Osądzać bez słów

"Osąd" - Wrocławski Teatr Pantomimy

Na premierę "Osądu" Wrocławskiego Teatru Pantomimy czekało się z zaintrygowaniem i ekscytacją. W istocie, spektakl zapowiadał się pysznie - przy scenicznym tryptyku inspirowanym średniowiecznym obrazem Hansa Memlinga pt. "Sąd ostateczny" pracowały trzy niebanalne, a dojrzałe osobowości twórcze: Jerzy Kalina, Paweł Passini i Leszek Mądzik. Nie można było się zawieść.

Różnorodność estetyk i perspektyw w poszczególnych częściach przedstawienia nie mogła widza zaskoczyć, była przez niego wręcz oczekiwana. Płaszczyznę porozumienia między członami przedstawienia miał tworzyć jedynie apokaliptyczny motyw wysnuty z obrazu Memlinga, a w warstwie technicznej – ten sam zespół aktorski. Realizację postulatu niejednorodności dzieła scenicznego zapewniła organizacja pracy – każdy z reżyserów pracował nad swoją częścią w innym terminie, a całość spektaklu zobaczył dopiero w dniu premiery. Był to niewątpliwie ryzykowny sposób działania – w jego konsekwencji mógł przecież powstać spektakl, w którym temat zostanie odczytany podobnie, choć podany będzie w różnych stylistykach. W niewielkim stopniu tak też się stało, choć te podobieństwa bardziej zaskakują niż nużą... 

Niderlandzki tryptyk powstał w epoce, w której sztuka nierzadko pełniła rolę biblii pauperum. Obraz Memlinga to rzeczywistość dychotomiczna, wartościowana według symboliki chrześcijańskiej i odczytywana w dwóch porządkach: horyzontalnym oraz wertykalnym. Opozycyjne wobec siebie są zewnętrzne skrzydła tryptyku: lewe, identyfikowane z grzesznością, przedstawia ludzi potępionych, a prawe – odkupionych. Również centralna część obrazu została podzielona na element ujemny (dół) i dodatni (góra): sferę profanum tworzą ludzie osądzani przez Archanioła Michała, a w strefie sacrum znajdują się istoty boskie, m.in. Jezus, Maryja czy aniołowie. Dla reżyserów „Osądu” wyjątkowo inspirujące okazały się fragmenty obrazu ze sfery profanum, żaden z artystów natomiast nie przetransponował na scenę eschatologicznej wymowy tryptyku. Poziom teologiczny obrazu został przez twórców spektaklu zlekceważony – sceniczne obrazy zostały podszyte refleksją o ludzkiej egzystencji i śmierci, a nie o życiu pośmiertnym. Ten brak wątków transcendentnych rekompensuje jednak silnie eksponowany motyw duchowości, szczególnie rozwinięty w ostatniej części przedstawienia reżyserowanej przez Mądzika. Dla reżyserów spektaklu sąd ostateczny to nie to, co odbędzie się w przyszłości jako efekt paruzji, ale coś, co dzieje się permanentnie, teraz i od zawsze.

O tym, że „Osąd” dotyczy spraw ludzkich, a nie boskich, zapowiada już pierwsza część spektaklu zatytułowana „Sąd idzie”, a przygotowana przez Kalinę. Jest to sekwencja scen zbiorowych skomponowanych na zasadzie luźnych skojarzeń kulturowych. Obrazy te nie układają się w linearną narrację, dlatego widz odbiera je bardziej emocjonalnie niż racjonalnie. W zasadzie ciało mima jest tutaj głównym środkiem ekspresji i elementem scenograficznym. Przestrzeń gry organizują drewniane palety, a ich zmienna konfiguracja niesie duży ładunek semantyczny: raz odgradza od siebie ludzi na podobieństwo płotu lub barykady, kiedy indziej staje się murem, w obrębie którego tłoczą się ludzie niczym w getcie. Z tych mrocznych, niepokojących, czasem nawet agresywnych obrazów życia zbiorowego, bije jednak najzwyczajniejsza troska artysty o indywidualny rozwój człowieka.

W przedstawieniu Kaliny śmierć obecna jest przede wszystkim w sposób metaforyczny na poziomie duchowości, ale niektóre obrazy przywołują czarne karty z historii ludzkości i wówczas śmierć nabiera znaczenia dosłownego. Fizyczny wymiar śmierci został jednak najsilniej zaakcentowany w środkowej części tryptyku, bo według Passiniego świat codziennie przechodzi apokalipsę, choć mniejszego kalibru niż ta, która została opisana przez św. Jana: nie dzieje się w zgodzie z wyższym planem, ale jest dziełem przypadku; nie towarzyszy jej hałas ani przejęcie, tylko bezinteresowna obojętność. O ile w obrazach Kaliny wydaje się, że człowiek nie zauważa, że żyje, o tyle w scenach Passiniego nie jest świadomy zbliżającej się śmierci, ponieważ ginie nagle w wypadku samochodowym. Te niespodziewane, prozaiczne zgony reżyser zderza ze wzniosłym tekstem nowotestamentowej apokalipsy (wypowiadanym notabene przez postać na wózku inwalidzkim). Czyżby chciał nas przez to uwrażliwić na tę „pospolitą” śmierć?

Kłębowiska nagich, powykręcanych ciał z obrazu Memlinga w dużym stopniu wpłynęły na wyobraźnię twórców „Osądu” i dlatego w postaciach z każdej części tryptyku trudno odnaleźć ślady indywidualności (może z wyjątkiem przedstawienia Kaliny), np. w jednej ze scen Passiniego zbiorowość tworzą odrysowane z jezdni kształty denatów. Także w ostatniej części przedstawienia postaci sceniczne pozbawione są oblicza. Widzimy je odwrócone plecami do widza, z ciężkimi skrzydłami, wspinające się z trudem po drabinie do doskonałości i z hukiem spadające w dół. Mądzik skomponował swoje obrazy w średniowiecznej poetyce – jego bohater jest everymanem poruszającym się po symbolicznej przestrzeni świata chrześcijańskiego. Ta zmodyfikowana reminiscencja drabiny Jakuba jest najbardziej metaforyczną i widowiskową częścią tryptyku, ujmującą przy tym prostotą wyrażania tragedii człowieka rozdartego między potrzebami ducha i ciała. Tutaj jest miejsce tylko na jedną instancję sądowniczą – jest nią własne sumienie. Tak więc Mądzik przetransponował na scenę z obrazu Memlinga konflikt góra – dół (sacrum – profanum), tak jak Passini przeniósł opozycję prawa – lewa, czyli zbawieni i potępieni. Spośród trójki artystów Kalina chyba najbardziej odciął się od bezpośredniej inspiracji „Sądem ostatecznym” i napięcie swoich obrazów scenicznych zbudował na osi zbiorowość – jednostka.

Pomimo różnorodności estetyk i środków ekspresji poszczególne części „Osądu” łączy coś więcej niż inspiracja obrazem Memlinga – przede wszystkim ludzka perspektywa jego interpretacji, fascynacja jego sferą profanum bardziej niż sacrum, a także podobna wrażliwość na poszczególne istnienia ludzkie. Reżyserzy spektaklu posługują się wprawdzie różnymi językami scenicznymi, a jednak za ich pomocą tworzą podobny efekt – atmosferę niepokojącą, groźną i tajemniczą. Najnowszy spektakl Wrocławskiego Teatru Pantomimy to po „Statku błaznów” kolejny w mieście spektakl inspirowany twórczością średniowieczną. Odnosi się wrażenie, że sięganie do tego właśnie dziedzictwa kultury jest pewną reakcją na coraz bardziej zlaicyzowane społeczeństwo. Kiedy jedni artyści krytykują konsumpcjonizm, inni na szczęście z nim walczą poprzez wyrażanie i pobudzanie ducha za pomocą symbolów. A takie spektakle się pamięta.

Ilona Matuszczak
Dziennik Teatralny Wrocław
30 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia