Pasta z protestu

"Pidżamowcy" - reż. Marcin Liber - Wrocławski Teatr Współczesny

Kiedy po spektaklu "Pidżamowcy" we wrocławskim Współczesnym spora część widowni powstała do oklasków, niesiona najpewniej obywatelską potrzebą wspierania artystycznych odpowiedzi na bieżąco istotne społeczne tematy, zrozumiałem wreszcie głębiej, na czym polega pustka po pogrążonym dziś w niesławie sąsiednim Teatrze Polskim.

Otóż Polski za Mieszkowskiego był jednym z tych miejsc, gdzie szło się z założenia po te zaangażowane stojące owacje - bywało, że niezależnie od faktycznej jakości proponowanych przedstawień, ale miały one być, były tak opisywane, a więc takimi się stawały: WAŻNE. Obywatelsko. Społecznie. Politycznie. Wreszcie przecież często i artystycznie. Polskiego w takiej formule zabrakło, ale za to we Współczesnym Marcin Liber reżyseruje, nieomal interwencyjnie, spektakl komentujący niedawny protest medyków. Padają w nim nazwiska polityków ministerialnego szczebla i formułowane są zarzuty. No to wstać na brawa trzeba, trochę tak, jak wcześniej, jeszcze kiedy dogorywała Wycinka, wypadało zaklejać sobie usta.

Dawno nic mnie w teatrze tak nie rozdrażniło. Sęk mianowicie w tym, że "Pidżamowcy" wywołujący taką reakcję są kłamstwem. Bardzo dobrze zrealizowanym, ale kłamstwem. I nie miałbym nic przeciwko, gdyby brawa, o których mówię, były spontanicznym wyrazem entuzjazmu po wieczorze miło spędzonym na błyskotliwie zrealizowanej farsie. Ale nie - brawa były tu jak z Polskiego, a spektakl Libera jest właśnie tylko sprawnie zrealizowaną czarną farsą, choć z oszukańczym dodatkiem. Reżyser postanowił kilkukrotnie zmylić trop. Całość zaczyna się jak niezłej próby teatr dokumentalny: pierwszoosobowym, emocjonalnym monologiem o niegodnym traktowaniu pacjentów przez personel medyczny na ostrych dyżurach. Każdy, kto przechodził przez SOR-y sam czy z bliskimi, wie, ile w nim okrutnej prawdy. Przestrzenią dla tej opowieści jest przytłaczająca klatka poczekalni, wyłożona aż po sufit (a nawet wraz z nim, o czym za chwilę) PRL-owskimi kafelkami, tworzącymi drobną, biało-szarą szachownicę. Pielęgniarki snują się z kawą od drzwi do drzwi, starcy omdlewający na krzesełkach nie stanowią obiektu ich zainteresowania. Ten mocny wstęp wraz z otwarciem całej przestrzeni sceny przeradza się w historię czwórki pacjentów wymagających opieki paliatywnej. Lekkim tonem przedstawia się ich, ich raki i dializy, równocześnie szydząc z hipochondrii i typowego u nas przedziwnego, wynikającego pewnie z niesprawnego systemu służby zdrowia, kultu lekarza. Jako kontra do początkowej sekwencji sprawdza się to nawet nieźle.

Gorzej jest dalej: lekki ton zmienia się w grubą kreskę, a ta dość szybko w sztubacki wręcz humor, wobec okoliczności scenicznego świata miejscami po prostu niesmaczny. Doprawdy nie pruderia kazałaby mi się zawahać przed rzucaniem żartów ze zniszczonego częstymi kolonoskopiami odbytu; choćbym był gorącym zwolennikiem dowcipów stricte o odbycie, razi mnie w nich jednak część o kolonoskopii. Tym niemniej anegdota jest prosta: bohaterowie, raczej antypatyczni, chcą więcej morfiny, personel - potwory! - nie chce zwiększać im dawek, ale na korytarzach kwitnie kontrabanda i wszyscy popadają w długi u handlującego nielegalnymi anestetykami "Ampuły", pacjenta z sąsiedniej sali. Medyczny komentarz ustępuje więc miejsca dziwacznej komedii gangsterskiej, kiedy, by wyzwolić się ze szponów dilera, nasi nieuleczalnie chorzy planują skok na szafkę siostry oddziałowej. Skok kończy się zresztą sukcesem, a spektakl - wydawałoby się - narkotyczną i obrazoburczą sekwencją uwznioślenia środków przeciwbólowych. I tu z nagła następuje kolejna wolta, która bezpośrednio prowadzi do owej stojącej owacji: na proscenium wchodzą dwaj sanitariusze i śmiertelnie poważnym tonem opowiadają o trudnej sytuacji młodych lekarzy w Polsce, u których odpowiedzialność za ludzkie życie idzie w parze z traktowaniem ich w najlepszym wypadku jak stażystów. Mówią wprost do widza, trochę nonszalancko, na zasadzie "pośmialiśmy się, ale przejdźmy do rzeczy", poruszająco. Tu dostanie się i ministrowi Radziwiłłowi, i całemu systemowi, który w tym nowym kontekście zdaje się być winien wszystkiemu, co stanowiło sedno spektaklu do tej pory.

Otóż właśnie, czemu? Koszmarowi na SOR-ach? Przedstawianiu pielęgniarek wypełniających procedury jako aniołów śmierci? Zrównywaniu użytkowników morfiny z narkomanami? Skąd ta niekonsekwencja? Ano stąd, że wystawiony przez Libera dramat Mariusza Sieniewicza to tylko środkowa część spektaklu, literacko dość zgrabna, ale wciąż niesmaczna farsa, której nie uratują użyte w programie cytaty z Wittgensteina, Gombrowicza i ks. Jana Kaczkowskiego poświęcone cierpieniu. Cała rama w tonie serio została zaś wzięta - uwaga - z Facebooka. Otwierający monolog o ostrych dyżurach to post Magdaleny Rigamonti, końcowa sekwencja pochodzi z profilu Jakuba Sieczki. Oba te wpisy stały się tzw. pastami (od ang. copy-paste, kopiuj-wklej), formą nieobrazkowego mema, udostępnianego lawinowo przez kolejnych użytkowników portalu. Kiedy trwał strajk rezydentów, pasta zaczynająca się od słów "To ja wam teraz opowiem, jak to jest być młodym lekarzem w Polsce" dotarła i do mnie kilkanaście razy, share'owana przez różnych zaangażowanych znajomych. Nie wątpię, że oba te mini-komentarze zrobiły wiele dobrego, zwiększając świadomość użytkowników sieci, jak to, co w mediach zawłaszczano w najróżniejsze sposoby zależnie od politycznego celu, wyglądało w rzeczywistości, od środka, w relacji z pierwszej ręki. Jestem też przekonany, że na takiej żywej, choć efemerycznej, na poły reportażowej literaturze można by oprzeć naprawdę dobry spektakl - skądinąd obie te sekwencje były najmocniejszymi momentami "Pidżamowców". Ale łączenie ich z obrażającym de facto ich bohaterów tekstem Sieniewicza osłabia jedynie ich wyraz i stawia pod znakiem zapytania prawdę tych relacji. Owację na stojąco dostał więc w gruncie rzeczy autor użytego w finale posta na Facebooku, a wmawianie widzom, że cały ten spektakl jest WAŻNY, jest prostackim oszustwem.

Drażni mnie to dodatkowo dlatego, że, jak wspominałem, spektakl jest świetnie zrealizowany i choć przez ów nieudany zabieg dramaturgiczny nie trzyma się jako całość, jego poszczególne części są wewnętrznie spójne i przemyślane. Wielka w tym zasługa Mirka Kaczmarka i odpowiedzialnej za kostiumy Grupy Mixer. Scenografia Kaczmarka, korzystająca ze współczesnego teatralnego imaginarium, samodzielnie koduje znaczenia, które rozwijają się wraz z przebiegiem przedstawienia. Biało-szara szachownica kafli, zwyrodniała i pokrywająca wszystkie ściany i sufity, początkowo wydaje się tylko nadrealistycznym przetworzeniem rzeczywistego wystroju starych szpitali, by - dzięki dołączeniu finezyjnego wideo, nakładającego na nią delikatną telewizyjną morę - stać się obiektem wręcz op-artowym, podkreślającym psychodeliczny charakter scen z morfinistami. Kiedy zaś na jej tle pojawią się bezimienne postaci w kostiumach zakrywających całą sylwetkę i również pokrytych szachownicą, przestrzeń szpitala staje się nawiązaniem do zerowej, przezroczystej warstwy w programach graficznych, jakby odbierała pacjentom nie tylko jednostkowość, ale i barwę, kształt, obecność. Szpitalna szafka dzięki wbudowanemu mechanizmowi zamykającemu na przemian drzwiczki lub szufladę staje się obiektem absurdalnym, znoszącym własną użyteczność jak Kantorowska maszyna aneantyzacyjna. Drobnych smaczków, zapożyczeń i nawiązań jest tu mnóstwo. Liber także mnoży kulturowe, a może zwłaszcza popkulturowe odniesienia, prześlizguje się z wdziękiem przez różne konwencje, a to mrugając do widza scenką jak z "Gangu Olsena", a to infekując sceniczny szpital upiorami-pielęgniarkami z cyklu horrorów "Silent Hill"; to przebiegnie się przez estetykę retro sci-fi, żerując na strachu przed medycznymi eksperymentami, to znów wprowadzi na scenę grupę statystów o charakterystycznych fizys, jakby "Pidżamowcy" mieli być zwieńczeniem jakiegoś prorównościowego offowego projektu społeczno-artystycznego.

Niestety nie są: ani dobrym projektem społecznym, ani horrorem, ani farsą. Nie są dobrym spektaklem, choć ewidentnie poprzedzała jego powstanie dobra praca. Ale cóż, satysfakcja z odkrywania uroczych smaczków nie przykryje niesmaku spowodowanego błędnym wstępnym założeniem - a wolę myśleć o użyciu Facebookowych materiałów jako o błędzie niż cynizmie. Jakkolwiek by nie było, "Pidżamowcy" pokazują tymczasem, jak łatwo nas, widzów/obywateli głodnych uczestnictwa w czymś WAŻNYM, oszukać poprzez drobne przesunięcia w narracji. To ma swoją nazwę - populizm - i szczerze wolałbym, żeby nie działo się przynajmniej w teatrze. Dość mamy go poza nim.

Adam Karol Drozdowski
e-teatr.pl
21 grudnia 2017

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia