Paplanina nasza powszednia

"Łysa śpiewaczka" - reż. Maciej Prus - Teatr Narodowy w Warszawie

Eugene Ionesco na deskach Teatru Narodowego. Czy manifest "teatru absurdu" nie traci z biegiem lat na aktualności? Jedno jest pewne - Artur Żmijewski aktorem teatralnym jest. Niedowiarcy mogą się o tym po pięciu latach przekonać.

Łysa Śpiewaczka była dramaturgicznym debiutem Ionesco z 1949 roku. Od tego czasu, gdy mówimy o kategorii absurdu w teatrze, nieodzownie, obok Becketta czy Różewicza, wskazujemy na Ionesco. To właśnie w latach 50. ubiegłego wieku, mieliśmy do czynienia z narodzinami nurtu awangardystów, który z dzisiejszej perspektywy należy traktować za XX w. klasykę. Ot, nieco edukacji i historycznego odniesienia. Nota bene, to na lekcjach polskiego większość osób po raz pierwszy dowiaduje się o Łysej Śpiewaczce i w większości przypadków jest to pierwszy i ostatni kontakt z twórczością Ionesco w życiu. Pamiętam doskonale, gdy w trakcie licealnego festiwalu teatralnego, ówcześni absolwenci postanowili wcielić się w role Państwa Smith i Państwa Martin. Zrobili to na tyle brawurowo, że łysośpiewaczkowy bon mot "Jakie to ciekawe. Jakie to dziwne. Cóż za zbieg okoliczności!", wrył mi się w pamięć na lata, aż za sprawą realizacji w Narodowym, wybrzmiał ponownie, ze zwielokrotnioną siłą rażenia.

Reżyserem "Łysolki" w Teatrze Narodowym, jak to ładnie określił Maciej Nowak, jest uczeń samego Swinarskiego - Maciej Prus, który zaangażował do spektaklu gwiazdy - Ewę Wiśniewską i Artura Żmijewskiego (Państwo Smith) oraz Annę Seniuk i Jacka Mikołajczaka (Państwo Martin) . Drugoplanowe role Beaty Fudalej (Służąca Mary) i Grzegorza Kwietnia (Strażak) świetnie dopełniają obsadę. Nie bez przyczyny zaczynam od aktorów, ponieważ to popis ich kunsztu stanowi główny powód, dla którego warto wybrać się na Wierzbową. Nie można pominąć świetnej scenografii - ascetycznej, nadającej sztuce współczesnego charakteru - autorstwa Borisa Kudlićki.

Niestety, dramat Ionesco już nie zaskakuje, co zresztą jest przez twórców podkreślane. Łysa Śpiewaczka "nic nie straciła na dowcipie. W interpretacji znakomitych aktorów daje nam wciąż świeże spojrzenie na ukryte bezsensy naszych myśli". W dobie mass-mediów "paplanina nasza powszednia", przyjęła tak niewyobrażalne rozmiary, że Ionesco blednie Mistrzowska interpretacja aktorów powoduje, że skupiamy się na ich rewelacyjnej, koncertowej grze i w zasadzie tylko na niej. Jest to tylko i aż - aktorska uczta, której niewerbalny crme de la crme stanowi rozkoszny, "kaczuszkowaty" chód Anny Seniuk.

Najnowsza realizacja Łysej Śpiewaczki wpisuje się w misję sceny narodowej, realizowaną przez Jana Englerta, w której dramaturgiczny kanon stanowi stały punkt repertuaru. W tym przypadku wyszło bez szczególnych fajerwerków, a to dlatego, że trudno z sześćdziesięcioletniego tekstu Ionesco, wydobyć jego pierwotną, awangardową aurę, powiedzieć coś nowego w zachowawczy sposób. Tego już po prostu nie ma. Fakt, że język nas osacza, zniewala i jest instrumentem codziennych paplanin, w wykonaniu mass-medialnych pawianów, przypominany jest dość często. Osoby, które nie zdają sobie z tego sprawy, muszą wybrać się do Narodowego. Reszta może.

P.S.

Osobnym tematem, o którym warto tutaj wspomnieć, jest powrót na scenę Teatru Narodowego (po blisko pięciu latach) Artura Żmijewskiego. Jakże się ucieszyłem, że obecny ostatnimi czasy tylko na szklanym ekranie aktor, postanowił wrócić do teatralnych korzeni. Być może, dzięki temu sentymentalnemu zapewne posunięciu, w skrzynce pocztowej Żmijewskiego pojawi się list od wielbiciela adresowany do aktora, a nie księdza, lekarza czy pana z reklamy.

Paweł Wawrzeńczyk
Mgzn.pl
13 listopada 2013

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia