Partija Lenina a siła nałogu

"Wysocki. Powrót do ZSRR" - reż. Piotr Sieklucki - Teatr Nowy w Krakowie

Bardowie, czyli „ludzie z gitarami, którzy z posępnymi minami śpiewają o rzeczach ostatecznych" to fenomen charakterystyczny dla Europy Środkowowschodniej z naciskiem na człon „-wschodniej". W dobie uporczywego wyglądania w stronę Zachodu stracili więc oni na atrakcyjności.

Wspomina o tym Piotr Stankiewicz w swoim przenikliwym artykule na temat recepcji Jacka Kaczmarskiego przez prawicę. Tendencja ta nie przeszkodziła jednak Piotrowi Siekluckiemu w wyreżyserowaniu spektaklu na temat jednego z największych radzieckich muzyków wspomnianego typu – Władimira Wysockiego.

Spektakl w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie zaczyna się co najmniej podniośle – mężczyzna z sierpem w jednej, a młotem w drugiej dłoni wykonuje przed nami Hymn Związku Radzieckiego. Widać, że wkłada w to całego siebie, podobnie jak w następujące po chwili monologi o wielkości Partii. Zdaje się jednak, że w połączeniu z wszechogarniającą czerwienią scenografii nie było możliwe afektywne wpłynięcie na widza. Patos wpadł więc, chyba nie bez życzenia reżysera, w typowe dla siebie sidła śmieszności. Współgra to zresztą z dalszą częścią spektaklu, w której ujawnia się jeden z jego dwóch głównych tematów, czyli alkoholizm. Jak to zwykle bywa, miłe złego początki – Władimir opowiada nam więc o młodości, nieustannie wchodząc w interakcje z widzami. Nie obyło się bez nieco żenujących, pasujących jednak do konwencji, żartów. Również seksistowskich, jak ten o soczewkach, przez które nawet własna żona może się podobać. Zostało to wypowiedziane do konkretnych osób i we mnie osobiście wzbudziło niesmak. Jednakże tym, co dla całej chyba publiczności okazało się niespodziewane, było częstowanie wódką bezpośrednio przez aktora, a ostatecznie puszczenie butelki w obieg. Zanim to się stało, zachłannie pity przez Piotra Siekluckiego napój wydawał się być tylko rekwizytem imitującym alkohol. Po prostu wodą. Nadal oczywiście nie mam pewności, że było inaczej, jednak częstowanie widzów wódką z pewnością było ryzykowne i wzbudzające podejrzenia co do zawartości pozostałych butelek. Szczególnie biorąc pod uwagę okoliczności – ze względu na chorobę Edwarda Linde-Lubaszenki spektakl okazał się monodramem, a w tych łatwo o znamiona konfesyjności. Sieklucki zagrał w sposób, dzięki któremu uwierzyłam, że tytułowa postać jest tylko pretekstem do opowiedzenia historii nałogu. Historii być może zupełnie intymnej, być może przeciwnie – uniwersalnej. W każdym razie to, co działo się na scenie, zdawało się nad wyraz szczere. Magia teatru.

Jest i druga część przedstawienia, kiedy to Wysocki osuwa się w nałóg. Jednocześnie zmienia się kolorystyka. Teraz będzie już tylko mrocznie. Zniknęła lekka, zabawowa atmosfera. Może nawet zbyt drastycznie – miałam wrażenia, że czegoś zabrakło. Momentu przejścia, dzięki któremu w ogóle zauważę, że uśmiech na twarzy przestaje być na miejscu. Jeśli jednak moje uczucie może mieć uzasadnienie, to tylko na poziomie teoretycznym, który to wymaga od tekstu, aby poza rozpoczęciem i zakończeniem zawierał w sobie również rozwinięcie. Na poziomie nałogu wymagania te przestają jednak mieć znaczenie. Ot, zapił się i przewrócił. Ojciec Wołodii wiedział, że tak będzie, a jak on coś wie, to nie ma sensu próbować oszukiwać przeznaczenia. W tym świecie to on jest Bogiem, w dodatku raczej starotestamentowym, jeśli już szukać takich analogii.

„Wysocki. Powrót do ZSRR" to dzięki grającemu na pianinie Pawłowi Harańczykowi i śpiewającemu Piotrowi Siekluckiemu doskonały spektakl muzyczny. Gratka dla miłośników języka rosyjskiego oraz wszelkich innych melomanów. Sieklucki udowadnia, że jego możliwości są rzeczywiście wszechstronne. Śpiewa, gra, reżyseruje, a wszystko to nie tylko trzyma się kupy, ale przede wszystkim doskonale się skleja.

W całość, którą naprawdę warto zobaczyć.

Natalia Rojek
Dziennik Teatralny Kraków
29 maja 2017
Portrety
Piotr Sieklucki

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia