Panie Boże, naprawdę mi zależy...

rozmowa z Marcinem Dorocińskim

Pamiętam, jak po szkole przyszedłem do Teatru Dramatycznego i w oczach Marka Walczewskiego zobaczyłem cały jego świat: zdziwienie, szaleństwo... To mi się strasznie spodobało. On był niezwykłym facetem. Niemal nie mogłem z nim grać, bo patrzyłem w niego jak w obrazek. Chciałbym tak samo intensywnie przeżywać świat teatru, kina. Żyć nim, cieszyć się nim - mówi MARCIN DOROCIŃSKI, aktor Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Z Marcinem Dorocińskim rozmawia Barbara Hollender

Rz: Jest pan dzisiaj bardzo zapracowanym aktorem, a jednocześnie skutecznie unika pan szumu wokół swojej osoby. Nie spędza pan życia na bankietach, rzadko gości w kolorowych pismach i plotkarskich portalach. Trudno nawet umówić się z panem na wywiad.

- Niektórzy myślą, że jak ktoś jest aktorem, to wszystko ma na sprzedaż. Wtedy włącza mi się blokada, nie chcę zbyt wiele publicznie mówić. Mam przeświadczenie, że muszę chronić swoją prywatność. Aktor obnaża się w rolach. I wtedy powinien widza zaskoczyć. Żeby dostrzegł w nim bohatera filmu, a nie faceta, który fajnie robi jajecznicę.

Chciał pan zostać aktorem "od zawsze"?

- Ależ skąd! Dorastałem w małej wsi Kłudzienko, uczyłem się w technikum mechanicznym w Grodzisku i nie śmiałbym nawet myśleć o takim zawodzie. Chciałem być piłkarzem, ale nie spotkałem człowieka, który pokierowałby moją karierą. A poza tym miałem kontuzję: poszły mi wiązadła krzyżowe. Dziewięć miesięcy bez piłki, koniec marzeń.

To skąd się wzięła się Akademia Teatralna?

- Po jakimś szkolnym wygłupie w pierwszy dzień wiosny zaczęła ze mną o tym rozmawiać nauczycielka historii. No i mnie namówiła. Wspierał mnie także przyjaciel Gerard Położyński. Na egzaminie byłem jak pijane dziecko we mgle. Potem kilka lat zabrało mi zorientowanie się, czym jest ten zawód. Miałem w Akademii wspaniałych profesorów, ale byłem zagubiony. Dopiero po dyplomie zacząłem powoli zdawać sobie sprawę, co mogę dać temu zawodowi i co ten zawód może dać mnie.

Dziś już pan to wie?

- Na szczęście nie całkiem. I chciałbym zachować tę niepewność jak najdłużej. Pamiętam, jak po szkole przyszedłem do Teatru Dramatycznego i w oczach Marka Walczewskiego zobaczyłem cały jego świat: zdziwienie, szaleństwo... To mi się strasznie spodobało. On był niezwykłym facetem. Niemal nie mogłem z nim grać, bo patrzyłem w niego jak w obrazek. Chciałbym tak samo intensywnie przeżywać świat teatru, kina. Żyć nim, cieszyć się nim.

Kiedy pan poczuł, że scena sprawia panu przyjemność?


- Od 14 lat jestem w Teatrze Dramatycznym, szedłem od małych ról do większych. To był ważny czas, poznałem wspaniałych ludzi. Nie tylko artystów. Nigdy nie zapomnę garderobianego Józefa Soboty, który 52 lata pracował w swoim w zawodzie. Gustaw Holoubek trzykrotnie proponował mu rolę garderobianego w sztuce Ronalda Harwooda, a on odpowiadał: "A na cholerę mi to, kochany, daj spokój". Ale mój warsztat, mój charakter kształtował się przede wszystkim wtedy, gdy trafiłem do spektakli Krzysztofa Warlikowskiego i Grzegorza Jarzyny. Oni otworzyli przede mną światy, które zacząłem smakować.

W filmie momentem zwrotnym był chyba dla pana "Pitbull" Patryka Vegi?

- Scenariusz przypominał mi trochę "Traffic" Stevena Soderbergha, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Idąc na casting, powtarzałem: "Panie Boże, tyle razy się nie udawało, ale teraz naprawdę mi zależy". Dostałem tę rolę, a Patryk zmaltretował mnie potem tak, że zacząłem się zastanawiać, czy nadaję się do tego zawodu. Ale zrozumiałem, czym jest prawdziwe filmowe aktorstwo, bez mizdrzenia się do publiczności.

Mam wrażenie, że w kinie długo przeszkadzała panu uroda. Gdyby w Polsce robiono rankingi najprzystojniejszych aktorów, pewnie stale by je pan wygrywał.

- Dla mnie to rzeczywiście była zmora. Powierzchowność aktora nie ma znaczenia, jeśli reżyser wie, co chce osiągnąć. Ale to ciągle nie jest jasne dla wielu filmowców w naszym kraju.

Więc ładny ma być amantem?

- Tak. I jestem bardzo wdzięczny Patrykowi, że zaangażował mnie do "Pitbulla". Udowodniłem, że coś potrafię. Potem pozostało mi tylko dokonywać odpowiednich wyborów.

Ma pan szczęście do młodych reżyserów. Świetne role stworzył pan w "Boisku bezdomnych" Kasi Adamik i "Rewersie" Borysa Lankosza, na premierę czeka "Lęk wysokości" Bartka Konopki, twórcy "Królika po berlińsku". Lubi pan pracować z debiutantami?

- Mam wielkie szczęście pracować ze świetnymi ludźmi, ale nie ma znaczenia, czy ktoś wcześniej coś zrobił. I tak przy każdym projekcie trzeba "być na zero", zaczynać od nowa. Poza tym uwielbiam ludzi, którzy - jak Lankosz czy Konopka - przeszli przez dokument, bo tam jest prawda. Nie ma żadnej ściemy.

Młodzi twórcy częściej przełamują schematy. Może i dlatego dostrzegli w panu tę ciemniejszą stronę, Kasia Adamik - bezrobotnego, zapijaczonego trenera, Borys Lankosz - faceta, który z tajemniczego Bogarta zamienia się w chamskiego Ubeka...

Zwłaszcza rola w "Rewersie" była fantastyczna. Dostał pan za nią nagrodę na festiwalu w Gdyni.

- Fajnie jest słyszeć pochwały. Ale ktoś tę rolę napisał, ktoś mnie wyreżyserował, ktoś założył na mnie płaszcz, w którym od razu wiedziałem, co mam grać. Ktoś wreszcie mnie zmontował.

Jest pan zbyt skromny. Trudno grać człowieka, którego się nie lubi?


Kiedy ja tego Bronka lubię!

- Nie jako człowieka. Jako rolę. Gdybym chciał się utożsamiać z jego postawą w życiu, tobym się zabił. Ale grając go, mogłem wywalić masę ludzkich kompleksów. Aktor czasem wyciąga z siebie rzeczy, których istnienia inaczej by nie zauważył.

Jednak z siebie?


- Oczywiście. Często pokazuję cechy zaobserwowane u kogoś innego, ale przetrawione przez siebie. Nie chcę mówić o mistycyzmie tego zawodu. Ale z pewnością jest to zajęcie lecznicze.

Co pan najbardziej lubi w pracy na planie?


- Spotkania z ludźmi. Takimi np. jak Wojciech Smarzowski, z którym właśnie robimy "Różę z Mazur". Współpracownicy gotowi są za nim pójść w ogień. To bardzo silny dowódca, który nigdy nie krzyczy i jest w stanie wybaczyć niedociągnięcia. Ale na niedociągnięcia nikt sobie nie pozwala, żeby go nie zawieść.

A co pan ceni na ekranie?

- Zaskoczenie. Oglądałem kiedyś "Za wszelką cenę" z Hilary Swank i Clintem Eastwoodem. Podobało mi się, ale bez przesady. I nagle coś mnie niemal powaliło. Kiedy Swank, leżąc na szpitalnym łóżku, zaczęła rozmawiać z Eastwoodem o życiu, sam zadałem sobie pytanie: "A gdybym ja tak wszystko stracił?". Nagle wybuchnąłem płaczem, aż mój pies był w szoku. To jest w kinie super. Nagle wkręcamy się w jakiś świat i on zaczyna nas obchodzić. Choć oczywiście są też filmy, które ogląda się po to tylko, żeby się zresetować.

No, właśnie. Gra pan ambitne role, ale nie stroni pan od komedii romantycznych.

- Chcę spróbować wszystkiego, na tym polega zawód aktora.

A odmawia pan czasem?

- Teraz już tak. Kiedy myślę, że zupełnie nie ma czego grać albo że to nie jest rola dla mnie. Zdarzyło mi się nawet poradzić reżyserowi kogoś innego, bo miałem wrażenie, że zrobi to lepiej. Nie jestem zazdrosny o role. Nawet dawniej, gdy było ciężko i nie starczało nawet na bilet autobusowy, uważałem, że trzeba powiedzieć kolegom o castingu. Najpierw jesteśmy ludźmi, potem aktorami. Zresztą aktorstwo to gra drużynowa.

"Tancerze" są taką właśnie grą?

- Nie mam nic przeciwko serialom, występują w nich czasem świetni aktorzy. Więc można. Byle nie za długo, bo potem się przysypia, i coraz trudniej z człowieka coś wygrzebać. Sam grywałem zwykle w serialach niewielkie role. Ale "Tancerzy" nie żałuję. Kiedy zaproponowano mi rolę nauczyciela aktorstwa, pomyślałem: "Kurczę, nigdy pewnie nie będę uczył, bo nie mam tyle pewności siebie i śmiałości. Więc może na planie?". I "moi" studenci rzeczywiście fantastycznie na te lekcje reagują.

To może jednak powinien pan uczyć?

- Bogusław Linda mi to proponował. Nie wiem. Jeśli dorosnę do tej decyzji, to się do niego zgłoszę. Na razie nie. Poza tym teraz cały wolny czas chcę poświęcać swoim dzieciom.

Zbliża się czas szczególnie rodzinny. Jak pan pamięta święta z dzieciństwa?


- Świeża choinka, dużo śniegu, niedaleko górka, z której zjeżdżaliśmy na sankach, na butach, na spodniach, na miednicy, na czym kto mógł. Potem pierwsza gwiazdka, Wigilia, opłatek, nocą zawsze marsz kilka kilometrów, z kolegami na pasterkę.

A dzisiaj?

- Jest dokładnie tak samo, tyle że teraz to ja swoim dzieciom szykuję święta. Jeden dzień spędzamy w Warszawie, potem wyjeżdżamy do domu, w magicznym miejscu, gdzie jest tylko kilku sąsiadów, nie ma turystów, hałasu, gwaru.

Przebierze się pan za Mikołaja?

- Nie, bo boję się, że dzieci mnie rozpoznają i przestaną wierzyć w Mikołaja. A przecież fajnie jest myśleć, że on istnieje.

***

Gdy w 2005 roku odbierał Nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego, miał 32 lata i wiele osób pytało: "Dorociński? A kto to jest?". Dzisiaj, choć skutecznie unika rozgłosu, należy do najbardziej znanych artystów kina. Jest znakomitym, wszechstronnym aktorem, który wnosi do swoich ról prawdę. I skromnym, ujmującym człowiekiem.

Urodził się w 1973 roku w Milanówku, w 1997 roku skończył Akademię Teatralną w Warszawie i od tego czasu jest aktorem stołecznego Teatru Dramatycznego. Wśród ludzi, którzy wywarli wpływ na jego myślenie o sztuce, wymienia Krzysztofa Warlikowskiego, Krystiana Lupę, Grzegorza Jarzynę.

Grał w wielu serialach telewizyjnych, zwykle postacie epizodyczne. Dopiero w "Tancerzach" pojawił się jako bohater pierwszoplanowy. W kinie zaistniał dzięki roli w "Pitbullu" Patryka Vegi. Od tej pory stworzył znakomite kreacje m.in. w "Rewersie" Borysa Lankosza, "Ogrodzie Luizy" Macieja Wojtyszki, "Boisku bezdomnych" Kasi Adamik. W 2011 roku zobaczymy go w "Lęku wysokości" Jana Komasy i "Róży z Mazur" Wojciecha Smarzowskiego. Ma żonę i dwoje dzieci.

Barbara Hollender
Rzeczpospolita
28 grudnia 2010

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia