Parę Titaniców i góra lodowa

Rozmowa z Robertem Talarczykiem

Jak każdy reżyser i twórca chciałbym nieustannie wzbogacać teatr. A gdy będę wątpił od czasu do czasu w to, że powinienem dalej zajmować się teatrem, bo mi we własnym odczuciu braknie talentu, umiejętności czy determinacji, to te parę pływających „Titaniców", które z powodzeniem minęły swoje lodowe góry będzie mi przypominać, że powinienem ciągnąć ten wózek i dalej bawić się w teatr, chociaż to piekielnie trudna robota.

Magdalena Tarnowska: „My Fair Lady" w pana reżyserii to od prapremiery w 1964 roku, dwudziesta piąta realizacja tego tytułu w Polsce. W takim natłoku inscenizacji, trudno wymyślić coś nowatorskiego. Co pan nowego wnosi do tego spektaklu?

Robert Talarczyk: Wydaje mi się, że pomysł Tadeusza Kijonki (kierownik literacki Opery Śląskiej - przyp. DT), żeby Eliza mówiła gwarą, tylko pozornie może się wydawać gadżetem słownym, który ma pokazać, ze robimy spektakl w takim, a nie innym miejscu. Tak naprawdę wykorzystanie gwary determinuje całość, ponieważ paradoksalnie osadza historię ulicznej kwiaciarki w uniwersalnej przestrzeni. Spróbowaliśmy też troszeczkę pobawić się wizerunkami popkulturowych ikon brytyjskich, polemizować ze spojrzeniem na coś, co wydaje nam się lepsze, piękniejsze, mityczne. Dzięki temu opowieść o Kopciuszku, który być może jest stąd, osiąga wymiar bardziej ogólny. To taka historia, której sednem staje się tęsknota za czymś nieosiągalnym. Jeżeli uda nam się przerzucić pomost pomiędzy latami pięćdziesiątymi (światowa prapremiera musicalu odbyła się w 1956 roku, przyp. DT), a rokiem 2013, nasza Eliza będzie współczesna, a dziewczyny oglądające spektakl, patrząc na nią zobaczą siebie, to będzie nasze zwycięstwo.

Czy oprócz tego nowego tłumaczenia Tomasza Domagały znajdziemy w pana sztuce jeszcze jakieś inne, współczesne elementy?

Nasza wersja różni się bardzo od starszych realizacji. Tak jak powiedziałem wcześniej: puszczamy oko do widza, bawimy się konwencją musicalu, stylizacją musicalową i samym czasem, to znaczy: zaburzamy go, po to, aby widz nie mógł do końca się zorientować w jakiej rzeczywistości historycznej ten musical umieściliśmy. Im mniej dookreślony jest czas akcji, tym spektakl staje się bardziej mityczny, co jest istotne, bo przecież musical „My Fair Lady" powstał na kanwie mitu o Pigmalionie i Galatei, opowieści o rzeźbiarzu i stworzonym przez niego posągu, który stał się człowiekiem, kobietą, w której twórca się zakochał.

Musical kojarzy się z popularną rozrywką, Opera już niekoniecznie. Czy ta najnowsza inscenizacja realizowana w Operze jest próbą pozyskania publiczności, która w większości preferuje raczej lekki repertuar?

To pytanie do dyrektora Serafina. Myślę, że takie próby już podejmował wcześniej, ponieważ jakiś czas temu była tutaj premiera musicalu „Phantom". Eksperymentował też z innymi formami muzycznymi, o czym świadczy genialne przedstawienie „Carmina Burana", więc myślę sobie, że to jest jakby kolejny etap, pokazujący, że dyrektor Serafin otwiera się na nowe trendy i nową publiczność. Robimy wszystko, żeby to był dobry musical pod względem aktorskim. W obsadzie są śpiewający aktorzy dramatyczni, artyści operowi, będący tutaj na etacie, którzy znakomicie śpiewają, co jednak nie zmienia faktu, że mają trudne zadanie, ponieważ muszą zmienić sposób śpiewania na nieco inny. Wiadomo, że inaczej śpiewa się operowo klasycznie, inaczej się śpiewa musicalowo. Jeśli chodzi o aktorów, wydaje mi się, że pokonaliśmy długą drogę, szczególnie Anna Noworzyn - jedna z Eliz, Czarek Biesiadecki, który gra jednego z Higginsów, czy Aleksandra Stokłosa w roli pani Higgins, Sabina Olbrich, czy Joanna Kściuczyk. Znakomicie śpiewają, tańczą a przede wszystkim stworzyli fantastyczne kreacje aktorskie. Ich zaufanie mnie uskrzydlało w trakcie pracy.

A czym oprócz śpiewu kierował się Pan kompletując obsadę?

Przed rozpoczęciem prób zorganizowaliśmy casting, więc część osób widziałem po raz pierwszy, albo znałem przelotnie. W tym przypadku interesowały mnie przede wszystkim dwie rzeczy: energia i osobowość. Parę osób znałem wcześniej, tu mam na myśli między innymi Artura Święsa, z którym pracuje od lat. Uważam, że jest aktorem kompletnym, który potrafi wszystko. Miałem okazję się o tym przekonać, bo robiłem z nim już spektakle dramatyczne, muzyczne i eksperymentalne, takie jak „Krzyk", „Niezidentyfikowane szczątki ludzkie" czy „Underground" Przy kompletowaniu obsady „My Fair Lady" mniej kierowałem się umiejętnościami wokalnym. Ale nie dlatego, że nie mam pojęcia o śpiewaniu. Przeciwnie - byłem kilkanaście lat w Teatrze Rozrywki, wydałem płytę i coś na ten temat wiem. Widziałem kto śpiewa lepiej lub gorzej, ale przede wszystkim interesowały mnie warunki aktorskie, osobowość i charyzma. W musicalu, wbrew temu, co się powszechnie sądzi, nie to jak aktor śpiewa jest najważniejsze, przynajmniej dla mnie, tylko to co wnosi na scenę. Jeżeli ktoś ma osobowość, charyzmę – i wie po co wychodzi na scenę, po co te arie śpiewa, po co tańczy czy mówi taki, a nie inny monolog ze sztuki to widz jak urzeczony chce go oglądać i słuchać.

Czym dla reżysera z pańskim doświadczeniem jest praca nad musicalem? Wyzwaniem czy raczej odskocznią od trudnych tematów, które przecież nie są panu obce...

Na ponad trzydzieści spektakli, które zrobiłem, „My Fair Lady" to pierwszy klasyczny musical. A zrobiłem spektakli muzycznych już całkiem sporo. Z jednej strony uwielbiam pracować z taką gigantyczną liczbą ludzi, w scenografii zrobionej z rozmachem, bo to mnie  stymuluje, ale z drugiej, taka praca jest bardzo wyczerpująca, realizacja kosztuje kupę szmalu, a efekt musi być jak najlepszy. W przypadku mniejszych artystycznych przedsięwzięć, jeżeli ten efekt nie będzie taki jaki powinien być, to oczywiście boli, ale nie tak bardzo jak spektakularna klapa dużego widowiska. Tu robimy wszystko żeby tej klapy nie było, natomiast już się cieszę, że kolejną produkcją, którą się zajmę będzie monodram polsko-włoski, realizowany w Turynie we współpracy z Teatro Astra, w którym zagra polsko-włoska aktorka Beata Dudek, od 15 lat mieszkająca we Włoszech.

Ja jeszcze wrócę do „My Fair Lady”. Co według pana można uznać za największą zaletę tej sztuki? Czy jest coś co wyróżnia ją spośród innych musicali?

Myślę, że jest parę rzeczy. Znakomita historia, podparta dramatem George'a Bernarda Shawa, Nie jakaś miałka historyjka, tylko fantastycznie wymyślona, autoironiczna opowieść, napisana przez jednego z najwybitniejszych brytyjskich dramaturgów. Druga rzecz, to właśnie uniwersalizm tej historii, która wciąż pozostaje aktualna. Zawsze będzie jakaś dziewczyna, która marzy o lepszym świecie. Zawsze będzie jakiś nadęty profesor, który będzie chciał ją kształtować, przez przypadek się w niej zakochując. Po trzecie: świetne piosenki. Słuchając ich na próbach, myślę sobie, że zostały troszeczkę patyną obsypane, szczególnie przez różne artystki operetkowe, które śpiewały je w manierze nie do końca mi odpowiadającej. Po starciu z nich tej patyny, podparciu samej muzyki dobrym aktorstwem, i pewną  nowoczesnością w myśleniu, okazuje się, że te piosenki są super, świetnie się ich słucha. Myślę, że w połączeniu z genialną choreografią, przygotowywaną przez Jakuba Lewandowskiego - człowieka, z którym pracowałem już wiele lat, staną się siłą tego musicalu. Muszę tu również wspomnieć o pozostałych realizatorach: fantastycznych scenografach o światowej już sławie Kasi Sobańskiej, Marcelu Sławińskim, obdarzonej niezwykłą wyobraźnią Ilonie Binarsch, która przygotowała projekty kostiumów. I czuwającym nad wszystkim muzycznie Andrzeju Knapie.

Zanim przyjął pan propozycję reżyserowania „My Fair Lady” w Operze miał już pan jakąś koncepcję na ten spektakl?

Nie zastanawiałem się wcześniej nad „My Fair Lady”. Wiedziałem, ze istnieje, widziałem film, ale akurat ten musical nie wydawał mi się czymś, co mogłoby mnie w szczególny sposób zainteresować. Pan dyrektor Serafin złożył mi taką propozycję, więc jako że zawsze chciałem pracować w operze, zgodziłem się. Z współrealizatorami zaczęliśmy zastanawiać się jak to ugryźć. Najpierw wzięliśmy miotełkę, później odkurzacz, na koniec  papier ścierny i zobaczyliśmy, że pod warstwą patyny znajduje się coś interesującego. Przed premierą „Piątej strony świata” mówiłem, że ta realizacja jest takim klasycznym „Titanicem”, skazanym na katastrofę: bo Kazimierz Kutz ma urodziny, w dniu jego urodzin jest premiera, do tego tekst właściwie niesceniczny. Wtedy tylko czekałem aż ten „Titanic” rąbnie w górę lodową, ale okazało się, że elegancko ją ominął, dostał dopalenia, góra wyparowała i popłynął dalej. Teraz jest podobnie: dwudziesta piąta, jubileuszowa realizacja, opera, w której musicali się z reguły nie wystawia, dwa wielkie teatry musicalowe nieopodal, które przecież specjalizują się w takim repertuarze i świetnie sobie radzą. Zobaczymy co będzie 11 maja: czy miniemy kolejną górę lodową czy się o nią rozbijemy.

Niemal każdy aktor marzy o roli Hamleta, a co jest największym marzeniem pana jako reżysera?

Jedno z marzeń spełniło się w połowie lutego, to wspomniana „Piąta strona świata”. Spektakl cieszący się uznaniem publiczności i krytyków, którego pierwowzorem literackim jest powieść napisana przez ważnego dla mnie człowieka - Kazimierza Kutza, w ważnym miejscu –  w katowickim Teatrze Śląskim. Jak każdy reżyser i twórca chciałbym nieustannie wzbogacać teatr. A gdy będę wątpił od czasu do czasu w to, że powinienem dalej zajmować się teatrem, bo mi we własnym odczuciu braknie talentu, umiejętności czy determinacji, to te parę pływających „Titaniców”, które z powodzeniem minęły swoje lodowe góry będzie mi przypominać, że powinienem ciągnąć ten wózek i dalej bawić się w teatr, chociaż to piekielnie trudna robota.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Robert Talarczyk – reżyser, aktor, scenarzysta, dramaturg, dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Absolwent wrocławskiej PWST. Po studiach związany przez kilkanaście lat z chorzowskim Teatrem Rozrywki, w którym debiutuje również jako reżyser Ptasiek (1998). W kierowanym przez siebie, od 1 września 2005 roku, bielskim Teatrze Polskim zrealizował kilkanaście przedstawień. Posiada w swoim dorobku wiele interesujących, ale także kontrowersyjnych prac. Dysponuje wiedzą aktorską, muzyczną i reżyserską umożliwiającą produkcję spektakli muzycznych na wysokim poziomie artystycznym.

Magdalena Tarnowska
Dziennik Teatralny Katowice
11 maja 2013
Portrety
Robert Talarczyk

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia