Panie Stuhr, mam tu pacjenta, niech mu pan coś powie, bo on mnie nie chce słuchać!". Ledwo zdążę zapytać, na co on jest chory.

- Nie mam wobec Kościoła oczekiwań - o swojej prywatnej rozmowie z Panem B. opowiada Jerzy Stuhr, aktor i reżyser.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Chodzi pan do kościoła tylko w poniedziałki?

Jerzy Stuhr - Byle nie w niedzielę. Wolę chodzić w tygodniu, bo wtedy kościół jest pusty.

Dlaczego woli pan pusty kościół?

- W takim najlepiej potrafię się skupić. Na sobie, na architekturze tego miejsca, na jego zabytkach. Poza tym jak jestem w pełnym kościele, to wszyscy się na mnie gapią. I komentują, a szczególnie jak jestem na wsi: nie poszedł do spowiedzi, do komunii, pewnie dużo grzechów, wiadomo, artyści. Nie lubię być pod pręgierzem spojrzeń akurat w tym miejscu, wystarczy, że co wieczór jestem pod pręgierzem spojrzeń widowni w teatrze. Dlatego chodzę sobie do pustego kościoła i wtedy czuję więź z Bogiem. Niedawno opowiadałem ks. Andrzejowi Lutrowi, z którym wspólnie napisaliśmy książkę ("Myśmy się uodpornili. Rozmowy o dojrzałości" - red.), że w czasie choroby wyznaczałem sobie trasy, które muszę przejść, i zawsze była to trasa do kościoła. Dochodziłem tam zasapany, siadałem w pustej ławce. Ksiądz pyta: "I co pan wtedy robił?". Nic szczególnego, myślałem o rodzinie, o dzieciach. A on mówi: "Czyli pan się modlił". To była modlitwa, okazuje się. Dlatego lubię puste kościoły.

Nie oczekuje pan wskazówek, jak żyć?

- Nie. Od ósmego roku życia byłem ministrantem. Dzięki temu precyzyjnie oddzielam teatr w kościele od wiary i nie mieszam tych dwóch kwestii. Miałem świetnego księdza katechetę, u którego służyliśmy do mszy. Kiedy było podniesienie, wydzwanialiśmy na dzwonkach symfonie. Tu szybszy rytm, tam wolniejszy, głośniej, ciszej, wyżej, niżej, bawiło nas to. A ksiądz w tym ważnym momencie mszy, podczas przeistoczenia, patrzył na nas i groził paluchem. Potem w zakrystii dawał burę: nie robić mi teatru z kościoła! W kościele zazwyczaj robi się spektakl. Wiara jest gdzie indziej.

Nie łączy pan wiary z kościołem?

- W ogóle. To znaczy, żeby być ścisłym: czasem tak, gdy oglądam tam wielkie dzieła. Niedawno jeszcze raz poszedłem do bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie zobaczyć mozaiki. Kiedy myślę, że na jednym metrze kwadratowym ułożonych jest 40 tys. kamyczków, to czuję, że chciałbym tak wierzyć jak artysta, który to wykonał. Dzieła artystów działają na mnie najbardziej, bo przecież robili je w wierze. Wtedy nie było PR, konferencji prasowych, recenzji, oni nie robili tego dla sławy; robili to w wierze. Fascynuje mnie Michał Anioł, który całe życie miał straszliwe wyrzuty sumienia, że wyginał trupy. Musiał chodzić do prosektorium, żeby zobaczyć, jak układają się mięśnie, kiedy zegnie się nogę albo rękę. Był głęboko wierzącym człowiekiem i wiedział, że popełnia grzech, więc cierpiał. Spowiadał się z tego, a jednak mimo to chodził. Wola artystyczna była silniejsza od wiary. Caravaggio, wiadomo, bandyta - nie patyczkował się, dał Madonnie twarz prostytutki utopionej w Tybrze. A jednak malował, żeby odkupić swoje winy. Rafael, erotoman, oddawał swoją sztukę Bogu. Byłem też niedawno w kościele San Pietro in Vincoli, czyli św. Piotra w Okowach w Rzymie. Są tam łańcuchy, w które zakuty był św. Piotr, kiedy był więziony w Jerozolimie. No, te łańcuchy, to jest jednak teatr. Ale kolumny pochodzą z rzymskiej świątyni, która stała wcześniej na tym miejscu. I to już robi wrażenie.

Bo?

- Bo jest autentyczne. A łańcuchy? Można spreparować. Również we Włoszech jest relikwia, chyba najświętsza ze wszystkich. Napletek Chrystusa. Pozostał po obrzezaniu i nie wstąpił z Chrystusem do nieba. To jeszcze nic, są też inne kościoły, które przyznają się do posiadania tego napletka. No, widzi pani, znam ten teatr kościelny.

Katolicy coraz częściej protestują przeciw temu, co budzi ich sprzeciw w Kościele. Też ma pan taką potrzebę?

- Nie, bo kiedy grzebię w historii, to widzę, że wszystko już było. Kiedy Mieszko przyjmował chrzest, Watykanem rządziły kurtyzany. I tak to się przewala, miele nieustannie. Czasem zapamiętam głos jakiegoś hierarchy, który mi nie odpowiada, ale nie przejmuje mnie to. Nie mam wobec Kościoła oczekiwań.

A przejmuje pana mądry głos duchownego?

- Gdy Jan Paweł II napisał list do artystów w 1999 r., byłem akurat rektorem w krakowskiej szkole teatralnej i często ten list cytowałem studentom. Tam było przesłanie, które umocniło mnie na całe życie. Że umiejętności, którymi jesteśmy obdarzeni, nie powinny być traktowane w kategorii pychy czy dumy, ale obowiązku. Oddajemy je ludziom dla ich relaksu, zadumy, refleksji, przeżycia, tak powiedział papież. Mnie to bardzo zapadło w pamięć i od tego momentu stałem się skromniejszym człowiekiem. Gdy słucham śpiewaczki czy śpiewaka, to myślę, że są muśnięci przez Boga, potrafią z siebie wydobyć to, czego ja nigdy bym nie umiał. Oni służą. Właśnie takie przesłanie duchownego utwierdza mnie w wierze.

Aktorstwo jest dla pana służbą?

- To mój obowiązek, że uszczęśliwię ludzi w teatrze.

Robi pan to samo w szpitalach dziecięcych. Odwiedza pan dzieci na oddziałach onkologicznych.

- Teraz mniej, ale gdy jestem wolny, to jak najczęściej, kiedy tylko mogę. W Warszawie, Wrocławiu, Krakowie.

Dlaczego pan to robi?

- To moja działalność charytatywna, ona też jest moim obowiązkiem. Ludzie chorzy czasem bardziej słuchają mnie niż lekarzy, dlatego że też przez to przeszedłem. Odbieram telefon z Nowego Sącza: "Panie Stuhr, mam tu pacjenta, niech mu pan coś powie, bo on mnie nie chce słuchać!". Ledwo zdążę zapytać, na co on jest chory.

Co pan mówi wtedy ludziom?

- To są dziwne rozmowy. Z dorosłymi gada się inaczej, z dziećmi inaczej. Z dziećmi najbardziej mi się sprawdza, jak mówię: "Ty, gdzie byśmy chcieli pojechać?". A ponieważ w tylu miejscach na świecie byłem, to zawsze potrafię opowiedzieć jakąś anegdotkę, szczególik: "Posłuchaj, w Kolumbii podszedł do mnie facet z zielonymi kamykami i mówi, że jeden jest wart 1500 dolarów. Takie zielone kamyczki miał, jak szmaragd, i twierdził, że są prawdziwe. A okazało się, że wziął zielone światło z ulicy i porąbał". No, takie rzeczy mówię. Dzieci słuchają i śmieją się. I już dostają nadzieję.

A jeśli dziecko zapyta: "Czy ja umrę?", to co mu pan odpowie?

- Jeszcze takiego pytania nie usłyszałem. Ale nie, dziecko zawsze będzie chciało żyć. Z tego, co wiem, dzieci zawsze chcą żyć, bawić się. Chłopak prawie nie miał płuc, wycięli mu większą część, i mama prosi: niech mu pan coś powie "osiołkiem". No dobra, gadam coś osiołkiem ze "Shreka" i widzę, że chłopak spazmów dostaje. Szwy go bolą, a jak się śmieje, to jeszcze bardziej. Pytam, czy mówić tym "osiołkiem", czy nie, bo widzę, że boli. A on: "mówić". Dziewczynka, którą opiekuje się Fundacja Mam Marzenie, napisała, żeby pan Stuhr nagrał jej audiobooka. Musiałem więc nagrać wiersze na płytę. To są rzeczy, które dają nadzieję.

Bóg też daje nadzieję. Umie pan zawierzyć Bogu?

- Post factum dziękować potrafię. A zawierzać nie. Bo zawierzając, traciłbym siły. Przestałbym walczyć. A ja w chorobie muszę mieć ogromne siły, muszę skupić się na pokonaniu słabości. Gdy to się stanie, przynajmniej w dużej części, to dziękuję. Wtedy wiem, że pomogła mi w tym jakaś siła. Siła spersonifikowana w mojej mamie.
Nieżyjącej. Ciągle myślę, że ona gdzieś tam nade mną jest. Trzy razy umierałem w życiu, zawsze się wykaraskałem.

To ona pana ratowała, nie Bóg?

- No, ona tam gdzieś prosiła u Pana Boga. Nie o siebie przecież, tylko o syna. O siebie nigdy. Jak w tej francuskiej piosence - zabił matkę, niesie trupa i przewrócił się, a trup pyta: "Nic ci się nie stało, synku?". W szkole teatralnej dawali tę piosenkę studentom, którzy byli najgorsi ze śpiewu, bo wiedzieli, że i tak wzruszą publiczność.

Ale z Bogiem też pan negocjuje. Jak wtedy, gdy poprosił pan, żeby przeniósł chorobę z córki na pana.

- Tak, moja córka zachorowała i modliłem się: "Panie Boże, daj, żeby to przeszło na mnie". I zostałem wysłuchany. Kiedy była chora, chodziłem po tych samych korytarzach szpitala w Gliwicach, po których potem chodziłem jako pacjent. Radiestetka, która tam pracowała, wzruszała się na mój widok: "O, pana córce też robiłam radioterapię, byłam wtedy na stażu". Tylko przemierzanie tych korytarzy z córką było o wiele gorszym doświadczeniem, niż kiedy chodziłem po nich sam. Myślałem wtedy: ona wyzdrowiała, jest w ciąży, a przeszło na mnie, dobrze to Bóg wymyślił.

Po co nam Bóg? Żebyśmy mieli kodeks moralny?

- Są ludzie, którzy mają ten kodeks, a nie wierzą w Boga. Sens. Po to jest Bóg. Żebyśmy wierzyli w sens naszego istnienia. Wierzę, że człowiek wierzący potrafi stworzyć o wiele większe dzielą niż niewierzący. Ja to widziałem. Od mozaik katedry w Otranto przez zabytki Rzymu po Caravaggia nawet, tego grzesznika. Człowiek wierzący potrafi stworzyć wielkie rzeczy. Bo ma dla kogo.

Nie tworzy ich dla drugiego człowieka?

- Nie, ci w renesansie nie mieli poczucia, że robią to dla drugiego człowieka. Oni nawet nie mieli się za artystów. Byli rzemieślnikami. Ojciec Michała Anioła cierpiał z tego powodu, że syn jest kamieniarzem, nie notariuszem. To był despekt. Jeszcze żeby był malarzem, jak Leonardo da Vinci. Ale w kamieniu robić? Despekt. Tak na to patrzę. Wiara daje artyście straszliwą silę.

Panu też daje siłę na scenie?

- A po co ja to wszystko robię? Po co mi to jeszcze?

To w końcu robi to pan dla Boga czy dla ludzi?

- Wrócę do zdania Jana Pawła II, to mój obowiązek. Dał ci Bóg coś, czego inni nie mają, oddaj to. Pewnie dlatego papież pisał.

---

Jerzy Stuhr - profesor sztuk teatralnych, aktor, reżyser (m.in. "Historie miłosne", nagrodzone Złotymi Lwami w Gdyni), autor książek. Wiatach 1990-1996 rektor PWST w Krakowie. W zeszłym roku otrzymał Orła za osiągnięcia życia. Jest ojcem aktora Macieja Stuhra i malarki Marianny Stuhr.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin
Wprost
27 grudnia 2019
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia