Ostatni lot starego projektora

Pod wiatr

W poszukiwaniu rekwizytów do scenografii mojego spektaklu „Królewska Huta – baśń miejska", wyczekując „natchnienia", wymyślając powód wyrwania się z kołowrotka obowiązków, wybrałem się w czwartkowe, deszczowe południe do Śląskiego Planetarium. Któż nie zna tej charakterystycznej kopuły wyłaniającej się z parkowej zieleni. Każdy był w szkolnych czasach w Planetarium i z rozdziawioną buzią patrzył na rozgwieżdżone niebo wyświetlane wewnątrz ogromnej kopuły. Ja byłem tam ostatni raz z moim synkiem kilkanaście lat temu.

Dziwne miejsce, dziwna budowla; taka nie śląska, nie przystająca do nudnej śląskiej hutniczo – górniczej ikonografii. Tak jakby w chorzowskim Parku Kultury na złość wszystkim wylądowało UFO i stoi sobie na parkowym wzgórzu dając kolejnym pokoleniom śląskiej i polskiej dziatwy namiastkę międzygwiezdnych wypraw. Jest jednak coś takiego w tym budynku ( dalekim krewnym wielgachnego katowickiego Spodka) co sprawia, że pnąc się po schodach do wejścia Planetarium poczułem delikatny dreszczyk emocji podobny temu, jakie towarzyszyło mi w tym samym miejscu przed półwieczem. Jakiś pogłos czarno białych fantastyczno- naukowych filmów czy pochłanianych z latarką pod kołdrą powieści Lema.

Spacerowałem po wnętrzach Planetarium, które przygotowuje się do dwuletniego remontu i przebudowy. Na korytarzach, w pokojach, salach wystawowych wielkie pakowanie. Udało mi się jeszcze obejrzeć trochę różnych tajemnych astrologicznych urządzeń i eksponatów. Obejrzałem na ekranach komputerów gwiezdne konstelacje , roje meteorytów, kolorowe galaktyki, drogi mleczne i nie mleczne. A wkoło wielkie pakowanie i przygotowania do jednego z ostatnich już spektakli – emisji w wielkiej sali Planetarium. Obfotografowałem jakie, być może, sprzęty mogą mi się przydać i poszedłem na projekcję.

Siadając w ogromnej sali Planetarium, zadzierając głowę miałem poczucie, że cofnął się czas. Wszystko było takie same jak przed laty, nawet zapach. Dzieciarnia wypełniła wszystkie miejsca. Powoli zgasło światło i Planetarium wystartowało w kosmos. Patrzyłem na Księżyc, planety, gwiazdy pojawiające się wewnątrz wielkiej kopuły Planetarium, technologia sprzed półwiecza, a jednak nadal robi wrażenie. Tuż przede mną, pośrodku sali stał wielgachny, starszy ode mnie, projektor; pewnie jakaś niemiecka albo szwajcarska machina optyczna, podobna kształtem do pierwszych sputników z końca lat 50-tych XX wieku albo do jakiegoś kosmicznego stwora z „Buntu robotów"; metalowa, pełna trybików, przekładni, maleńkich soczewek, obiektywów, dziurek z których emitowany był obraz najprawdziwszych gwiazd, planet, planetoid. Machina ta mruczała cichutko, coś w niej szemrało, delikatnie obracały się dwie stalowe kopuły, coś tam w niej mrugało, obracało się, powarkiwało. Stara, jakże precyzyjna machina, która posiadła wszelkie tajemnice wszechświata i teraz dzieli się nimi z dzieciarnią wstającą z miejsc, wzdychającą i piszcząca z zachwytu. Piękna ta machina, jak sprowadzony z orbity i uwięziony w Planetarium najprawdziwszy sputnik, który wspomina teraz swoje najlepsze czasy; coś mu się roi, przypomina, wyświetla, ale kto z nas sprawdzi co on opowiada, przecież my nigdy nie polecimy tam gdzie on był i nie sprawdzimy czy nie zmyśla.

Pewnie po remoncie Planetarium i wymianie starej poczciwej aparatury zainstalują tam ostatnie cuda wizualizacji przestrzeni kosmicznych, ale mnie żal tego ogromnego, stalowego staruszka projektora. Wyłączą go i wstawią do muzealnej sali. Zastąpią trójwymiarowymi emitorami VII albo i więcej HD. Iluzja będzie perfekcyjna.

Ale iluzja czego, skoro nikt z nas tam nie był, nie będzie i nie sprawdzi.

Ingmar Villqist
Dziennik Teatralny
30 czerwca 2018

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia