Opera z ograniczonym pomysłem

Operowa propozycja dla najmłodszych.

Pozycje repertuarowe dla dzieci i młodzieży powinny być obowiązkowe w każdym teatrze operowym. Kłopot tylko w tym, że działania edukacyjne i popularyzatorskie, które mają doprowadzić do naturalnej zmiany w sztafecie pokoleń, są trudne w realizacji - pisze Daniel Cichy po obejrzeniu spektaklu "Opera b/o" w Operze Krakowskiej.

Pozycje repertuarowe dla dzieci i młodzieży powinny być obowiązkowe w każdym teatrze operowym. Nie tylko po to, by uatrakcyjnić ofertę kulturalną instytucji, rozbudować ją gatunkowo, skierować do jak najszerszego grona odbiorców. Nade wszystko chodzi o życie teatru, o jego przetrwanie w ścisłym sensie, o ustabilizowaną przyszłość. Kłopot tylko w tym, że działania edukacyjne i popularyzatorskie, które mają doprowadzić do naturalnej zmiany w sztafecie pokoleń, są trudne w realizacji. Nie jest wszak łatwo zarazić miłością do opery zwłaszcza dzieci, które przywykły do migotliwych bodźców wizualno-akustycznych, a nie doświadczyły domowych rytuałów muzycznych.

Z tym większym staraniem i ostrożnością należy podejść do przygotowania spektaklu dla dzieci i młodzieży, ze świadomością powagi sytuacji pokazać młodym gościom bogactwo teatru muzycznego i jego aktualność, przystawalność do współczesnej wrażliwości. Tego właśnie zabrakło w nowym przedstawieniu Opera b/o, którą w październiku przygotowała dla szkolnej młodzieży Opera Krakowska.

Pomysł wyjściowy (niewiadomego autorstwa, bo na liście tzw. kierowników artystycznych znaleźli się reżyserzy, choreografowie, dyrygenci, aktorzy oraz dyrektor naczelny) był nawet ciekawy. Oto gospodarz gmachu wita publiczność i krok po kroku wprowadza do świata opery. Mówi o historii gatunku, najważniejszych jego elementach, tłumaczy, czym jest aria i ansamble, jaką rolę pełni dyrygent, wskazuje na istotnych kompozytorów, wymienia kilka utworów, ale także wprowadza widzów za kulisy, dialoguje z inspicjentką, zapoznaje z etykietą. I właściwie całość mogłaby być udana, gdyby przedstawienie zostało zrobione z należytym szacunkiem dla młodego widza, inteligentnie, z polotem, poczuciem humoru, z przemyślaną dramaturgią, nie zaś zlepione z przypadkowo dobranych fragmentów dzieł, akurat znajdujących się w repertuarze. Miast oryginalnego przedstawienia, publiczność otrzymała repertuarowe ochłapy, do tego wykonane na ledwie przyzwoitym poziomie.

Wyraźnie kryzysowy z ducha spektakl, z kolażem nijak ze sobą

niepowiązanych elementów, sprawiał wrażenie eklektycznego zestawu operowych przebojów. Zabrzmiały wyimki z "Carmen", "Czarodziejskiego fletu", "Wesela Figara" i "Don Giovanniego", "Madame Butterfly" i "Strasznego dworu". Artyści baletu przedstawili m.in. pas de deux ze "Śpiącej królewny". Było też i bardziej rozrywkowo. Pryszczaci nastolatkowie z pewnością zapamiętają jędrne pośladki tancerek, odważnie prezentujących wdzięki w słynnym kankanie Offenbacha, oraz sugestywny akt, który obejrzeli w scence rodzajowej towarzyszącej wykonaniu duetu "Belle nuit, nuit d'amour" z Opowieści Hoffmana. Dziewczynki z kolei pewnie rozmarzyły się przy dźwiękach piosenki "I could have danced all night" z "My Fair Lady", a całość zwieńczył toast szampanem Piccolo... Tę rozrzuconą po estetycznych i tematycznych rejonach składankę przedzielały mało śmieszne gagi. Siłowe żarty i nieświeże anegdoty znudzonego i pozbawionego charyzmy Marka Pacuły, kurczowo trzymającego się zapisanego na kartce scenariusza, nie bawiły chyba nikogo. Trochę lepiej wypadł swobodny na scenie, choć miejscami pretensjonalny Stanisław Knapik, który wcielał się w role garderobianego, scenografa i asystenta reżysera. Śpiewacy z kolei wydawali się wrzuceni w tę recitalową konwencję bez pomysłu, a siermiężne otoczenie - wyrwane z kontekstu regularnych inscenizacji kostiumy, wryciągnięte z magazynów na chybił-trafił, podniszczone rekwizyty oraz wyświetlane na dużym ekranie zdjęcia - tylko utrwalało operowe stereotypy, potwierdzało obiegową opinię, że opera to sztuka przebrzmiała, należąca do epoki minionej. Spośród artystów najlepiej wypadł Adam Sobierajski, wchodząc przynajmniej w interakcję z widownią. Całkiem dobrze w roli konferansjera odnalazł się Tomasz Tokarczyk, który od pulpitu dyrygenckiego sprawnie i przystępnie objaśniał proces przygotowania ansamblu. Może krakowski kapelmistrz powinien nie tylko być gospodarzem omawianego przedstawienia, ale też zapoczątkować serię modnych na zachodzie Gesprachskonzertel.

Krótko mówiąc, dyrekcja Opery Krakowskiej podjęła dzieci i młodzież spektaklem mało strawnym artystycznie, wizualnie ubogim, z mieliznami intelektualnymi. Nie przygotowała inscenizacji dla najbardziej przecież wymagającej publiczności. A przecież wystarczyło sięgnąć do bogatego zbioru oper dla dzieci albo zamówić u wybranego kompozytora i librecisty utwór, który spełniłby wytyczne gatunku. Po wyjściu z gmachu nie mogłem opędzić się od myśli, czy udało się pozyskać młodego widza dla opery? Śmiem wątpić, zwłaszcza ujrzawszy rysunek Andrzeja Mleczki w darmowej broszurze. Mężczyzna zadaje na nim pytanie kobiecie: "Przepraszam, czy lubi Pani Mozarta?". Na padające w odpowiedzi słowa "Och, bardzo", ten rzuca się do gardła rozmówczyni, krzycząc: "A ja go nie znoszę!

Daniel Cichy
Ruch Muzyczny
28 grudnia 2012

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia