Paradoks życia

"Lot nad kukułczym gniazdem" - reż. Ingmar Villqist - Teatr Bagatela w Krakowie

Gdy wejdziemy na Scenę na Sarego krakowskiego teatru Bagatela, gdy zajmiemy swoje miejsce, jeszcze pozornie wszystko jest normalnie. Z każdą chwilą tracimy jednak poczucie bezpieczeństwa. Bo przedstawienie "Lot nad kukułczym gniazdem" w reżyserii Ingmara Villqista ma zaboleć jak lobotomia.

Nagle dostrzegamy, że w drzwiach, przez które przeszliśmy przed chwilą, są kraty. Sala staje się więzieniem. Utknęliśmy wraz z tymi, których zamknięto w zakładzie psychiatrycznym. Jesteśmy w samym środku, gdzieś pomiędzy łóżkami chorych. Od tego momentu żyjemy w leniwym rytmie oddziału i jego pacjentów.

Nieco rozwleczona i ciągnąca się pierwsza część temu właśnie służy - wprowadzeniu nas w stan, w którym funkcjonują nieco otępiałe i znudzone persony zmagające się z psychicznymi chorobami. Nad tym, by nic nie zakłóciło przebiegu dnia, nad jego stałymi punktami, czuwa siostra Ratched (znakomita Urszula Grabowska), apodyktyczna i zasadnicza.

Gdy w ten stały układ pacjenci - personel wkracza Randle Patrick McMurphy (Michał Kościuk), którego życie upływa na szulerce i zabawach z prostytutkami, krucha równowaga zostaje zachwiana... Konstelacja osobowości - Wódz (Dariusz Starczewski), Harding (Paweł Sanakiewicz), Billy Bibbit (Kosma Szyman), Scanion (Jakub Bohosiewicz), Martini (Przemysław Branny), a nawet Doktor Spivey (Sławomir Sośnierz) - wpada w rezonans, który na zawsze przewróci dawny porządek. Ale ktoś zapłaci za to wysoką cenę.

Ma ten spektakl widzowi sporo do zaproponowania. Miewa momenty mocne, wręcz wstrząsające. Mimo tego, że pierwsza część toczy się dość wolnym krokiem, w drugiej części akcja nabiera tempa. Niemal fizycznie bolesny wykład o lobotomii i elektrowstrząsach na długo pozostanie w pamięci.

Wzruszający jest nocny połów łososi, metafora męskiej wyprawy, wspólnoty facetów. Wreszcie wprowadzająca w trans impreza, pulsująca dźwiękiem (bardzo dobrze w roli zaproszonych prostytutek Sandy i Candy radzą sobie Ewelina Starejki i Karolina Chapko).

No i "lot w kosmos" McMurphy'ego, czyli terapia elektrowstrząsami, którą musi przejść za niesubordynację. Momentem wewnętrznego pęknięcia było też dla mnie zdanie sobie sprawy, że zaaranżowana z boku oranżeria to sala "ludzi roślin". Był we mnie bunt przeciw takiemu symbolicznemu przedstawieniu ciężko chorych, który szybko jednak ustąpił refleksji: określenie, które często funkcjonuje, nabiera mocniejszego wyrazu, gdy ludzi w śpiączce grają doniczkowce. Zapadające w pamięć. Dla tych zabiegów spektakl teatru Bagatela trzeba zobaczyć.

W ujęciu Ingmara Villqista to wciąż - podobnie jak książka Kena Keseya i jej filmowa adaptacja reżyserowana przez Miloša Formana z niezapomnianą rolą Jacka Nicholsona - historia o wartości buntu, tęsknocie za wolnością, potrzebie walki o przekonania i zasady. Ale wniosek z tej historii jest jednak mało optymistyczny: cena jest wysoka, czasem płaci się życiem. Bo bunt, jak się okazuje - nie jest dla każdego.

Łukasz Gazur
Dziennik Polski
5 lutego 2015

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...