Opera jak film Hitchocka

Rozmowa z Jackiem Papisem

Jest to świetna komedia i liczę na to, że widzowie będą dobrze się bawić, ale wyjdą też z refleksją na temat własnych związków, na temat natury człowieka. "Così fan tutte" może wyjątkowo mocno dotknąć widza.

Z Jackiem Papisem, reżyserem opery "Cosi fan tutte" W.A. Mozarta, która w 60-letniej historii teatru muzycznego w Szczecinie pokazana będzie po raz pierwszy, rozmawia Magdalena Jagiełło-Kmieciak.

Magdalena Jagiełło-Kmieciak: Così fan tutte to teraz po prostu lekka historia, a kiedyś, jak donoszą muzykolodzy - była skandalem obyczajowym. Na czym polegał ten skandal? Czasy Mozarta wbrew pozorom nie były bardzo pruderyjne. Farsy, commedie dell'arte lubiano, zezwalano na ich inscenizacje. Ponadto mówi się, że to ponoć sam cesarz „podrzucił" temat.

Jacek Papis: To były niebezpieczne czasy, bo trzeba pamiętać, że krótko potem wybuchła rewolucja francuska i podważanie pewnych porządków było niebezpieczne. A Lorenzo Da Ponte, genialny librecista, pozornie posługuje się tematami znanymi od wieków, motywami z commedii dell'arte, przebierankami. Ale to jest tylko jedna warstwa. Według mnie Da Ponte stworzył tekst, który teoretycznie mógł zostać napisany dopiero 100 lat później, kiedy pisarze zaczęli wnikliwie badać prawdziwą naturę ludzką. Da Ponte wchodzi w tematy tabu, nie mówi o konwencjonalnym uczuciu, ale mówi o tym, jak to jest naprawdę, z całym ryzykiem. My mamy bardzo stereotypowe wyobrażenie o Mozarcie, zaczerpnięte chyba głównie z filmów. Wydaje nam się, że jego opery nie odnosiły sukcesów za jego życia. A tak naprawdę Così fan tutte okazała się sukcesem. Oczywiście dzieliła publiczność, ale duża jej część przyjęła tę operę entuzjastycznie. Dopiero XIX wiek z jego romantyczną wizją zaczął podważać sens tego libretta. Próbowano je przerabiać, łagodzić. Czworokąt miłosny, wymiana partnerów – to było nie do przyjęcia w tych czasach. W XX wieku Così fan tutte odkryto na nowo.

Wobec tego przybliżmy czytelnikom – o czym to opowieść?

Dwóch młodych mężczyzn daje się podpuścić staremu wydze i zakłada się o wierność bądź niewierność swoich ukochanych. Udają swój wyjazd, przebierają się za „orientalnych amantów" i ruszają w konkury. Właściwie są w pułapce, bo jeśli uda im się je uwieść, to przegrają zakład. A z drugiej strony chcą przecież sprawdzić, czy narzeczone ich zdradzą. Ta „niemoralność" polega właśnie na tym: „così fan tutte", czyli „wszystkie tak robią". Można by powiedzieć, że to antykobieca opera i niektórzy tak ją interpretują.

Można odnieść dwa skrajne wrażenia: że ta opera jest seksistowska wręcz. „Wszystkie są takie same"... Albo że mataczą mężczyźni – w którą stronę idzie Pana interpretacja?

Prawda jest taka, że dostaje się tu wszystkim po równo, wszyscy są siebie warci. Da Ponte nie oszczędza żadnego z bohaterów. Służąca Despina mówi przecież, że ufać mężczyznom nie można nigdy. Ale rozmawiamy tak, jakby ta opera była smutna, gorzka, a przecież jest optymistyczna.

To jaka jest ta miłość w Pana inscenizacji?

Ta opowieść jest badaniem: czym naprawdę jest miłość, na czym tak naprawdę opiera się związek między ludźmi. Myślę, że początkowo to uczucie jest tu bardzo powierzchowne, jest zauroczeniem, „wyobrażeniem miłości". A związek dwojga ludzi opiera się na wspólnym przeżyciu różnych rzeczy, także rozczarowań. I dopiero żyjąc wspólnie, można tę miłość ugruntować. Właśnie tę rozpiętość badają w Così fan tutte librecista i kompozytor. To, że bohaterowie są ludźmi „z krwi i kości" wcale ich nie osłabia, wręcz przeciwnie, wiemy, że są tacy jak my.

A jak Pan zamyka tę operę? Dobre zakończenie nie oznacza, że związki mocno zachwiane trudną próbą będą trwałe.

Moje zakończenie jest otwarte. Ci partnerzy zakochują się „na przemian". Myślę, że w libretcie można wskazać te momenty, w których rodzi się prawdziwe uczucie. A w finale – ja tak to interpretuję – jeśli wrócą do swoich poprzednich partnerów – to nigdy nie będą szczęśliwi. W finale sześcioro bohaterów śpiewa chórem, a to co śpiewają można by sprowadzić do słów: „Nie oczekujmy od ludzi za dużo. Nie spodziewajmy się, że przysięgi są na zawsze. Człowiek jest tylko człowiekiem."

Wobec tego w Così fan tutte funduje Pan widzowi raczej zabawę czy głębokie przesłanie? Na co kładzie Pan nacisk? Z czym wyjdą z Opery widzowie?

Absolutnie jest to świetna komedia i liczę na to, że widzowie będą dobrze się bawić, ale wyjdą też z refleksją na temat własnych związków, na temat natury człowieka. Così fan tutte może wyjątkowo mocno dotknąć widza. Jeśli szukać analogii do współczesności, to takie komedie robi dzisiaj Woody Allen. My się śmiejemy, ale pod śmiechem jest jednak gorycz.

Próbuje Pan w swojej inscenizacji choć trochę moralizować?

Moralizowanie to słowo, które się źle kojarzy. Idę za tekstem, za przesłaniem. Naprawdę nie trzeba moralizować. Widzowie mają swoje pole do przemyśleń.

Gdzie Pan umiejscowił tę operę?

Libretto jest bardzo świadomie napisane poza czasem i poza miejscem. W przypadku wielu innych oper możemy dokładnie powiedzieć, kiedy się to dzieje, albo w jakich okolicznościach historycznych, ale w Così fan tutte nie. Bo tu chodzi o naturę człowieka, o to, co ponadczasowe. A zatem akcja może być umiejscowiona wszędzie i w dowolnym czasie. Ja umieszczam ją w gorącym, południowym kraju, na wakacjach. Budujemy anturaż lat 50. ubiegłego wieku, by wydobyć piękno scenerii.

Dlaczego na przykład nie jedziemy na Antarktydę?

Muzyka Mozarta sprzyja raczej gorącym namiętnościom.

A dlaczego właśnie te lata?

Moda tamtych lat była w jakimś sensie zbliżona do mody czasów Mozarta. Kobiety miały piękne suknie. A my gramy tym stylem, aluzjami w kostiumie do epoki, w wyglądzie naszych bohaterów. Pewną inspiracją był tu dla mnie serial Mad Men, który dzieje się właśnie w latach pięćdziesiątych. Pomyślałem, że byłoby świetnie móc umiejscowić operę w tak pięknej rzeczywistości.

Czyli kobiety mają być bardzo kobiece. Ale spodnie też będą?

Będą.

Jaka jest największa zmiana w porównaniu z dotychczasowymi inscenizacjami?

Zazwyczaj reżyserzy realizują tę operę w taki sposób, że gdy mężczyźni, przebierając się, doklejają sumiaste wąsy, zakładają szarawary i turbany. A wtedy pojawia się pytanie, dlaczego kobiety zakochują się w takich „pajacach". Ja wyszedłem z innego założenia. Z obserwacji, że wielu aktorów jest w swoim życiu nieśmiałymi ludźmi, a kiedy wchodzą na scenę, nagle mogą wszystko. Nałożenie na siebie maski, postaci, wejście w pewną rolę, sprawia, że stajemy się zupełni innymi ludźmi. Nasi przebrani bohaterowie są w mojej interpretacji znacznie bardziej atrakcyjni niż w swojej własnej osobie. Myślę, że to jest przewrotne wobec tradycji, w jakiej opowiada się tę historię.

Czy w czasach Mozarta mogła to też być taka metafora?

Rola, którą gramy, sprawia, że dowiadujemy się czegoś nowego o sobie. Możemy zrobić pewne rzeczy, o których wcześniej myśleliśmy, że nie są w naszym zasięgu. I myślę, że tak jest to zapisane przez Da Ponte.

Czy u Pana pomysł na inscenizację to droga przez mękę, miesiące rozmyślań czy coś w rodzaju flesza przed zaśnięciem?

Zawsze mam jakąś pierwszą ideę, od której zaczynam. Myśl, która wydaje mi się przewrotna, zaskakująca. Ale to nie może być dla mnie „koło zamachowe" oderwanego od tekstu. Tutaj, w Così „sprężyną" wydało mi się właśnie uczynienie przebranych kochanków bardziej atrakcyjnymi niż są pierwotnie.

Czyli jest flesz?

Tak, jest flesz (śmiech).

Jaką zobaczymy scenografię?

Wraz ze scenografką Julią Skrzynecką i autorką kostiumów Martyną Kander wymyśliliśmy, żeby na scenie pokazać swoiste „pocztówki z wakacji" albo kadry z przepięknych filmów. Postanowiliśmy „zabawić się" grą między landrynkowym wyobrażeniem rzeczywistości a realizmem. Na scenie stworzyliśmy małą scenkę. Taki obrazek właśnie jak z pocztówki czy fotoplastikonu. To łączy się z myślą o wyidealizowanej miłości, uładzonego - jak na wakacyjnych zdjęciach, na których zawsze jesteśmy uśmiechnięci na tle krajobrazu albo jakichś ruin.

Erotyka będzie kipieć?

W muzyce Mozarta jest niesamowita zmysłowość, nie dosłowna erotyka.

Czyli dobrze współpracuje się Panu z Mozartem?

Cudownie. Niewielu tak jak Mozart potrafi oddać to, co dzieje się we wnętrzu człowieka. Jego nuty tak prowadzą reżysera i śpiewaków, że dokładnie określają w każdej sekundzie, co się dzieje w duszy bohaterów. Mozart zawsze wiedział, czego chce. Jego opery zaczynają się jak filmy Hitchocka - od trzęsienia ziemi, a potem emocje idą w górę. Wyczuwam w Mozarcie rodzaj, powiedziałbym, „chichotu nad tą fabułą". On wie, kiedy coś ma być zabawne, a kiedy coś ma dotknąć. Buduje zaskoczenia i muzyczne suspensy. I to jest w tej muzyce wspaniałe.

___

Jacek Papis - reżyser, dramatopisarz, scenarzysta. Z pochodzenia szczecinianin. Absolwent reżyserii w Akademii Teatralnej w Krakowie oraz Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie. Uczeń i wieloletni asystent Mai Komorowskiej i Krystiana Lupy (m.in. w Teatrze Starym w Krakowie). Jako reżyser debiutował adaptacją powieści Stefana Themersona Euklides był osłem w Teatrze Studyjnym w Łodzi (1999). Współtwórca Teatru Wytwórnia w Warszawie, w którym wystawił m.in. muzyczną wersję Pawia królowej Doroty Masłowskiej (2006). Twórca spektakli teatralnych dla dorosłych i dla dzieci (w tym W krainie czarodziejskiego fletu W.A. Mozarta w Warszawskiej Operze Kameralnej). Ma na koncie realizacje utworów m.in. Szekspira, Wyspiańskiego, Eliota, Leśmiana i Ajschylosa. W latach 2007–2008 pracował w Londynie jako dziennikarz. W sezonie 2008/2009 był dyrektorem artystycznym Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie. Autor kilkunastu sztuk teatralnych wydanych w Antologii współczesnego dramatu polskiego (Kraków 2005) oraz w antologiach polskiego dramatu współczesnego we Włoszech, Niemczech, Bośni, Serbii i Chorwacji. Jego dramaty miały swoje premiery na scenach Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Gdańska i Frankfurtu nad Odrą. Reżyser słuchowisk radiowych, m.in. 1945. Wojna i pokój wg Magdaleny Grzebałkowskiej i Siedem dobrych lat wg ulubionego pisarza Etgara Kereta, oraz filmów dokumentalnych, z których ostatni to Nieudacznicy PL o Klubie Polskich Nieudaczników w Berlinie (premiera – Berlin 2017).

Magdalena Jagiełło-Kmieciak
Materiał Opery
2 lutego 2018
Portrety
Jacek Papis

Książka tygodnia

Szekspir bez cenzury. Erotyczny żart na scenie elżbietańskiej
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jerzy Limon

Trailer tygodnia