Opium w rosole

On i ona - klasyczny początek nieuniknionej potyczki na słowa.

Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie znalazł się w podobnej pozycji. Oto sytuacja idealna, szczególnie z punktu widzenia dramaturga, bowiem zaprasza do tworzenia najbardziej skomplikowanych scenariuszy. Potencjał psychologiczny człowieka jest niewyczerpany, zapewniając twórcom stały dopływ inspiracji. Nie ma drugiego takiego źródła konfliktu, jak róg obfitości naszych przeżyć wewnętrznych.

Siadam na widowni sceny im. Mikołajskiej w maseczce na ustach. Obok mnie nie ma nikogo, bowiem zajęte jest co drugie miejsce. Dawno nie czułam się tak osamotniona, będąc zarazem częścią jakiejś wspólnoty. Przed sobą widzę stół, cztery krzesła i kredens. Za oknami rozpościera się krajobraz miejski, my zaś słyszymy odgłos kopanej piłki i okrzyki młodych zawodników ligi podwórkowej. Znajdujemy się na ulicy Krochmalnej, gdzie świat jest o wiele bardziej skomplikowany od Tory. W mieszkaniu panuje półmrok, który zaraz rozświetlą szabatowe świece. Scenografia jest minimalistyczna, oszczędna i nie odwraca uwagi od przebiegu dramatu. Małżeństwo wraz z dwójką synów zasiada do uczty, uprzednio myjąc ręce i wypowiadając odpowiednie błogosławieństwa. Ona dostrzega ślad szminki na jego policzku, on nie chce tknąć jej rosołu. Trzy, dwa, jeden... trzask! Dzieci znikają za drzwiami, na polu bitwy pozostają już tylko oni. Otwiera się puszka Pandory, by wyjawić nam wszystkie głęboko skrywane sekrety i wzajemne żale tych dwojga.

W żywej dyskusji wybrzmiewa wiele różnych światopoglądów, a raz na jakiś czas pojawia się przebłysk tej czy innej filozofii życia. Przede wszystkim mamy fatalizm męża, a więc wiarę w przeznaczenie i nieuchronność losu. W opozycji do niego stoi woluntaryzm żony, stawiający wolną wolę człowieka na pierwszym miejscu. W tle obecny jest również konflikt między tradycją, a stylem życia Warszawy lat trzydziestych. Ona twierdzi, że jeden romans ma z poetą Serafinowiczem, drugi zaś z bezimiennym ułanem. On nie zje rosołu, ponieważ wcześniej Goldbergowa poczęstowała go szczawiową. W dodatku wciąż odwiedza byłą kochankę, z którą ma córkę Aurorę, nazwaną na cześć słynnego rosyjskiego krążownika.
W powietrzu unosi się również kwestia emancypacji kobiet i feminizmu, któremu on wyraźnie się sprzeciwia. Przeszkadzają mu artyści, dla których dawniej bywała ona modelką. Gdy ona wypomina mu jego romanse, słyszymy odpowiedź: ,,Ja to co innego, jestem mężczyzną". Wszystkie te zagadnienia mieszają się ze sobą, tworząc miksturę wysoce osobliwą, a zarazem zupełnie naturalną. Niemalże zawsze jeden temat dyskusji pociąga za sobą drugi, ten jeszcze kolejny... lub, jak to w wypadku kłótni, osiem kolejnych.

Pretekstem do napisania sztuki było opowiadanie Isaaca Bashevisa Singera o tym samym tytule. Słobodzianek wykracza jednak poza tematykę opowiadania, tworząc niejako jego kontynuację.

Największą zaletą sztuki jest zdecydowanie jej wielopłaszczyznowość. Ścierają się ze sobą nie tylko dwie silne osobowości, ale również dwie silne filozofie, dwa odmienne światopoglądy. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z małżeństwem i na ten moment tu się zatrzymamy. Ona przygotowuje odświętną kolację, on pojawia się na niej ze śladem szminki na policzku.

Mało tego, odmawia zjedzenia przygotowanego przez nią rosołu. W tym miejscu robimy pauzę. Oto zarzewie konfliktu, wierzchołek góry lodowej. Ta konkretna bitwa rozstrzyga się między mężczyzną a kobietą. Niemniej, każde z nich reprezentuje inny światopogląd, co poprowadzi nas do głębszej analizy. Miłość, jaka łączy Leę i Benjamina była, wedle filozofii fatalizmu, nieunikniona. Tak przynajmniej wygląda to z jego perspektywy, a więc z punktu widzenia fatalisty. Ona jest jednak woluntarystką, wierzy w nadrzędną rolę wolnej woli i wynikających z niej wyborów. Wobec tego, ich związek nie był przesądzony przez los, a świadomie przez nich kreowany. Za motywacjami i wyborami bohaterów stoją pojęcia takie, jak woluntaryzm, fatalizm, judaizm, feminizm czy ateizm.

Oboje rzucają wzajemne oskarżenia, które okazują się być wyłącznie grą. Siadamy do wspólnego stołu, po raz pierwszy będziemy wobec siebie szczerzy, odsłonimy wszystkie karty. Ranimy się, sprawdzamy kto ma większą tolerancję na ból. Nóż do masła wbijamy w plecy, łyżeczką do herbaty wygarniamy kolejne błędy. To wszystko nie odbiega szczególnie od kanonu małżeńskich kłótni. Mój problem polega na tym, że oni nie mówią sobie prawdy. Nie siadają do stołu, by wreszcie przyznać się do własnych, prywatnych przygód. Zmyślają kolejne romanse, by zwyciężyć w bitwie na słowa. Gdyby byli znudzeni sobą nawzajem, przyznaliby się do tego. Może powodem, dla którego zmyślają kolejne historie, jest znudzenie samym sobą? Szabasowa kolacja staje się czasem i przestrzenią dla anegdot z wielkiego miasta. Nie rezygnując z tradycji, emancypują się i uczestniczą w życiu warszawskiej inteligencji. On jest synem rabina, ona córką kupca.

Dowiadujemy się od nich również, że gdyby oboje słuchali się mamusi i tatusia, to nigdy by się ze sobą nie związali. Oboje pochodzą z tradycyjnych domów, a w nowoczesność starają się wejść w pojedynkę. On deklaruje wegetarianizm, choć ma to związek wyłącznie ze zjedzeniem szczawiowej u Goldbergowej. Ona manifestuje swój feminizm wchodząc w życie warszawskiej bohemy i przyznając się do romansu z poetą, który w rzeczywistości jest homoseksualistą. Za oknem ich synowie rozgrywają mecz Polska-Izreal. Ogień gaśnie, pod stertą popiołu żarzą się ostatnie węgielki. Dzieci wracają, wszyscy razem siadają do stołu, odmawiają modlitwę, błogosławią posiłek. Czy tradycja potrafi połączyć tych dwoje i czy szabatowy rosół okaże się być opatrunkiem na zadane sobie rany?

Wypadałoby wspomnieć słowem o aktorach, kończąc dywagacje na temat ich bohaterów. W roli Lei wystąpiła Magdalena Czerwińska, której niemalże nie rozpoznałam. Dopiero co miałam okazję zobaczyć ją w pewnej realizacji teatru telewizji sprzed paru lat i widzę, jak niesłychanie dojrzała. Niezaprzeczalnie zdominowała całą scenę, grając kobietę zarówno silną i błyskotliwą, jak i niezwykle czarującą. Benjamin, grany przez Roberta T. Majewskiego, okazał się być o wiele mniej żywiołowy. Odniosłam wrażenie, że jego słowa i gesty nie były tak szczere, tak wiarygodne, jak jego partnerki. Był jednak moment, który nagle zatrzymał czas i chwycił mnie za gardło. Przeraźliwie jasny snop światła pada na postać siedzącego przy stole Benjamina. Muzyka, wcześniej niezauważalna, nagle staje się bardzo głośna. On wygłasza swój monolog, stając się absolutnym centrum wszechświata. Ten moment zapadł mi w pamięć, był bowiem niezwykle intensywny i zaskakujący. Chłopcy, grający dzieci Lei i Benjamina, byli uroczy i za każdym razem, gdy pojawiali się na scenie, wprowadzali aurę beztroski, co zdecydowanie odciążało całość spektaklu.

Ogromnym plusem były dla mnie także kostiumy, pięknie ukazujące aurę dwudziestolecia międzywojennego. Właściwie trudno jest mi nazywać te stroje ,,kostiumami", bowiem miały one w sobie zarówno dawną klasę, jak i nowoczesny szyk. Twórczynią scenografii oraz strojów jest Joanna Zemanek, która w sposób nienachalny i elegancki wprowadziła nas w ten wyjątkowy czas.

Delfina Kotlińska
Dziennik Teatralny Warszawa
4 sierpnia 2020

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia

Encyklopedia Teatru Po...
Janusz Legoń