Panie bracie, oto Polska, właśnie

"Straszny dwór" - reż. Marek Weiss - Opera Bałtycka w Gdańsku

O kondycji mitów, Polski i prywatnego patriotyzmu w najnowszej produkcji Opery Bałtyckiej. O "Strasznym dworze" Stanisława Moniuszki napisano już pewnie niejedną rozprawę, w tym deliberując zarówno nad pochwalą ustroju szlacheckiego, jak i przyjmując tezy o jego wstecznictwie i ogromnym wpływie na katastrofę, jaką były rozbiory, nie pomijając inercji społecznej i wyzysku pańszczyźnianego.

Konotacja historyczna dzieła jest oczywista, patrząc na czas powstania opery i potrzeby, jakie miała zaspokoić po klęsce powstania styczniowego. Marek Weiss zaproponował "klasyczne" spojrzenie na tradycję, która ma szlachetnie poruszać, choć pojęta jako Dobro Ojczyzny może być i jest narażana na niebezpieczeństwo porażki. Moniuszko, jak zwykle, obronił się sam, a "podany" przez Tadeusza Kozłowskiego - zabrzmiał harmonijnie, dynamicznie i po prostu pięknie.

Gdańska premiera odbyła się 13 grudnia, kiedy obchodzona była zarówno 45. rocznica wypadków 1970 roku, jak i odbył się protest w obronie demokracji. Sam reżyser dodał do tego wspomnienie męczeńskiej śmierci narodowo zmotywowanych powstańców 1944 roku. Widz otrzymał zatem dawkę trudnej historii, tyleż oczywistej, co stale żywej. Można oczywiście rozpatrywać dzieło Marka Weissa jako przyczynek do utrwalania postaw obywatelskich i patriotycznych, można również skonstatować, że ta opera była po prostu potrzebna w Trójmieście.

Dzieła ku pokrzepieniu serc w momentach dziejowych katastrof mają swoje uzasadnienie. Stereotypy, konwencja i konsekwencja odgrywają wówczas zasadnicze znaczenie. Stanisław Moniuszko wespół z librecistą Janem Chęcińskim mieli historyczne zadanie, konsekwentnie wynikające z potrzeby ratowania Ojczyzny metodami wówczas tolerowanymi w kulturze, jak również przez cenzurę. Przywołując narodowe zobowiązania stanu szlacheckiego wobec narodu, czynili z niej grupę zdolną do odbudowy umęczonej Ojczyzny, zarówno w kontekście ustroju, jak i rodziny. Cóż, można ich nazwać tym rodzajem romantyków, którzy próbowali łączyć żywe nadzieje z rozpaczą, przemawiając patetycznie i ostatecznie. Marek Weiss uszanował dzieło Moniuszki, nie polemizował z sarmatyzmem czy "szlachectwem". Chciał wydobyć z nich niemal wyłącznie przymioty moralne, niezłomne wobec spisków, podszeptów i rozleniwienia, czyli bezwładu ducha i woli, jednak w finale mazura, grzebie naiwnych melodramatycznie na "oczach" trumiennych portretów przodków.

Kwestią charakteru jest nazywanie i kreowanie postaw patriotycznych, kwestią gustu - artystyczne ich podanie. "Straszny dwór" w Operze Bałtyckiej to dwuaktowa historia romantyczna z zachowanymi elementami komediowymi, dotyczącymi głównie wytrwałości w stanie wolnym, kawalerskim oraz równoległego "czarowania" losu wróżbami przez panny szlachetnie urodzone. Urokliwa historia dziewczęco-młodzieńcza (Hanny, Jadwigi & Stefana, Zbigniewa) obudowana jest również komediowymi zabiegami Cześnikowej, namolnej swatki, która chętnie przyjmuje wyrazy adoracji ze strony mężczyzn. To również historia, w której pojawiają się jeźdźcy na koniach, reprezentujący husarię polską, typowi sarmaci, typowe wąsy, jednostki szlachetne, jednostki pasożytujące, typowe panny przy wspólnej pracy i śpiewach oraz "bolesna" makieta typowego dworku szlacheckiego. Typowość , moim zdaniem, ma prowadzić jednak do zadania podstawowego pytania: co dalej, Polsko? Chyba właśnie bardziej na poziomie tak ogólnym, niż jednostkowym, od czego sama opera się zaczyna, czyli przemiany senno-realnej Stefana, początkowo folgującego przyjemnościom, który ostatecznie, zachowując do końca odmienność kostiumową, otwiera się na miłość i sprawy najważniejsze. Włączony zostaje finalnie w dyskusję o narodzie.

Udało się realizatorom zbudować klarowne dzieło, uwiarygadniające zarówno koncepcję Stanisława Moniuszki, jak również postaci sceniczne. Słusznie uciekano od przerysowań, bardzo dobrze dobrana została obsada, w końcu chór nie raził swoim fizycznym zróżnicowaniem. Na pochwałę zasługuje więc Paweł Skałuba (jako tenorowy Stefan), który po raz kolejny pokazał dojrzałość artystyczną, grał swobodnie i z wyczuciem. Partnerował mu Adam Pałka (basowy Zbigniew), początkowo wyraźnie spięty, ale z czasem przykuwał uwagę widzów swoim skupieniem i tembrem głosu. Nie zawiodły Katarzyna Hołysz w roli konceptualnej Cześnikowej z mało śpiewnymi partiami czy Karolina Sikora wcielająca się w uczuciową Jadwigę. Znakomicie odnalazła się na scenie Aleksandra Kubas-Kruk. Jej Hanna przekonywała interpretacją zarówno wokalną, jak aktorską. Ale już "zbyt słowiański" Skołuba (Daniel Borowski) nie oczarował, a przez wszystkich rozpoznawalna aria "Ten zegar stary" nie wybrzmiała tak melodyjnie, jak się przyzwyczailiśmy.

Zróżnicowana scenografia w każdym akcie, autorstwa Hanny Szymczak, dawała pole do poszukiwań dodatkowych sensów interpretacyjnych. Tancerze Bałtyckiego Teatru Tańca z jednej strony irytowali nachalnym wkroczeniem w strukturę dzieła Moniuszki, z drugiej udowodnili, jaką ma siłę zbiorowy mazur (choreografia Emil Wesołowski), jak staje się manifestacyjnie arcypolski. Czemu akurat Powstanie Warszawskie zostało wybrane jako przykład klęski idei, bez zastanawiania się nad przyczynami rzezi pokolenia Kolumbów, pozostawionych bez zdecydowanego wsparcia ze strony żołnierzy AK, tego nie wiem. Może miało zaboleć

Jedynym mankamentem "Strasznego dworu", dla niektórych absolutnie uniemożliwiającym odczytanie misternych sensów - jest niesłyszalność tekstowa. Brak napisów, był dotkliwie odczuwalny przez wielu widzów, w tym przeze mnie. "Olimpia z Gdańska" wyszła naprzeciw temu problemowi, ponieważ tekst był wyświetlany nad sceną, może więc warto zmienić to w kolejnych odsłonach opery Moniuszki? Warto wybrać się jednak do Opery Bałtyckiej, aby polskością się zachwycić i ją zdyskontować .

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska
24 grudnia 2015

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia