Oto jest cały sklepik kolportera

Słowacki i Instytut Raszewskiego

"Oto jest cały sklepik kolportera wysypujący przed tobą swe fantastyczne figurki, za które autor sam gada, a czasem szczebioce Alfierego językiem. - Na cóż to wszystko? -" J. Słowacki, Do autora Irydiona List II (dedykacja Lilli Wenedy)

Oryginalne zaproszenie Instytutu anonsowało "cykl spektakli-wykładów [...] z udziałem znawców twórczości Juliusza Słowackiego, literaturoznawców dramaturgów oraz reżyserów różnych pokoleń. Każdy spektakl-wykład będzie przygotowany w duecie teoretyk-praktyk i stanie się zapewne okazją do dyskusji o aktualności dramatów Słowackiego". Jedną z niekwestionowanych wartości projektu było pokazanie mniej opatrzonych i osłuchanych fragmentów dramatycznych nieustabilizowanych tekstowo, emanujących zagadkowym pięknem, brzmiących nagle pełnym głosem, równym znanym arcydziełom. I tak, obok "Balladyny" i "Kordiana" oraz cieszących się większą, choć już bardziej elitarną sławą dramatów mistycznych "Ksiądz Marek", "Książę Niezłomny", na scenie Instytutu można było zobaczyć "Zawiszę Czarnego", "Mindowego" czy "Beatryks Cenci" -grywane nadzwyczaj rzadko. W przypadku "Dziadów" czy "Waltera Stadiona" mieliśmy do czynienia wręcz z prawdziwymi prapremierami.

W kręgu zainteresowań uczestników projektu znalazły się też niedramatyczne teksty Słowackiego. Na warsztat twórców teatralnych trafiły poematy: "Jan Bielecki", "Beniowski" i "Król-Duch". Wreszcie - znalazły się projekty łączące różne wypowiedzi poety, jak w przypadku spektaklu "Słowacki - perspektywa postkolonialna" oraz "Słowacki - rekonstrukcja ikony. Trajektorie". W produkcję tego ostatniego spektaklu byłem osobiście zaangażowany, w związku z czym obiektywne, mam nadzieję, spojrzenie na cały cykl mogę ubarwić subiektywnymi wrażeniami z pracy nad jego cząstką.

Czwartkowe wieczory przez niemal okrągły rok gromadziły publiczność w małej sali nieokazałego, ceglanego budynku na Ujazdowie w Warszawie. Miejsce posiada swój klimat, muza teatru udzieliła czaru jego niewielkiej scenie. Publiczność na ogół wypełniała salę szczelnie - rzadko można było widzieć wolne miejsca. Raczej w ostatniej chwili organizowano jeszcze dodatkowe siedziska. Spośród dwudziestu trzech prezentacji (jedna - "Złota czaszka" - jeszcze się nie odbyła) czternaście obejrzałem osobiście - z niektórymi pozostałymi zapoznałem się za pośrednictwem dokumentacji DVD sporządzonej przez organizatorów. Idea przedsięwzięcia jest prostą niemal funkcją nazwy Instytutu Teatralnego. I n s t y t u t o w a była refleksja teoretyczna nad tekstami, t e a t r a l n e zaś było wydarzenie o kształcie scenicznym, rozmaicie zresztą pojmowanym - jako mniej lub bardziej zaawansowana próba czytana lub wręcz pełnoprawny spektakl ze starannym opracowaniem dźwiękowym i opanowanym pamięciowo tekstem. Koegzystencja tych dwu elementów w jednym projekcie przybierała kształty rozmaite, mniej lub bardziej zgrane czy udane. Nie było zresztą automatycznego przymusu - niektóre przedstawienia zostały pozbawione komentującego wykładu.

"Lillę Wenedę" poprzedzało krótkie, zwarte wprowadzenie zrealizowane oratorsko w sposób budzący respekt. Z kolei autor spektaklu "Słowacki. Perspektywa kolonialna" zaaplikował godzinny wykład, świetny merytorycznie, ale bezlitosny dla publiczności, która przychodziła jednak po Słowackiego. Jakże żałośnie zabrzmiały na koniec słowa reżysera, że niestety, zabrakło czasu dla odegrania wszystkich przygotowanych tekstów poety! Potrzeba aż takiego teoretyzowania obnażała teatralną niewydolność pomysłu i sugerowała nadużycie interpretacyjne. W przypadku niektórych spektakli zdecydowano się na kilkakrotne wejścia prelegentów. Najbardziej utkwiły mi w pamięci erudycyjne, ale i dowcipne uwagi Iwony Kurz do "Marii Stuart", która wielokrotnie dopuszczana do głosu, nie zmarnowała tych okazji. Innym razem takie wejścia zdawały się niepotrzebne albo wręcz irytujące - jak dwugłos reżysera i dramaturga spektaklu "Zawisza Czarny". Skomplikowane kwestie filologiczne, galimatias wariantów i odmian wnikliwie śledzony przez komentatorów - to wysiłek, moim zdaniem, zbyteczny. Dwie wersje jednego dialogu między Laurą a Zawiszą Czarnym odegrane jedna za drugą nikogo już dziś specjalnie nie dziwią. Rozbudowane komentarze psuły jedynie artystyczny efekt ogólnie bardzo udanej inscenizacji. Zdarzało się, że reżyser sam postanowił odegrać obie role - mistrza/artysty i mistrza /uczonego słowa. Uczynił tak Piotr Cieplak, swoistą symultanicznością komentarza i tekstu Słowackiego przysparzając spektaklowi dodatkowej dramaturgii, która wyrażała zmagania dzisiejszego artysty teatru z tekstem Słowackiego-Calderona. Wypowiedzi Cieplaka - poprzedzone dłuższym wstępem - miały charakter reżyserskich objaśnień przeznaczonych nie tylko dla twórców spektaklu. Coraz krótsze, coraz bardziej ascetyczne, w końcu zupełnie zanikły, pozostawiając nas sam na sam z tekstem Słowackiego. Pozostała w świetle reflektorów wyprostowana sylwetka księcia i jego niezłomne monologi. Na koniec reżyser dał, zmienione u Słowackiego, oryginalne zakończenie Calderona i był to pomysł świetny. Znać rękę mistrza, który wiedział, kiedy zmilczeć i oddać głos poetom.

W przypadku "Mindowego" komentator wystąpił na końcu - jako intelektualny dyrygent przedstawienia, pokazując jego strukturę oraz dokonując dekonstrukcji ostatniego aktu. Ta rozsypka była asumptem do pokazania w najwcześniejszym utworze młodziutkiego dramaturga chwytów współczesnego postdramatu. Komentarz był odegrany aktorsko, a cała wypowiedź zakończona gestem wyjścia z teatru. Symetrycznym poetyckim gestem Słowackiego stało się w końcowej fazie jego twórczości systematyczne porzucanie nieukończonych dramatów. Rola, wymyślona ambitnie i trudna, została przekonująco odegrana przez profesora Dariusza Kosińskiego. Byłem pod wrażeniem jego odwagi oraz synchronii obu przekazów -poetyckiego i teoretycznego.

Trzeba też wspomnieć o specyficznej koegzystencji komentarza i tekstu dramatycznego w "Agezylauszu" Redy Haddada, który - niemal dyrygując przedstawieniem - często i jakby spontanicznie udzielał głosu komentatorowi w osobie Marii Makaruk. Miało się wrażenie, że twórcom tego rzadko pojawiającego się na scenach teatralnych dramatu szczerze zależy na przejrzystości przekazu. Żeby widzowie zrozumieli nie tylko zawiłości przebiegu dramatu, ale i jego związek z historią Polski i sensem transcendentalnym. Zamiar się chyba powiódł - rozgrywanie tego napięcia między siłą tekstu i komentarza stanowiło dodatkowe piętro dramaturgii wieczoru.

Komentatorzy pojawiali się także jako "gadające głowy", nagrane wcześniej i wyświetlane na ekranie podczas spektaklu. W "Królu-Duchu" w roli narratora wystąpił uczony filolog, który nie tylko mówił o zagadkach tekstu, ale także pokazał poemat Słowackiego jako libretto w stylu wagnerowskiej tetralogii - pomysł bardzo powierzchowny, a kontekst, moim zdaniem, niezupełnie trafiony. W sumie jednak wyjściowy pomysł aplikacji tekstów teoretyzujących do czytanych prób, mimo swej hybrydyczności, został wykorzystany pomysłowo i inteligentnie. Poza tymi momentami, które przedkładały funkcję komentatorską nad tekst autora, wszystkie były interesującymi, utrzymanymi na wysokim poziomie merytorycznym, indywidualnymi pomysłami.

Jeden z pierwszych oglądanych przeze mnie spektakli - "Lilla Weneda" - charakteryzował się czystą, krystalicznie przeprowadzoną koncepcją reżysera. Krótki i dobry wykład oraz zapowiedź, że starczy czasu na przeczytanie całego (prócz didaskaliów) tekstu dramatu, to dobry początek. Naprzeciwko sceny równy rząd krzeseł - po jednej stronie Lechici, po drugiej Wenedzi. Po środku chór. Aktorzy czytają świetnie przygotowany tekst, grając tylko tyle, na ile siedząca pozycja pozwala. Zwracają się do siebie, gestem wskazują na osobę bardziej oddaloną, do której wypowiedź jest kierowana. Czasem tylko przesiadają się dla uwyraźnienia sytuacji. I nagle słyszymy Słowackiego! Okazuje się, że nie są konieczne te wszystkie zabiegi inscenizacyjne, hondy, styropiany, wiadra wody, rekwizytorskie szarże. Hałas scenografii, inscenizacyjna pomysłowość reżysera zawsze potrafią skutecznie zagłuszyć autora. "Lilla Weneda", kiedyś bardziej popularna, obecnie zapomniana i rzadko przywoływana, prezentuje historię ponurą i krwawą - ale tekst niespodziewanie skrzy się ironią i humorem. Ascetyczna, ale i skrupulatna reżyserka - Anna Augustynowicz - świetnie panuje nad spektaklem. Czuje się, niemal widzi nić porozumienia pomiędzy nią i aktorami - pamięć o wspólnej pracy nad spektaklem. Pełna obsada pozwoliła uniknąć mętliku, który powstał w niektórych innych przedstawieniach, kiedy kilku aktorów odgrywało wiele ról. "Anhelli" nie jest tekstem dramatycznym. To poemat stylizowany na modną w romantyzmie prozę biblijną - formę, która bardzo się zestarzała, brzmi dzisiaj niedobrze, jej idiom, we współczesnej polszczyźnie sfunkcjonalizowany wyłącznie sakralnie, w innych użytkach brzmi napuszenie lub śmiesznie. Z tego powodu "Anhelli" nie jest utworem Słowackiego, który potrafiłbym docenić. I naprawdę nie wiem, w jaki sposób udało się Barbarze Wysockiej - z niedbałej pozycji na podłodze! - przeczytać tę prozę w sposób, który pozwolił zapomnieć o jej anachronizmie i śmieszności. Utwór został oczywiście skrócony, ale czy Wysocka ingerowała w poszczególne zdania? Czy wykreślała ich fragmenty czy tylko niektóre słowa? Tak odmieniony wydawał się jej "Anhelli"! Podejrzewam, że nie majstrowała przy tekście, a złamanie nieznośnego (dla mnie) zaśpiewu romantycznej prozy zawdzięczamy jedynie jej wybitnym zdolnościom aktorskim. Tekst, przesycony alegoriami i symboliką, Wysocka potrafiła przeczytać naturalnie, ale przecież nie pozbawiając go poetyckiego piękna. Przeciwnie - zastępując patynę mowy poetyckiej pięknem nowoczesnej, czystej i naturalnej dykcji.

Reżyserowany przez Wysocką spektakl należał do tych starannie opracowanych i świetnie zagranych, gdzie nawet spontaniczność, robocze przemieszczania się sprawiały wrażenie wystudiowanych i skomponowanych. Wrażenie robiło także tło dźwiękowe i filmowe. Najpierw przejmujący gwizd odległej lokomotywy pojawiający się cyklicznie i zawsze w odpowiednim rytmicznie momencie. Potem lokomotywa pędząca na ekranie, białe sioła, lasy, rytm mijanych drzew, zamieniający się w jakiś abstrakcyjny taniec cieni, znowu wioski, zagrody, ludzie i wspomnienie o tych, którzy tę syberyjską anhelliadę przeżyli na własnej skórze. Niektórzy z nich żyją do dziś. Ciekawym pomysłem było zestrojenie czytanego tekstu z rysunkami, sporządzanymi pod obiektywem kamery - z której obraz pojawiał się na głównym ekranie. Dynamiczna kreska czarnego flamastra, nawarstwiająca w miarę przyrastania opisu kolejne elementy rysunku. I nagle czerwona kreska krwi lub ognia płonie na kartce - kolejno zapełniane plansze lądują na podłodze. Wkrótce pokrywają scenę, która - jak ekran i jak krajobraz Syberii - jest coraz bardziej biała, z czerwienią krwi i czernią pożogi.

Wśród wielu czwartkowych spektakli jeden odbył się o nietypowej porze. To "Dziady" Słowackiego w reżyserii Michała Zadary. Zastanawiałem się wcześniej, jak zabrzmi spektakl, do którego słownego materiału starczy na góra dziesięć minut uważnej, głośnej lektury. Myślałem, że może reżyser sięgnie po inne fragmenty, które - pisane w konwencji Mickiewiczowskich "Dziadów", jak odmiany "Króla-Ducha" - umożliwią wprowadzenie jeszcze innych opowieści o ojców dziejach. Reżyser wybrał jednak drogę inną - lepszą, bo najprostszą. Ale po kolei. Ceglany budynek Instytutu otwarty był dla widzów o godzinie dwudziestej trzeciej. Puste, czarne pudło sceny. Kilka krótkich słów wstępu reżysera. Na scenie zostaje dwójka aktorów - Kobieta i Ksiądz. W absolutnej ciszy wybrzmiewają słowa prapremiery.

Dziady Juliusza Słowackiego:

Zamknijcie drzwi od kaplicy! -

Czas przypomnieć ojców dzieje.

Czekajcie, niechaj dudarz przyjdzie

z okolicy

I z chłopiętami piosnkę zwyczajną zapieje

O chłopaku, co niegdyś umarł na wicinie.

I toczy się opowieść o Gustawie - ale o Gustawie Słowackiego - naturalnie żywcem wziętym z Mickiewiczowskiego pierwowzoru, lecz przemienionym w zwiastuna genezyjskiej wiedzy o świecie. Ksiądz kontynuuje swoją próbę zdrowego rozsądku - w jego oczach Kobieta to "szalona", naprawdę jest ona powiernikiem prawdy. Chce nam pokazać to, co sama widzi - otwiera na oścież drzwi umieszczone na tylnej ścianie sceny, na wiosenną noc, uśpione drzewa, wpuszczając świeże powietrze na scenę i na widownię. Pokazuje nam ekran nieba i to, co na nim ujrzała:

Patrzcie! ponad jeziorem ponad basztą

starą

Girlanda duchów jasna - pod chmurną

kotarą

Wisi - jak tęczowe, złote, srebrne kwiaty.

Końcowa kwestia krótkiego tekstu "Niech kto nam tu przypomni dawne ojców dzieje" stanowi znakomitą klamrę tego fragmentu - którą reżyser wykorzystał dla jego powtórzenia. Scena pomiędzy Kobietą a Księdzem jest podczas tego wieczoru odegrana trzykrotnie. I słusznie - należy się jakaś rekompensata za prapremierę w półtora z górą wieku od napisania utworu. Słowa trzykrotnie usłyszane wbijają się w pamięć jak zaklęcie, niektóre frazy ("Na pochmurnym błękicie / Jak wojsko Ezdralona / Ciągną chmurni rycerze") zapadają głęboko w pamięć. Tekst, ciągle ten sam i z nie mniejszą mocą i przekonaniem powtarzany trzykrotnie, za każdym razem odsłania inne znaczenia i sensy. Te same słowa oswojone melodią i dźwiękiem odrywają się od trywialnego przekazu, ukazują swoją wielowymiarowość.

O kim właściwie Kobieta mówi:

on światom całej młodości królował,

Wszystko budził był złotej jutrzenki

zwiastunem,

Wszystko pocałowaniem budził - lub

piorunem.

Nad głową miliony gwiazd nowych

zaświecił.

On był młody i żywy był - i wszystko

wskrzesił,

Taka w nim była młoda nieśmiertelna siła!

Czy mówi o swoim Gustawie? Czy może już o tym Gustawie - Maryli? A może sam Słowacki w tym późnym tekście wychodzi na spotkanie z legendą swojej młodości? Pro domo sua, czyli trochę o kulisach mojego uczestnictwa w części projektu. Dominik Strycharski podjął się realizacji fragmentów dramatycznych skoncentrowanych wokół wątku "Konrada Wallenroda". Moja rola polegała na wcześniejszym nagraniu wypowiedzi odnoszących się nie tylko do tych utworów. Wmontowane w strukturę całości, zbyt często, moim zdaniem, przerywały tok poezji Słowackiego. Dały mi jednak zaszczyt upublicznienia mojej bezrozumnej miłości do Słowackiego, choć udział w spektaklu okupiłem męką miłości własnej, gdy - skrępowany swoim wizerunkiem - musiałem słuchać i oglądać siebie na wielkim ekranie.

Spektakl Strycharskiego miał wymyślony tytuł "Słowacki. Rekonstrukcja ikony. Trajektorie". Nie wymieniono więc żadnego tekstu poety. Jednak zatrzymanie się na wątku Wallenroda było celnym, choć tylko intuicyjnym wyborem. Słowacki doskonale rozumiał i "Konrada Wallenroda" Mickiewicza, i kierunek, w jakim musiała pójść recepcja jego tekstu. Wallenrodyzm stał się symbolem niebezpieczeństwa utraty tego, co przedstawiał sobą rycerz - heroicznego, wysokiego ideału człowieczego. W spektaklu wykorzystano także fragmenty dramatu wcześniej nigdy niepojawiającego się na scenie - "Waltera Stadiona" (kolejna prapremiera). W obsadzie spektaklu znalazła się zaledwie dwójka aktorów, bardzo za to wyrazistych: Rozalia Mierzicka oraz Łukasz Kos. Ich wcielanie się w różne role było przejrzyste i nie sprawiało kłopotów w percepcji. Jak w wielu innych spektaklach, mieliśmy okazję wysłuchać wspaniałych, a nieosłuchanych tekstów. Monolog Wallenroda "Zdjęte namioty - wojsko wyruszyło" w mocnym i pięknym przekazie Kosa znowu mi uświadomił, że te lekceważone teksty skrywają perły (kiedyś by powiedziano: uriańskie) prawdziwej poezji.

Wielowymiarowy przekaz spektaklu wzbogacony był dodatkowo przez dwójkę tancerzy, a wszystkie elementy widowiska rytmizowała i scalała muzyka wykonywana na żywo przez reżysera-muzyka i dyrygenta całości. Białe, wzmagające się światło ogromnego reflektora, umieszczonego na scenie i skierowanego na widownię, było zwieńczeniem spektaklu - i wspaniałą metaforą całego projektu. Na ekranie blednący obraz współczesnej ulicy z reklamami w tle i ta kolumna światła bijąca ze sceny w publiczność.

Oprócz spektakli wybitnych były i realizacje mniej udane. Niektóre irytowały trywialną, bardzo dowolną, doraźną interpretacją, dziwactwami, czasem wręcz pogardą dla tekstu i jego autora. Szkoda, że nikt nie zechciał się zainteresować fragmentem dramatycznym "Książę Michał Twerski"- pominięto szansę kolejnej prapremiery. Całość projektu trzeba oceniać przez pryzmat osiągnięć najwybitniejszych - a tych było niemało - choć zatrzymałem się tylko nad niektórymi. W mojej prywatnej ocenie Roku

Słowackiego na równi z niedocenioną, bo chyba niezrozumianą (i w końcu zdjętą), inscenizacją "Króla-Ducha" Łukasza Kosa w Teatrze Nowym w Łodzi stawiam projekt Instytutu Teatralnego "Słowacki. Dramaty wszystkie".

Roczny festiwal Słowackiego w Instytucie Teatralnym przechodzi do historii.

Saska Kępa, 8 czerwca 2010

***

Marek Troszyński - wydawca Raptularza Słowackiego, kierownik Ośrodka Edycji i Dokumentacji Dzieł Juliusza Słowackiego; pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN.

Marek Troszyński
"Teatr"
17 sierpnia 2010

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia