Osiem i pół

Felieton Marka Weissa

Pamiętne dzieło Felliniego zostało tak zatytułowane zgodnie z kolejnym miejscem na liście jego filmów. Wychowałem się na nim i do dzisiaj jestem mu wierny. Wzruszenie wywołuje we mnie fakt, że i ja mam swoje skromne „osiem i pół" w postaci lat spędzonych w Gdańsku, które wieńczą długie życie zawodowe w teatrach operowych. Dla mnie z wielu względów to były lata najpiękniejsze. Odnalazłem sens spektakli muzycznych, którego wcześniej nie mogłem uchwycić i uwierzyłem, że niezależnie od gustów i aktualnych tendencji, sztuka ma swoje trwałe podstawy obiektywnych wartości.

Nie spodziewam się rzetelnej oceny tych lat w podsumowaniach towarzyszących zwykle zmianom dyrekcji w polskich teatrach. Takie już mamy obyczaje, że tylko o zmarłych nie mówi się źle, a ocena żyjących musi się odleżeć i poczekać, aż opadną emocje tych, co mieli za złe preferencje artystyczne teatru, niezgodne z ich upodobaniami. Nie uniknę więc głosów napastliwych i tryumfujących, że skończyły się apodyktyczne rządy Weissów, którzy nie dopuszczali do głosu operetek i baletu klasycznego. Mam nadzieję, że czas pokaże lepiej niż moje powtarzane wielokrotnie argumenty, dlaczego te dwa mityczne gatunki nie są już dzisiaj możliwe jako propozycje wartościowe artystycznie. Przy całym szacunku dla historycznych dokonań artystów tych gatunków, nie wierzę, by można było uprawiać je dalej bez ironicznego cudzysłowu. Natomiast jestem pewien, że czas pokaże również sens stawiania wciąż na muzykę poważną w jej najwyższym wymiarze i traktowanie z największą atencją teatru budowanego na niej. Taka muzyka wymaga mistrzostwa osiągalnego jedynie przez nielicznych obdarzonych talentem i pracowitością. Tylko ci wybrańcy – muzycy, śpiewacy, tancerze mogą dać publiczności głębokie i piękne wzruszenia zmierzające do wymarzonego katharsis oczyszczającego sumienia. Taki był mój cel przez te lata i wierzę, że zdarzało mi się go w Operze Bałtyckiej osiągnąć

Dotacja na mój teatr rosła od 11i pół miliona do 16 i pół w 2011 roku, a potem zmalała do 15 i pół na dzień dzisiejszy. Jesteśmy wciąż najbiedniejszą operą w Polsce. To w sposób kategoryczny rzutuje na ilość granych spektakli, jeśli się chce zapewnić im odpowiedni poziom. Zagraliśmy tych spektakli 860, a obejrzało je prawie 350 tysięcy widzów. Daliśmy 40 premier na dużej scenie, bo nie stosowaliśmy rutynowej sztuczki wykazywania dla celów statystycznych kameralnych występów dla garstki widzów jako pozycji repertuarowych. Nasza średnia widownia rosła od 309 sprzedanych biletów w pierwszym roku działalności do 429 w roku obecnym. Ilość nigdy nie była naszym idolem. Była nim zawsze i niezmiennie jakość.

Wysoki poziom przede wszystkim zapewniają dyrygenci i soliści w tym arcytrudnym gatunku sztuki, jakim jest opera. Trzeba ich szukać nie tylko w kraju, ale i na świecie, co wiąże się z kosztami i dysproporcją pomiędzy zarobkami gości, a tych, którzy pracują u nas na etatach. Te różnice budzą zawsze złe emocje, ale każdy, kto orientuje się w zarządzaniu instytucją artystyczną, wie, że nie sposób ich uniknąć. Jeśli się uprawia bezkompromisową politykę zatrudniania lepszych i nie angażowania gorszych, trzeba się pogodzić z wiecznymi pretensjami i atakami tych, którzy czują się niedocenieni. To gorzki dyrektorski chleb powszedni i przez te lata pokornie się nim karmiłem. Nie mam o to do nikogo żalu. Osłodą było wychowanie sobie grona oddanych, wspaniałych artystów, którzy wiedzą, że Opera Bałtycka była za mojej dyrekcji miejscem szczególnym, a każda chwila pracy tutaj miała swoją świąteczną aurę, związaną z wyraźnie wskazanym celem, jaki nam przyświecał. Największą jednak nagrodą w tej pracy było docenianie jej przez widownię, tak czasami nieufną i zaskoczoną trudnymi propozycjami, ale przecież jakże często kończącą spotkania z nami stojącą owacją.

Szczególne miejsce w dorobku moich ośmiu z połową lat zajmuje Bałtycki Teatr Tańca stworzony i prowadzony przez Izadorę Weiss. Ich spektakle dały Operze Bałtyckiej szczególną wartość i jestem dumny, że mimo niesprzyjającej atmosfery związanej z rewolucyjnym charakterem zmian podjętych przez Izadorę, udało mi się wytrwać do końca w obronie jakości artystycznej jaką tworzyła i którą nie tylko ja uważam za jedno z najpiękniejszych zjawisk w kulturze teatralnej Polski ostatniej dekady. Wierzę, że przed jej zespołem długa droga do światowych sukcesów. Wszędzie, gdzie się pojawili, w kraju, czy za granicą, byli przyjmowani z zachwytem. Rozumiem, że nowa dyrekcja marzy o powrocie do baletu klasycznego, więc dla BTT nie ma miejsca na dalszą pracę w Gdańsku, ale nie mogę nie wyrazić żalu, że temu znakomitemu zespołowi grozi zagłada, jeśli jakaś stabilna budżetowo instytucja nie udzieli mu wsparcia. Nie da się utrzymać takiej profesjonalnej grupy wyspecjalizowanych artystów środkami fundacji bez zaplecza scenicznego. Tworzą teatr tańca, a nie okazje do uprawiania ruchu dla samego ruchu w jakichkolwiek okolicznościach.

Pracowałem przez te lata z wieloma wspaniałymi ludźmi, artystami i fachowcami w różnych dziadzinach. Pragnę im tą drogą wyrazić swoją wdzięczność i podziękowania za wysiłek ponad wynagrodzenie jakie otrzymywali. W ciągu ośmiu lat zarobki miesięczne moich 250 pracowników wzrosły o 1200 złotych średnio. Ale dzisiaj wszyscy uznajemy, że zarabiają za mało w stosunku do swoich kwalifikacji. To bolączka całej sfery kultury w naszym państwie. Wzrost ogólnego budżetu na kulturę dał się zauważyć w niektórych spektakularnych inwestycjach, czy okazjonalnych wydarzeniach, ale najmniej był odczuwalny tam, gdzie jest najpotrzebniejszy, czyli w instytucjach kultury będących jedyną gwarancją jej rozwoju i azylu dla artystów, którzy, w poszukiwaniu niezbędnych dla ducha narodu wartości, nie mogą się wciąż uganiać za każdą złotówką na rynku chałtur i reklam. Wiem, że to wołanie na puszczy, ale właśnie nim zakończę swoje podsumowanie. Duch narodu to bezcenne i delikatne zjawisko. Nigdy nie dość wołania w jego obronie. Ten duch żyje w sercach wolnych twórców i ich indywidualnych odbiorców, a nie w popularnych masówkach i powszechnie akceptowanych sloganach.

Marek Weiss
Weissblog
12 listopada 2016

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia