Okiem Jerzego Stuhra

rozmowa z Jerzym Stuhrem

Nie lubię wracać do starych ról. Patrzę i widzę, że nie mam do tamtego siebie żadnego sentymentu. Patrzę jak na obcego człowieka, nawet poczucie humoru mam już inne, inaczej reaguję. Przede wszystkim jednak to moje poczucie obcości dotyczy wyglądu fizycznego, mimiki, reakcji, intonacji w odezwaniach się - mówi Jerzy Stuhr w rozmowie z Marią Malatyńską.

Niedawno pojawił się w Teatrze TV stary, trochę zapomniany spektakl sprzed 40 lat, czyli "Ich czworo" Gabrieli Zapolskiej. Byliście wówczas tak cudownie młodzi... Ania Seniuk, Jerzy Stuhr, Ania Dymna, jeszcze poważny Wojtek Pszoniak, piękna Lidia Korsakówna... Jakie wrażenia odnosi człowiek, gdy ma sposobność ujrzeć siebie tak młodego?

U mnie te wrażenia nie są pozytywne. Jakoś źle to odbieram. Nie lubię wracać do starych ról. A nawet nie tyle do ról, ile raczej właśnie do wyglądów...

W najlepszym razie, gdy patrzę tak na siebie, to Maciek mi się przypomina czasem. Wiem, że mało jesteśmy do siebie podobni, ale w reakcji, w mimice, to podobieństwo jest bardziej widoczne.

Lecz tak w ogóle, to patrzę i widzę, że nie mam do tamtego siebie żadnego sentymentu. Patrzę jak na obcego człowieka, nawet poczucie humoru mam już inne, inaczej reaguję.

Przede wszystkim jednak to moje poczucie obcości dotyczy wyglądu fizycznego, mimiki, reakcji, intonacji w odezwaniach się. Myślę także, że takich dowcipów, jak opowiadałem niegdyś, choćby w "Seksmisji", teraz bym na pewno nie opowiedział.

Są też rzeczy inne, zawodowe. Ponieważ mam w pamięci trochę tych moich ról, to widzę, gdzie się powielałem, gdzie używałem tych samych środków. I to mnie gnębi. To uraża moje doświadczenie, a także i to, jak teraz podchodzę do warsztatu. Bo nagle patrzę i widzę; o to było już we wcześniejszym filmie, tu jestem podobny do siebie "tamtego"... taki byłem wcześniej w telewizji, to jest "greps" jeszcze ze "Spotkań z balladą". Ja to widzę, bo wszystkie, albo przynajmniej większość tych moich postaci pamiętam. I to jest, nawet po latach, nieprzyjemna konstatacja.

Ale rozumiem, że trudno było być cały czas oryginalnym, przy takiej liczbie ról! Widzę zresztą, że świadomość warsztatowa teraz jest zupełnie inna.

Na pewno dzisiaj bym czegoś, co pamiętam z przeszłości, nie powtórzył, może bym szukał całkiem nowego efektu.

Oczywiście, wtedy znacznie więcej się robiło, niż dzisiaj. Przecież w latach siedemdziesiątych, to ja ze studia telewizyjnego niemal nie wychodziłem. Sztuka za sztuką powstawała. To było prawdziwe uczenie się zawodu, to było zdobywanie warsztatu. Szkoła mogła być zaledwie niewielkim "punktem wyjścia", nadaniem kierunku, a wszystko było potem. A w teatrze telewizji myśmy się uczyli prawdziwego bycia przed kamerą. Przecież tak naprawdę byliśmy samoukami, ale dobrymi samoukami. Więc jeśli potem, w filmie gdzieś drugi raz się odtworzyło jakiś "wymyślony efekt", to publiczność zapamiętała to z filmu...

Te sztuki telewizyjne szybko idą w niepamięć, rzadko się zdarza, aby tak jak przy "Ich czworo" powtórzyć rzecz po tylu latach! I choć wiem, że niektóre z moich starych ról, jak choćby Maksio w "Seksmisji", zapewniły mi największą popularność, to ja już z tamtymi rolami i z postaciami nie mam nic wspólnego. Popularność tamtych postaci wyrosła "sama", jakby poza mną.

Ja grałem, wymyślałem, pracowałem, odłożyłem, podziękowałem, gażę wziąłem i poszedłem. A co się tam "za plecami" zaczęło dziać? - to już jakby nie do mnie należało. Takie jest moje przekonanie.

Większość tamtych ról to był pewien etap, zakończony, zamknięty - pracowałem, dziękuję, do widzenia i już. Ale niezależnie od tego przeświadczenia o obcości postaci, ja kocham ten spektakl i cieszę się, że się od czasu do czasu pojawia. Głównie przez Zapolską go kocham. To jest tak pięknie napisane i z takim "pazurem", z taką znajomością psychologiczną ludzi, ich głupoty, to mnie fascynuje. W Szkole potem parę razy robiłem ten spektakl ze studentami. I zawsze nie mogłem wyjść ze zdumienia, jak bardzo spostrzeżenia i reakcje bywają aktualne. Jak bardzo niezmienni pozostają opisywani ludzie.

To jest fascynujące, że ten stan głupoty, w najprostszych, obyczajowych właśnie reakcjach bywa niezmienny. Tomek Zygadło, który to reżyserował, był wtedy też bardzo młody, ale myśmy się tą naszą wspaniałą autorką zachwycili. I muszę przyznać, że ten zachwyt Gabrielą Zapolska pozostał we mnie niezmienny do dziś!

Maria Malatyńska
Polska Gazeta Krakowska
23 grudnia 2011
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia