Oni tańczą, a świat tonie

"Mąż i żona" - reż. Jarosław Kilian - Teatr Polski w Warszawie

Jarosław Kilian przeniósł akcję "Męża i żony" Aleksandra Fredry z XIX wieku w końcówkę lat trzydziestych wieku XX. Przez dłuższy czas nie znajdowałam klucza interpretacyjnego dla owej zmiany. Zorientowałam się dopiero pod koniec spektaklu, w scenie z maskami gazowymi, a także w zakończeniu, gdzie wyjąca syrena oznajmia wybuch drugiej wojny światowej.

Zresztą, ta finałowa scena jest wstrząsająca: za oknem rozpoczyna się największa hekatomba XX wieku, a w salonie bohaterowie wiodą szaleńczy taniec. Tak jak podczas katastrofy Titanica, kiedy statek tonął, a orkiestra nie przestawała grać. Ta ostatnia scena "Męża i żony" niesie symbolikę wpisującą się w szerszy kontekst aniżeli konkretne ramy tematyczne i czasowe akcji spektaklu. To w pewnym sensie małe uniwersum o wciąż aktualnym przesłaniu.

Bo rzecz tyczy nie tylko spraw damsko-męskich, ale przede wszystkim naszego podejścia do podstawowych wartości wywodzących się z Dekalogu i porządkujących świat. Świat, który do tego stopnia uległ zawirowaniom aksjologicznym, że zatracił tak oczywiste wartości jak prawda, uczciwość, honor, sumienie, krótko mówiąc: morale człowieka. Nieodłączny element składowy istoty człowieczeństwa. To odwrócenie świata na opak nie może odbywać się bez dramatycznych dla człowieka konsekwencji. Skoro jest wina, musi być i kara.

Bohaterami spektaklu jest hrabiowskie małżeństwo - Elwira (Marta Kurzak) i Wacław (Maksymilian Rogacki) oraz "przyjaciel" domu Alfred (Piotr Bajtlik) i pokojówka (Lidia Sadowa). Wszyscy się tu wzajemnie zdradzają. I ani przez chwilę nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia. Każda z postaci prezentuje wprawdzie inny typ osobowości, inny charakter i inny temperament zarówno aktorski, jak i osobowy, ale wszystkie je łączy hedonistyczne podejście do życia, gdzie celem nadrzędnym jest osiąganie przyjemności bez względu na koszta moralne. Tylko czy to na pewno jest przyjemność? I za jaką cenę? Czy zatem warto? Fredro zresztą wyraźnie pokazuje granicę, poza którą człowiek traci swoją godność, swoją tożsamość.

Jest tu także postać kamerdynera (Tomasz Błasiak), któremu reżyser nadał specjalne znaczenie. Milczący kamerdyner jest w pewnym sensie obserwatorem zdarzeń. Można by go uznać za upersonifikowany wyrzut sumienia bohaterów spektaklu czy symbol jakiegoś fatum ciążącego na pozostałych postaciach albo symbol-przestrogę dla bohaterów wydarzeń. Ale tak chyba nie jest. Kamerdyner, tak jak wszyscy bohaterowie, nie pozostaje bez winy, ponieważ jego milczenie może znamionować zarówno akceptację tego, co się dzieje w salonie, jak również dezaprobatę zachowań bohaterów. Jest chyba trochę z innego świata, wprawdzie postać widzialna, ale zarazem jak gdyby wyposażona w dodatkową wiedzę właściwą często narratorom zdarzeń. Rola świetnie zagrana przez Tomasza Błasiaka.

Najlepsza, najbardziej wiarygodna jest rola Justysi, pokojówki, w znakomitym wykonaniu Lidii Sadowej. Aktorka wyraziście nakreśliła wizerunek swojej bohaterki. Świetnie ukazała spryt Justysi jako pokojówki i zarazem pewną subtelność Justysi jako kobiety. W finałowej scenie zaś nie uczestniczy w owym opętańczym tańcu "ciemności". Nikomu niepotrzebna wychodzi z walizeczką w świat. Jest wprawdzie kozłem ofiarnym, ale nie bez winy. Wszystkie te stany emocjonalne Lidia Sadowa zagrała czytelnie.

Pozostałe role są często przejaskrawione. Najbardziej przerysowaną postacią jest Wacław Maksymiliana Rogackiego. Chwilami trudno wytrzymać. Tym bardziej że aktor gra na jednym tonie. Także Marta Kurzak w roli Elwiry niektóre sceny prowadzi na tak bardzo wysokiej ekspresji (chodzi zwłaszcza o podniesiony głos przechodzący w krzyk), że traci wiarygodność. Piotr Bajtlik jako Alfred również używa dość ostrych środków wyrazu, jednak różnicuje swoje kwestie w zależności od stopnia emocji, jakiej ulega jego bohater, co czyni tę postać przekonującą.

Natomiast zdumiały mnie i rozczarowały niektóre sceny (nazwijmy to delikatnie - intymne) damsko-męskie. Nie widzę potrzeby, aby aż tak "naturalistycznie" grać tego typu tematy. Widz nie wymaga łopatologii. Natomiast w większości widać dobrą pracę reżysera z aktorami, jeśli chodzi o mówienie wierszem Fredry.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
29 maja 2017

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia