Październik 2018

Krzysztof Orzechowski - W 3 zdaniach

„Schodami w górę, schodami w dół": na platformę umieszczoną na koronie hali sportowej w Turynie, gdzie dokonywano dekoracji zwycięskich drużyn i wręczano nagrody zawodnikom wiodło (na moje oko) ponad sto stopni, a niektórzy sportowcy musieli je pokonywać nawet trzykrotnie, choćby Michał Kubiak (po puchar, po nagrodę indywidualną, po złoty medal razem z drużyną), a przecież miał w nogach przed chwilą rozegrany finał. To nie jedyny absurd organizacyjny, a dodać do nich trzeba głupoty regulaminowe: drabinka i grupy tak zostały ustawione, że istniała możliwość trzykrotnego spotykania się z tą samą drużyną w niedługim odstępie czasu, najcięższe, końcowe mecze, rozgrywane był codziennie, poziom sędziowania bywał fatalny, a interpretacja przepisów zdumiewająca. Przykłady można mnożyć, ale nic nie zmieni faktu, że nasza drużyna była wspaniała i jesteśmy mistrzami świata w siatkówce! (1/10)

***
Byłem na inauguracji roku akademickiego w krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego, która odbywała się w sali teatralnej im. Stanisława Wyspiańskiego, w ręku trzymam monetę wydaną przez NBP z okazji 125-lecia Teatru im Juliusza Słowackiego z podobizną Stanisława Wyspiańskiego, w najbliższą niedzielę na dużej scenie tego teatru odbędzie się „Weselisko" Bronisława Maja inspirowane dramatem Stanisława Wyspiańskiego, za parę dni nastąpi tam pierwsze, uroczyste opuszczenie kurtyny zrealizowanej dzisiaj wg projektu konkursowego (z 1892 r.) Stanisława Wyspiańskiego, później będzie „Wyspiański. Koncert" w reż. Ewy Kaim, a w Małopolskim Ogrodzie Sztuki spektakl „Wyspiański. Labirynt". W ub. roku (z okazji 110. rocznicy śmierci naszego czwartego wieszcza) apelowałem o umiar i rozsądek w obchodach, niestety bezskutecznie! Teraz, gdy zbliża się 150. rocznica urodzin tego wielkiego twórcy, mogę tylko podpowiedzieć, że pozostało przemianowanie arterii, placów i skwerów, bo gdybym był złośliwy (a przecież nie jestem!) zaproponowałbym wielką uroczystość otwarcia puszki konserw, z której wychyli się... no, zgadnijcie Państwo kto? (2/10)
***
Losy wielkich rodów pruskich (junkierskich), które swoje majątki ziemskie mieli w korytarzach polskiej i niemieckiej historii, zatupywanych raz przez jednych, raz przez drugich, dramatyczne poplątanie ich egzystencji i świadomości narodowej, a także bolesne rozdarcie Kaszubów między tym co polskie, tym co niemieckie i tym co własne, wreszcie ofiara krwi, jaką złożyli podczas II wojny światowej (Piaśnica) – wszystkie te wątki (i jeszcze wiele innych) można znaleźć w filmie Filipa Bajona „Kamerdyner" (Srebrne Lwy na 43. FPFF w Gdyni). Niewątpliwie, w północnych rubieżach naszego Kraju, wspomniane tematy bardzo ściśle się ze sobą wiążą, ale są tak obszerne, że rozsadzają ramy filmowej sagi i domagają się co najmniej dwóch filmów, z których każdy opowiadałyby o jakiejś wybranej sprawie, inne pozostawiając w tle. Może dlatego nie potrafię odpowiedzieć na pytanie: co przede wszystkim interesuje Filipa Bajona, poza enigmatycznym – wszystko. (5/10)
***
Po Krakowie krąży opowiastka (?), anegdota (?), żart (?) o aktorce starszego już pokolenia i uznanym reżyserze młodej generacji, cenionym również z powodu błyskotliwej inteligencji. Otóż kiedy owa aktorka, zdesperowana zbliżającym się terminem premiery, zapytała owego reżysera jak ma grać powierzoną jej rolę, bo jak dotąd nic nie rozumie, ten zadumał się głęboko i poradził, żeby spróbowała „przykryć impulsy mantrą." Jak łatwo się domyśleć aktorka nadal nie pojmowała NIC, więc następna próba (z jej perspektywy) przypominała poprzednie, ale reżyser dostrzegł progres i niepomiernie się ucieszył, że udało się z tak dobrym skutkiem zrealizować jego uwagę. (8/10)
***
Ogłoszony w 1892 roku konkurs na projekt kurtyny dla nowopowstającego Teatru Miejskiego w Krakowie (Teatr im. Juliusza Słowackiego) wygrali artyści, których nazwiska niewiele nam dziś mówią, ale wzięli w nim udział także Józef Mehoffer i Stanisław Wyspiański (niektórzy mają wątpliwości, czy ten ostatni do konkursu ostatecznie stanął i czy istniał dopracowany konkursowy projekt, bo zachował się tylko jeden, „brudny" szkic). Ale nawet gdyby stanął w szranki konkursu na pewno by go nie wygrał, o czym mogłem przekonać się dzisiaj podczas pierwszego opuszczenia kurtyny odtworzonej i zrealizowanej na podstawie wspomnianego szkicu przez współczesnego artystę. W tamtych latach Rada Miejska zdecydowała się zamówić kurtynę u Henryka Siemiradzkiego (która okazała się ponadczasowa i wisi już 124 lata), stosując tryb pozakonkursowy, co jest zabawnym przyczynkiem do naszych drętwych dyskusji: jak demokratycznie obsadzać stanowiska i jak demokratycznie wybierać dzieła. (9/10)
***
I jeszcze o kurtynie Wyspiańskiego, trzy zdania. Nie wiem jak można było mu coś takiego zafundować, przecież wszyscy – którzy się trochę na tym znają – twierdzą, że gdyby kurtynę malował sam Mistrz, byłaby ona zupełnie inna, niż to, co dzisiaj powieszono w „Słowaku", bo szkic tylko ogólnie oddaje koncepcję dzieła, a obca ręka pozostanie zawsze obcą ręką. To tak jakby o jakości kreacji aktorskiej wyrokować na podstawie źle zdubbingowanego (przez innych) filmu. (9/10)
***
Śpij spokojnie, Dyziu! Ile to lat naszej znajomości, ile wakacji wspólnie spędzonych w lesie, nad polskim morzem, ile rowerowych szlaków przejeżdżonych, ile piosenek zaśpiewanych przez Ciebie z gitarą, gdy „płonęło ognisko i szumiały knieje", ile „kielonków" wychylonych wspólnie za i przeciw światu i rzecz jasna „za tych, co na morzu", ile przykładów Twojego łagodnego, „z cicha pęk" poczucia humoru!... 10 października umarł aktor, Zbigniew Ruciński (przez przyjaciół zwany Dyźkiem). (11/10)
***
Coraz mniej mamy „ludzi renesansu", którzy ogarnialiby więcej niż jedną dziedzinę wiedzy lub umiejętności, jak np. pianista, kompozytor, reżyser, dyrektor teatru, wykładowca, aktor, znawca literatury dramatycznej, bibliofil, środowiskowy autorytet w jednym ciele. Jakiś czas temu wyszła niewielka broszurka Tomasza Nowotarskiego „Siłacz. Stanisław Radwan" – o człowieku, który w latach międzywojennych łamał podkowy i przegryzał metalowe pręty, a ostatnio książka „Zagram ci to kiedyś..." Stanisław Radwan w rozmowie z Jerzym Illgiem – o wielkiej i magicznej postaci naszego teatru drugiej połowy XX wieku i początku wieku XXI. Coś jest w tych Radwanach mocarnego! (12/10)
***
Nigdy tego nie zrozumiem, prawdopodobnie dlatego, że przez wszystkie lata mojego „dyrektorowania" w Bagateli i w „Słowaku" nie wypłaciłem sobie ani grosza bez wiedzy i aprobaty moich władz, a wielokrotnie za różne dokonania artystyczne rezygnowałem z honorariów (np. za udziały w spotkaniach KSP). Tymczasem dochodzą do mnie wiadomości, że dyrektor Morawski we wrocławskim Teatrze Polskim za wszystkie gesty artystyczne w kierunku prowadzonej przez siebie sceny pobiera bardzo wysokie kwoty za pośrednictwem podstawionej agencji. Nie mieści mi się w głowie, że napięcia związane ze zmianą dyrekcji we Wrocławiu, szlachetne argumenty używane przez środowisko, protesty aktorów, nieugięta postawa prezentowana przez zwycięzcę konkursu, napięcie polityczne z tym związane – zostaną praktycznie zamienione na pazerność na szmal?! (14/10)
***
Po batach, jakie dostała nasza drużyna w ostatnich meczach (z Portugalią i z Włochami) przejrzałem wszystkie możliwe źródła internetowe, żeby poznać w miarę dokładnie c.v. Jerzego Brzęczka i przebieg jego zawodowej kariery. Zdumiałem się, bo zawsze mi się wydawało, że selekcjoner kadry narodowej powinien móc pochwalić się spektakularnymi sukcesami i bogatym, wszechstronnym doświadczeniem, o talentach taktycznych i organizacyjnych nie wspomnę, a tu proszę, niewiele tego! Dlatego okoliczności i powody jego powołania pozostaną na zawsze tajemnicą Zbigniewa Bońka. (15/10)
***
Ach, co to był za koncert, niech żałują ci, których nie było! Przejmująca muzyka i świetni wykonawcy: gospodarze projektu „Souds of New Earth" – zespół Motion Trio (grających w taki sposób Janusza Wojtarowicza, Piotra Gałażyna i Baranka jeszcze nie słyszałem), towarzyszący im na skrzypcach charyzmatyczny Zbigniew Paleta, a także porywający saksofonista Szymon Nidzworski oraz Tomas Celis Sanchez, doskonały wirtuoz jazzowej perkusji. Tylko szkoda, że publiczność nie zajęła nawet połowy przygotowanych przez organizatorów krzeseł w krakowskiej Starej Zajezdni, być może dlatego, że koncert był imprezą towarzyszącą „New Earth International Film Festival".
***
Przykro mi o tym pisać, ale „Wyspiański. Koncert", wyreżyserowany przez Ewę Kaim dla uczczenia 125. rocznicy powstania Teatru im. Juliusza Słowackiego, nie wzbudził mojego entuzjazmu, mimo jubileuszowych, rzęsistych braw na stojąco. Myślę, że wczorajszy spektakl (19.10) był przekombinowany myślowo i formalnie, tracąc komunikatywność oraz prostotę przekazu ( z wyjątkiem sekwencji „Nocy listopadowej"). Wydał mi się pretensjonalny, mnożył wielopiętrowe znaczenia, epatował nadmiernym efekciarstwem, a to wszystko nie pasowało do reżyserki, którą znam i cenię, i której przedstawienie „Do DNA" było rewelacyjne. (20.10)
***
Na marginesie przedwczorajszego wydarzenia niepokoi mnie pytanie: co by robił Wyspiański dzisiaj, gdyby był małym Stasiem? Być może młode godziny życia spędzałby przy komputerze, nawigując po Internecie, oglądałby ekscentryczne projekty kostiumów kreatora Jean-Paula Gaultiera, śledziłby doniesienia z gali mód haute couture organizowanej rokrocznie przez nowojorskie The Metropolitan Museum of Art, może chłonąłby topowe seriale, jak „Gra o tron", albo byłby namiętnym graczem, zafascynowanym całą serią wirtualnych „Sims-ów", pasjonowałby się „Labiryntem" i wieloma innymi. Czy w poszukiwaniu miejsca dla swojego artystycznego nowatorstwa znalazłby niszę pośród pop-kulturowych klisz, czy też odkryłby dla siebie przestrzeń zupełnie inną i nie naśladowczą? (21.10)
***
– Chcieliście, aby szkolnictwo artystyczne było na prawach wyższych uczelni, to teraz musicie ponosić tego konsekwencje – zdają się mówić ci, którzy przygotowali Ustawę 2.0 (zwaną też ustawą gowinowską). Istotnie, zbiurokratyzowane i odhumanizowane zapisy, które odnoszą się do wielkich uczelni nijak nie mają się do nauczania sztuki. Na scenie np. ważne jest dotknięcie czyjejś dłoni, spojrzenie w oczy (face to face), kontakt z drugim człowiekiem, a nie labirynt cyfrowych prognoz i sprawozdań, parametryzacja i przerażająca droga służbowa, w której gubić się będzie nawet najdrobniejsza sprawa. (25.10)
***
Słuchałem wczoraj red. Żakowskiego i jego gości „w toku", którzy ubolewali nad skandalicznym upartyjnianiem samorządów poprzez próby podkupywania radnych peeselowskich i niezależnych przez PIS. Zgoda, tyle, że nie jest to wynalazek ostatniej władzy, bo wiele lat temu, jeszcze za czasów Platformy Obywatelskiej, spierałem się z jednym z poprzednich marszałków województwa o granice polityki w samorządzie: on pragmatycznie utrzymywał, że tak być musi i że polityczne rekomendacje i zależności są konieczne, ja odwrotnie, uważałem, że nie ma to nic wspólnego z rządami obywatelskimi. Ale podkreślam, wówczas Platforma była u steru, więc nie bolało, dopiero jak stała się opozycją, zaczęło ją boleć. (27.10)

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
27 października 2018

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia