Ostatnia książka Jerzego Pilcha

"Żółte światło" - aut. Jerzy Pilch - Wydawnictwo Wielka Litera

Najnowsza książka prozatorska Jerzego Pilcha „Żółte światło" wpisuje się doskonale w nowy etap twórczości tego autora. "Koniec życia – koniec wszystkiego? Bez histerii"

"Żółte światło", ostatnia z książek Jerzego Pilcha, przypomina, że życie składa się ze złudzenia wieczności i z przerażającej utraty tego złudzenia. Pisarz połączył w niej wątki ściśle autobiograficzne z zupełnie fantastycznymi. "Nie wierzył w zagładę wszystkiego. Świat, owszem, poszedł naprzód, ale nawet totalna zagłada nie musi być totalna" - pisał. 

Żółte światło Ariel Poschukal pisał słabo, ale o pisaniu wiedział niejedno. Przypadek częsty wśród nieszczęśników literackich, własne niespełnienia zdają im się zostawiać rozległe miejsca dla teorii. Powieści z krwi i kości nie napiszę, ale komentarz do niej? Komentarz chwilami stający się powieścią samą w sobie? Why not? Teoretycznie zatem Ariel wiedział na przykład, że szukanie tematu powieści (a zwłaszcza znajdowanie go) w gazecie źle wróży. A jak szukający nie nazywa się Fiodor Michajłowicz, wróży katastrofalnie. Autor Zbrodni i kary, owszem, miał zwyczaj wielogodzinnego studiowania kronik kryminalnych w rozmaitych czasopismach. Z rubryk tych czerpał wyłącznie fakty, które potem, uwznioślone i zmienione nie do poznania, konstytuowały świat jego powieści. Nie ma potrzeby podkreślać, że praktycznie każdy pisarz pierwowzory wydarzeń i postaci może brać zewsząd. A raczej – ujmijmy rzecz dokładnie – pisarz miary Dostojewskiego może czerpać zewsząd. Pozostałym zaleca się ostrożność. A już niech Najwyższy ma w swojej opiece tych, co nie osobne wydarzenia, a pozornie uchwytny rytm współczesności zechcą uchwycić. Obraz Polski sparszywiałej do szczętu w latach ostatnich parszywieje nadal i szczerze mówiąc, nie widać temu parszywieniu końca – jego dalsze ciągi widać doskonale. I Ari nie ma wyłącznie na myśli fatalnych rządów, które kraj wiodą ku ciemności, i nie ma na myśli szatana tańczącego nad trupem zasztyletowanego wojewody, nie ma na myśli tego, co po Bogu zostało – jego szat najwyraźniej porzuconych tuż przed ewakuacją. Ma na myśli sprawy wyłącznie polskie, przez to nieoczekiwanie uniwersalniejsze. Długo przyglądał się katolickiej ojczyźnie, przyglądał się z wyżyn swego protestantyzmu pozornie spokojnego i dostatniego, też dostatniego duchowo i niezagrożonego najpopularniejszymi zbokolstwami, przyglądał się z wyżyn luterskiego raju, w którym księżom wolno się nie tylko żenić, ale i rozwodzić. Nieraz zdawało mu się, że dawno powinno być po nim, ale też bywało, że wszystko dopiero ruszało z miejsca.

Było ich siedmiu braci śpiących. Wszyscy gnieździli się jeszcze w starym jawornickim domu, w co drugiej izbie magazyny narzędzi, żelazo pobielałe od mrozu, ostrza szwajcarskich scyzoryków łamliwe jak szron. Pschykopovie tracili się jeden po drugim, wszyscy młodzi, przystojni – całkiem jakby w jednym rzucie poczęci. Wszyscy „zostowali leżeć" pięćset, trzysta, sto metrów od chałupy. Bracia Pschykopovie! Kochali się zapewne z jakimś brutalnym choć platonicznym upodobaniem, jedynie najstarszy wyciągnął z miłości jej aspekt cielesny. Najmłodszy bał się brutalnych zalotów najstarszego, potem bał się niechcianej, a jednak wyraźnej przyjemności – mimo wszystko, potem bał się świata, mówił cicho i wszystko mu z rąk leciało. Czasem marzył, żeby uciec wcześniej, bo wiadomo, jak zda egzamin konfirmacyjny i parę groszy od braci dostanie, pryśnie stąd na wieki. Ale czasem wydawało mu się, że da radę – mimo niesprzyjającego momentu – wcześniej. Dziś ma pełną siedemdziesiątkę i zupełnie sam gazduje w zagubionym pod Stożkiem gospodarstwie. Czasem w środku nocy słyszy kroki wiadomo kogo, ale nie boi się całkiem. Wie, że wszyscy dawno pomarli, był na sześciu pogrzebach.

Ariel nie jest pewien, czy ma dostęp do tych samych części mózgu co zwykle. Pewne rzeczy się zgadzają, inne stanowczo nie, na przykład koszmary nocne, wrzaski, a nawet bójki z jakimiś widmami – dawniej tego nie było w ogóle, teraz bywają częste i zwłaszcza płynne; to znaczy nie ma we śnie żadnych kłopotów z wydaniem artykułowanego okrzyku czy wyprowadzeniem celnego ciosu, żadnych w tym względzie nie miewa halucynacyjnych paraliżów, wręcz przeciwnie. Można powiedzieć, że miłość, która tak późno go dopadła, pozytywnie też wpłynęła na jego sny. Tak wszechogarniającego (dwukrotnego!) wpływu jednak się nie spodziewał.

Weronika, jego młodziutka żona, z osłupieniem patrzy, jak jej nieoczekiwanie sprawny w malignie mąż nokautuje oparcie kanapy albo jedną ręką (jedną ręką!!!) unosi w powietrze ratanowy fotel, który jak fatum kołysze się nad ich głowami. Inne są sny erotyczne. Praktycznie nie miał ich nigdy, w każdym razie niezmiernie rzadko coś mu się z tej tematyki przedstawiało, raczej mało intensywnie, nazajutrz bez śladów i tęsknot – teraz sporadyczny omam jest intensywniejszy niż wszystko, co było do tej pory. Zarysy spotkań niekonwencjonalnych, całe sceny z dotykiem i rozmowami, ciemnozielone suknie chórzystek zdobiących swym śpiewem i swymi mistrzowskimi dekoltami finały mundiali.

Inna jest pamięć. Dawna, ta tycząca byłych dziesięcioleci, po staremu świetna. Zapamiętać, co zdarzyło się wczoraj albo przedwczoraj – tragedia zupełna. Oczywiście zawsze tak jest, zawsze krótka pamięć ostrzej szwankuje, ale teraz powiedzieć „tabula rasa" to nic nie powiedzieć. Niewykluczone, że napomykanie o niedostępności mózgu jest tworzeniem ordynarnego, ale mocnego alibi dla własnego bezwstydu. Dawniej poruszał się po dobrze znanych szlakach, teraz na nieznane terytoria rusza w ciemno, proszę się nie dziwić, jak wypali z czymś nonsensownym albo niestosownym. Aby to prawdopodobnie zmyślone niebezpieczeństwo zneutralizować, trzyma się powierzchni zjawisk, nie idzie w głąb. Na razie. Przez ostatnie lata trawiły go – to prawda – nieliczne, ale prawdę powiedziawszy, mordercze popędy. Jakoś to (psim swędem) wyczuwał i z całą przekorą i z całą konsekwencją postanowił nie zmieniać niczego. Znający się na rzeczy specjaliści typowali jeszcze fazę hazardu, fazę absurdalnych wydatków oraz fazę wzmożonego seksu. Jeśli idzie o fazę ostatnią, to nie odczuwał jej wzmożenia, wzmożony – szczerze mówiąc – pod tym względem był zawsze, zawsze gapił się, zaczepiał, zagadywał, zdradzał, traktował instrumentalnie, i to jak instrumentalnie! Ale uświadomienie sobie, że podstawowa i fundamentalna życiowa atrakcja ulega poważnej redukcji, nie miało smaku apokalipsy, owszem, było przykre, a nawet miało wymiar definitywnie końcowy, tysiąc razy przysięgał sobie, że jak to się skończy – skończy się wszystko i co teraz? Gdzież ta retoryka? Obiecanki cacanki? Poschukal, krótko mówiąc, nie wyobrażał sobie życia bez kopulacji. Ale jeszcze bardziej nie wyobrażał sobie życia bez życia. I oto wybiła godzina i nadszedł – duszo moja – zmierzch.

Zmierzch? Raczej popołudnie. Nagle uświadomił sobie, że nie brakuje mu kobiet. Z całą pewnością brakuje mu natomiast dobrego samopoczucia. Jakże to tak? On zmuszony będzie do ograniczeń, redukcji, całkowitej rezygnacji? On! Król życia erotycznego, dla którego życie trwa dokładnie tyle, ile życie erotyczne, miałby kapitulować? Koledzy, których nie ma, nabijają się, że pozostaje mu monogamia – styl życia kompletnie mu nieznany. Monogamia, co to takiego? Koniec życia – koniec wszystkiego? Bez histerii. Jakieś trzy, cztery fenomeny przetrwają? Może akurat fenomen wiadomo czego? Oczywiście nawet jakby fenomen wiadomo czego przetrwał, Poschukal dalej by go (nawet w warunkach zupełnej wyjątkowości) nie pragnął. Nie miał z tym – przyznajmy – wielkiego kłopotu; nie wierzył w zagładę wszystkiego. Świat, owszem, poszedł naprzód, ale nawet totalna zagłada nie musi być totalna. Im zagłada totalniejsza, tym niedokładniejsza. Koniec mojego świata nie musi być końcem świata. A życie erotyczne może trwać dłużej od życia jako takiego.

Faza hazardu ominęła go zupełnie. Raz – w sensie ścisłym – jeden raz zagrał w totka piłkarskiego, nie trafił ani jednego wyniku, stracił mało wprawdzie, bo jakieś dwa złote sześćdziesiąt groszy, ale tak go ten przypadek upokorzył – Poschukal ma się na dodatek za nie lada znawcę futbolu – że nigdy więcej żadnego hazardu nie spróbował. Jeśli idzie o absurdalne wydatki, to prawdopodobnie chodzi tu o pieniądze wydane na oprawianie książek – faktycznie sporo tego było. A zakończenie nastąpiło nie z powodu, że nagle mu przeszło, że nagle obłęd się cofnął, szał minął, opętanie pierzchło. Zakończyło się – ubawicie się setnie – z powodów merytorycznych. A jak! Otóż Poschukal, zanosząc mniej więcej co dwa tygodnie kolejne pozycje do oprawy, pewnego razu zabrał też fest sfatygowane i od dawna w Polsce niewznawiane Dzienniki Franza Kafki. Wybór jak najsłuszniejszy, pozbawiony nadmierności i neurotycznej zbyteczności. I mniej więcej po dwóch tygodniach Dzienniki były oprawione jak zwykle perfekcyjnie, obwoluta czy raczej to, co z niej zostało, ocalona i na froncie okładki naklejona, słowem wszystko było git, a nawet gites, jedynie na grzbiecie widniało dupnymi złotymi literami wybite nazwisko autora: Franz Kawka. Ariela nawet to nie rozwścieczyło, ale – można powiedzieć – ocknął się i przestał taszczyć do introligatora wszystko, co mu wpadło w ręce. Introligator – pozwólmy sobie raz na niewyszukaną prostotę – też niebawem zniknął, może nawet wyparował.

Czyli kolejny nałóg opanowany. Bezpieczniej będzie powiedzieć: prawie opanowany. Bo jednak czasami pewne myśli wracają. Na przykład Petersburg Andrieja Biełego, słownik polsko-łaciński, Sobowtór Dostojewskiego czy nie bez racji szalenie poważane przez Weronikę dwie, trzy powieści Alberta Moravii można by w ten sposób odnowić, ale na razie dajmy pokój, poczekajmy. Trzy książki do oprawy rocznie to jest do przyjęcia. W przeciwieństwie do czterdziestu miesięcznie. Czyli jeszcze raz, punkt po punkcie, szczegóły zmartwychwstania, szczegóły zmartwychwstania rąk, nóg oraz głowy. Szczegóły zmartwychwstania oczu, pały oraz słuchu. Detale zasypiania i detale snu. Nie spał. Nic nie pamięta, zmartwychwstanie pamięci idzie jak po grudzie. Najdokładniej rysuje się na ściance mózgu klatka schodowa. Ariel stoi godzinami przy drzwiach i patrzy na dobrze przez judasza widoczne żółte światło. Stara winda, kolebiąc się, jedzie w górę.

(-)
Onet.Kultura
6 czerwca 2020
Książki
Żółte światło
Portrety
Jerzy Pilch

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia