Ostra jazda z Fredrą

"Patron" - reż. Łukasz Gajdzis - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

W tym spektaklu wszystkiego jest za dużo. Widzowie, siedzący na scenie obrotowej kręcą się jak na karuzeli, goniąc akcję i śledząc coraz to nowe wątki. I choć spektakl "Patron" powstał specjalnie na 70 lecie Teatru w Gnieźnie, który nosi imię Aleksandra Fredry, to nie Fredro skupia na sobie uwagę. Show kradnie Wojciech Kalinowski jako Seweryn Goszczyński.

Łukasz Gajdzis, reżyser "Patrona", jakby nie wierzył w siłę własnych konceptów, przytłacza widzów inscenizacyjnymi pomysłami i mieszaniem stylistyk. Niektóre pomysły są bardzo trafne, jak choćby usadzenie widzów na obrotowej scenie, co naturalnie wplata ich w wielką podróż wokół historii, inne mniej. Są i takie, które wydają się zupełnie zbędne, jak wbiegająca na początku spektaklu półnaga panna, która ma być żywym świadectwem rozpustnego życia Fredry (Marian Jaskulski), czy znacznie późniejsza - gdy para aktorów odgrywa przed Fredrą-reżyserem przydługi akt erotyczny, wzięty z francuskiej sypialni.

Początek spektaklu wprowadza widzów w prawie metafizyczny nastrój - zapach kościelnego kadzidła, muzyka sakralna, czarna pusta scena, sączące się wąskim strumieniem światło i monolog narratora (Mariusz Benoit). Jest XVIII wiek, w bogatej szlacheckiej rodzinie rodzi się Aleksander Fredro. Monolog trwa trochę za długo, potem co prawda przechodzi w dialog, ale też przydługi, wreszcie - jakby z własnego pomnika - wychodzi nagi Fredro. Akcja gwałtownie przyspiesza, dzieje się tak dużo, że trudno spamiętać, tym bardziej, że Fredro Jaskulskiego jest powierzchowny, nie potrafi przekonać do siebie widza. Dla mnie spektakl zaczyna się w momencie pojawienia się Seweryna Goszczyńskiego, poety i towiańczyka (znakomity Wojciech Kalinowski). Wraz z nim na scenę wchodzi prawdziwe życie w realiach XIX-wiecznych. Kalinowski zbudował pełnokrwistą postać poety, który skonfliktowany z Fredrą, krytykował ciągle jego komedie, zarzucając im "niepolski charakter". "Miłosna strona narodu jest to rys kosmopolityczny - a to jest właśnie wszystko, co ma stanowić polskość komedyi Fredra" - pisał w "Nowej epoce poezji polskiej", celowo błędnie odmieniając nazwisko Fredry. W spektaklu Kalinowski kilkakrotnie posługuje się tą błędną odmianą nazwiska komediopisarza, za każdym razem robi to inaczej, oddając temperaturę emocji swojej postaci w konkretnej scenie.

Wszystkie sceny z udziałem tego aktora skupiają uwagę widzów, podążających za jego złośliwymi uwagami, dowcipem, sarkazmem. Co ciekawe, sprawiają, że pozostali aktorzy - widać to szczególnie w przypadku Jaskulskiego (Fredry) - zaczynają grać ciekawiej, prawdziwiej. Jakby kolega wskazywał im właściwy kierunek budowania postaci, podawał trop, którym mogą podążać.

Jest w spektaklu jedna scena, która mogłaby być perełką prawie kabaretową, gdyby nie fakt, że jest tak długa, iż przestaje bawić, a zaczyna nużyć. To scena, kiedy Fredro udaje się do Paryża, gdzie chce o swojej sytuacji porozmawiać z Adamem Mickiewiczem i może coś dla siebie ugrać przy okazji. Siedzący na teatralnym balkonie Mickiewicz (Paweł Dobek) przyjmuje go, obżerając się polskimi kiełbasami, tak sugestywnie, że widza zaczyna mdlić po kilku minutach. Niestety, nadmiernie długi, drętwy monolog Fredry odebrał tej scenie naturalny komizm.

W przedstawienie wplecione są etiudy, będące próbami inscenizowania utworów Fredry (m.in. Męża i żony oraz Ślubów panieńskich). Początkowo w tradycyjny sposób, zgodny z wymogami epoki (celebrowanie tekstu, kostiumy, elementy scenografii), stopniowo wykraczające poza ramy historyczne, uwspółcześniane - taką płaszczyzną przejścia jest przede wszystkim choreografia, do której dołącza się aktorska wariacja. To jedne z piękniejszych scen spektaklu, ciekawie wyreżyserowane i umuzycznione (autorem muzyki jest Maciej Szymborski). Ich urodę wzmacniają dodatkowo zmysłowe kostiumy autorstwa Justyny Łagowskiej i Katarzyny Jeznach (odpowiedzialnych także za scenografię).

To, że Gajdzis chciał odczytać Fredrę współcześnie jest zrozumiałe i w dużej mierze mu się to udało. W teksty Fredry znakomicie wplatają się wypowiedzi, charakterystyczne dla języka mówionego współczesnego Polaka. Zarówno kiedyś, jak i dziś niezwykle nośne są dywagacje na temat tego, co znaczy: polskie, narodowe, patriotyczne, moralne. Dialogi Fredry z Goszczyńskim przypominają aktualne, kuluarowe rozmowy polityków różnych opcji, zresztą - niekoniecznie polityków- po prostu ludzi, reprezentujących różne przekonania, mające odmienne doświadczenia intelektualne i artystyczne. I to dla widzów jest czytelne. Zupełnie niepotrzebne wydają się jednak ostatnie sceny spektaklu, z krzyczącą na mównicy Michaliną Rodak (która jest w spektaklu także bardzo smaczną Anielą), wystylizowaną na polską panią premier, z nieodłączną broszką w klapie żakieciku. Utrzymane w zupełnie innej estetyce, rozbijają pewną spójność i konsekwencję przedstawienia. Za dużo, za dosłownie. W dodatku przemówienie do narodu, wygłaszane jest z ekspresją, która co najwyżej może pozostać sennym marzeniem pani premier. Może reżyser chciał pokazać kierunek, w jakim zmierza władza w naszym kraju. Może owo "jebcie się", które pada z mównicy na zakończenie spektaklu, to nie tylko wyraz pogardy władzy dla swojego narodu, ale też - podzwonne dla niej samej. Ale to już przecież zupełnie inna historia.

Iwona Torbicka
www.kulturaupodstaw.pl
3 listopada 2016

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia