Okupacja pamięci

"Zawiadamiamy Was, że żyjemy. Dubbing 44" - reż. Marcin Liber

"Zawiadamiamy was, że żyjemy / żeśmy zdrowi, wolni i że pełni sił / wciąż pamiętamy / skąd we krwi naszej / tyle tej waszej krwi". Tak brzmi ostatnia zwrotka piosenki autorstwa Doroty Masłowskiej na temat powstania warszawskiego, z której to strofy reżyser Marcin Liber zaczerpnął tytuł do swojego przedstawienia o wielkim zrywie. Masłowska miała na tegoroczną, sześćdziesiątą piątą rocznicę wybuchu powstania napisać o nim sztukę. Ale uznała, że rzecz jest nieskończona i nie nadaje się jeszcze do pokazania. Szkoda, że podobnej samoświadomości zabrakło Liberowi.

Składanka tekstów „Zawiadamiamy Was, że żyjemy. Dubbing ,44” miała uroczystą prapremierę o północy 1 sierpnia w siedzibie Muzeum Powstania Warszawskiego. Reżyser sięgnął po teksty Sylwii Chutnik, Magdaleny Fertacz, Moniki Powalisz i Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, dokładając do nich graną na żywo muzykę typu grindcore w wykonaniu zespołu Antigama (wyjaśnienie dla wszystkich, którzy nie są fanami: chodzi o najcięższy metal). Scenografia Jana Kozikowskiego ograniczała się właściwie do trzech krzesełek, trzech prompterów i trzech ekranów, na których wyświetlano zbliżenia twarzy aktorów. Spektakl zaczął się dialogowaną scenką trojga na biało ubranych aktorów, którzy niby specjalnie podczytywali swoje teksty z umieszczonych w podłodze prompterów, najwyraźniej jednak po prostu nie znali tekstu i nie byli w stanie 
nawet udać, że ogrywają ekrany jako rekwizyt. Jądro przedstawienia stanowiły trzy przeplatające się nawzajem monologi: weterana powstania, starszej kobiety i młodej dziewczyny, zupełnie nie przystające do pierwszej części spektaklu. Z kolei w momencie, w którym można by się spodziewać mocnej puenty, pojawiła się ponownie trójca w bieli i rozegrała niewiele w tym kontekście znaczący dialog o absurdach w interpretacji II wojny światowej. 

I jeszcze do tego bezsensowny pomysł z muzyką Antigamy. Założenie było zapewne takie, że ogłuszający huk metalowego brzmienia i niezrozumiały ryk solisty mają przypominać widzom odgłosy wojny i wizg bomb (przy wejściu rozdawano nawet zatyczki do uszu). Efekt był jednak taki, że publiczność szybko nauczyła się, w których momentach nastąpi eksplozja, i ze skrzywieniem zatykała sobie uszy. Podobno na przygotowanie widowiska reżyser miał tylko trzy tygodnie, ale czy to w czymś go usprawiedliwia? W krajach o innym systemie teatralnym, jak Anglia czy Stany Zjednoczone, to normalne, że tyle czasu ma się na zrobienie spektaklu. Całość podsumować można by zatem krótko: przedstawienie sprawiło zawód zarówno reżyserską, jak i miejscami aktorską nieudolnością oraz banalnością rozwiązań scenicznych. 

I nie warto byłoby o nim pisać, gdyby nie jeden ważny fakt. Oto w Muzeum Powstania Warszawskiego, w okrągłą rocznicę wybuchu tragicznej i heroicznej walki o wolność, pokazano widowisko, które całkowicie deprecjonowało wartość wydarzenia, któremu było poświęcone. Po pierwsze – gdybym nie wiedziała, że reżyser jest Polakiem, myślałabym, że oglądam dziełko Amerykanina, któremu jak zwykle powstanie warszawskie pomyliło się z powstaniem w getcie. Najbardziej eksponowane, najciekawsze i w pozytywnym świetle przedstawione były bowiem wątki dotyczące historii Żydów w czasie II wojny światowej. Rzecz zaczyna się od długiego fragmentu „Walizki” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, z jej historią o rozpoznaniu przez człowieka zwiedzającego Muzeum Zagłady walizki należącej do jego zabitego w Auschwitz ojca. Miało być wzruszająco, a wyszło jakoś niezdarnie i banalnie, co zaskakujące, bo Sikorska-Miszczuk dobrze pisze. Z kolei w trzech przeplatających się monologach najsilniejszy i jedyny, który autora stawiał w dobrym świetle, był ten wygłaszany przez starszą kobietę, Żydówkę ocalałą z getta. I do tego momentu byłoby to jeszcze do przyjęcia, gdyby chodziło tylko o głosy dopełniające widowisko. Tymczasem grająca starszą kobietę Małgorzata Rożniatowska zdominowała przedstawienie. Po pierwsze dlatego, że była naprawdę poruszona do łez swoją kwestią. Po drugie – i tu zaczyna się problem – bo jej monolog to mocny, narastający do krzyku apel o docenienie ofiary nieheroicznej, w tym przypadku ofiary wykluczonych i zapomnianych: gwałconych kobiet, osieroconych dzieci, a także Żydów, którzy dziś boją się polskiego antysemityzmu. Choć kiedyś walczyli razem z warszawskimi powstańcami, teraz nie mają nawet muzeum, do którego mogliby zanieść swoją opaskę z gwiazdą Dawida. Rzecz w tym, że tekst jest tak skonstruowany, iż wyklucza wartość jakiejkolwiek innej ofiary. 

To bowiem tylko część tez serwowanych w przedstawieniu. Należałoby oczekiwać, że znajdzie się w nim jakieś odniesienie do samego powstania warszawskiego. I rzeczywiście – małe, ale jest. Druga monologująca postać to młoda dziewczyna, nie wiadomo dlaczego opowiadająca z kamienną twarzą o swoim zafascynowaniu śmiercią i umieraniem. Ale jest też stary partyzant o pseudonimie „Łucznik”. Grający go Stanisław Brudny to miły, uśmiechnięty, trochę mamlący staruszek, nieporadnie i śmiesznie udający, że ma jeszcze ten wojenny zawadiacki urok, dzięki któremu śpiewano „to Warszawiaki, fajne chłopaki są”. Jego wypowiedź (napisana specjalnie na tę okazję przez Magdalenę Fertacz) wypada jednak strasznie blado, nawet na tle dziwnej dziewczyny opowiadającej, że gdy ćwiczono w szkole reanimację, uwielbiała udawać trupa. „Łucznik” nie ma bowiem nic do powiedzenia, nie jest ani wzruszający, ani zabawny, ani ciekawy. A gdy monologi jego dwóch partnerek dochodzą do dramatycznej kulminacji, mężczyzna wyznaje nagle, że podczas pielgrzymki Ojca Świętego zdał sobie sprawę, że wreszcie musi się przyznać do oszustwa, bo przecież wcale w powstaniu udziału nie brał… Co tu ma do rzeczy papież, nie wiadomo. Chyba że przyjmiemy, iż przywołanie go miało podkreślić ciemnotę tchórzliwego i kłamliwego katolika, zafascynowanego równie głupim mitem heroicznego powstańca. 

Bo tak naprawdę to oni, powstańcy, są wszystkiemu winni. Niemądre chłopaczki bawiące się w bezsensowną wojnę, która kobiety naraża na gwałty, a dzieci na utratę domów. Choć wzniecają pożar, oczekują jeszcze uznania dla swojego bohaterstwa. – Taki wniosek płynie z monologu starszej kobiety. Jeszcze raz sugerowany jest w ostatniej scenie spektaklu. Zaczyna się ona wzruszająco, gdy na ekranach wyświelony zostaje tekst piosenki Masłowskiej razem z fragmentami oryginalnych filmów z powstania, a nieznośny dotąd łomot Antigamy wreszcie skutecznie nas przeraża. Ale szybko coś zaczyna się psuć w tym obrazku – chłopcy na ekranie są podejrzanie roześmiani, rozbawieni, na koniec jeden z nich w idealnie bielutkim mundurze wywija do kamery szabelką. No tak, więc jednak porywali się z szablą na czołgi… Idioci, warci jedynie pogardliwego wzruszenia ramion, gdyby nie bezmiar bólu, do którego doprowadzili. 


Warto przypomnieć, że to Stalin w 1944 roku nazwał powstanie warszawskie zwykłą awanturą, a propaganda komunistyczna przez lata powtarzała potem jego argumentację. Teraz przejmują ją niektórzy młodzi twórcy. Ich niby-artystyczne „akcje” budzą we mnie – delikatnie mówiąc – zażenowanie, jak choćby ta podjęta przez Komunę Otwock pod hasłem „Powstanie 1944 – Siedzenie 2009” i nawołująca do bojkotu obchodów. Rzeczywiście, coś w tym jest – tysiące Polaków odsiedziało swoje po wojnie za to, że walczyli o wolność w 1944 roku. Na takie hasło można odpowiedzieć tylko tak, jak licealiści z Bednarskiej, kiedy dowiedzieli się o akcji: „Dziękuję, postoję!”. 

Muzeum Powstania Warszawskiego powinno staranniej dobierać rocznicowe projekty, które realizuje. Na przykład koncert zespołu Lao Che, który kilka lat temu na nowo zinterpretował powstanie, wpisując je w dzisiejszą wrażliwość, był wielkim sukcesem z dwóch powodów. Po pierwsze oczywiście ze względu na jakość artystyczną, a po drugie dlatego, że starał się zrozumieć tamte emocje i motywacje, i pokazać je dzisiejszemu widzowi i słuchaczowi, a nie na siłę zdezawuować. Tymczasem przedstawienie „Zawiadamiamy Was, że żyjemy. Dubbing ,44” sprawia wrażenie, jakby na wszelkie sposoby walczyło z samą ideą sierpniowego zrywu – przeciwstawiając nieheroiczną ofiarę cywilów (przede wszystkim kobiet) głupocie bawiących się w wojenkę wiecznych chłopców. Gdyby pójść konsekwentnie tą drogą myślową, okazałoby się na końcu, że wszelki opór w czasie wojny był bezsensowny i niepotrzebny i najlepiej byłoby się grzecznie pogodzić z sytuacją. 

Dlatego przedstawienia w Muzeum Powstania Warszawskiego tak łatwo zbyć się nie da. Bo jeśli uznać, że taka jego wymowa wynika nie ze zwykłej artystycznej nieudolności, tylko z zamysłu, to mamy do czynienia już nie z wojną o świadomość, nawet nie z próbą batalii na argumenty – tylko ze zwykłą okupacją pamięci, która w dużo perfidniejszy sposób usiłuje doprowadzić do przewartościowania pojęć i znaczeń, podmieniając jedno bohaterstwo na inne, po to, by w końcu zanegować jakiekolwiek i zdeprecjonować wartość wszelkiego oporu. Ja na taką okupację nie wyrażam zgody. I jestem gotowa ogłosić powstanie.

Justyna Golińska
Teatr
1 grudnia 2009
Prasa
TEATR

Książka tygodnia

Twórcza zdrada w teatrze. Z problemów inscenizacji prozy literackiej
Wydawnictwo Naukowe UKSW
Katarzyna Gołos-Dąbrowska

Trailer tygodnia