Pechowa trzynastka

"Maddalena" - reż. Tomasz Cyz - Teatr Wielki w Poznaniu

Maddalena, demoniczna bohaterka młodzieńczej opery Sergiusza Prokofiewa, otworzyła korowód postaci, które będą w tym roku przewijać się przez scenę Teatru Wielkiego w Poznaniu. Premiera "Maddaleny" na scenie kameralnej zainaugurowała bowiem "Rok kobiet" w Operze Poznańskiej; kolejne zaplanowane pod tym szyldem premiery to m.in. "Maria Stuarda" Donizettiego, "Ofelia" Prasquala (prawykonanie), "The Fairy Queen" Purcella, "Lady Makbet mceńskiego powiatu" Szostakowicza oraz "Turandot" Pucciniego

Siedząc losy Maddaleny, trudno oprzeć się wrażeniu, że ciążyła nad tą operą pechowa trzynastka, numer opusu - na wykonanie czekała aż sześćdziesiąt osiem lat. Prokofiew napisał ją latem 1911 roku z nadzieją na inscenizację w Konserwatorium Petersburskim, którego był wówczas studentem. Okazała się jednak zbyt trudna; kompozytor sugerował, że to dekadenckie libretto wzbudziło opór profesorów i było główną przyczyną odrzucenia utworu.

Niezrażony niepowodzeniem zabrał się latem 1912 roku za jego orkiestrację, ukończył jednak tylko pierwszą scenę. Ponowił próbę w 1913 roku, kiedy pojawiła się kolejna nadzieja na wystawienie dzieła, bo "Maddaleną" zainteresował się Konstantin Mardżanow, dyrektor Wolnego Teatru Moskiewskiego. Poprawiony wyciąg fortepianowy gotowy był 15 października 1913 roku, Prokofiew opatrzył go opusem 13 i zadedykował przyjacielowi, kompozytorowi Mikołajowi Miaskowskiemu. Do prawykonania jednak nie doszło, gdyż teatr został zamknięty. W roku 1914 kompozytor próbował zainteresować "Maddaleną" Sergiusza Diagilewa, któremu jednak nie spodobała się fabuła; prowadził także rozmowy z moskiewską Operą Zimina, ale planowana na 1916 rok prapremiera również się nie odbyła. Przed wyjazdem z Rosji w 1918 roku zdeponował partyturę "Maddaleny" razem z rękopisami innych swoich dzieł w wydawnictwie Sergiusza Kusewickiego. W marcu 1924 roku pisał do Miaskowskiego z Paryża, zagadnięty przez niego o Maddaleną: "nie bardzo pamiętam, czy jest w stanie, który nadawałby się do prezentacji. Obawiam się, że partie wokalne są strasznie trudne... Kiedyś w przyszłości doprowadzę ją do porządku i ukończę orkiestrację, żeby nie zajmowała numeru opusu za nic".

W roku 1927 Prokofiew przewiózł kufer ze swoimi młodzieńczymi partyturami z ojczyzny do Paryża; przed powrotem na stałe do Związku Radzieckiego, w 1936 roku, zostawił go w paryskich magazynach wydawnictwa Kusewickiego. Kufer był zamknięty do roku 1953, a magazyny przeszły w ciągu tych lat na własność Boosey & Hawkes. Jeden z redaktorów wydawnictwa znalazł rękopis Maddaleny, libretto przetłumaczono na język francuski, porzucono jednak plany prawykonania dzieła, ponieważ niemożliwe było wtedy ustalenie jego sytuacji prawnej. W latach sześćdziesiątych rękopis przeniesiono do londyńskich zbiorów Boosey & Hawkes.

W latach siedemdziesiątych Lina Prokofiew, wdowa po kompozytorze, będąc u syna Olega w Londynie, poznała Edwarda Downesa, dyrygenta i miłośnika muzyki jej męża. Poprosiła go, by przyjrzał się rękopisowi "Maddaleny". Za jej zgodą Downes postanowił dokończyć orkiestrację na podstawie wskazówek rzadko rozsianych po rękopisie. Przestudiował w tym celu również opracowaną przez Prokofiewa pierwszą scenę, a także inne utwory ukończone w czasie, gdy powstawała "Maddalena". Pracę opatrzył komentarzem, że nie uzurpuje sobie praw do reprezentowania "ostatecznej myśli kompozytora", że chce tylko umożliwić "publiczności wysłuchanie wspaniałej opery, która w przeciwnym razie byłaby dla niej niedostępna". Downes przetłumaczył też libretto na język angielski i w roku 1978 nagrał "Maddalenę" - po rosyjsku i po angielsku - z BBC Northern Symphony Orchestra.

Do pierwszej emisji doszło 25 marca 1979 roku na falach BBC. Zainteresowanie prawykonaniem scenicznym zgłosił dyrektor Opera Theatre of Saint Louis; wraz z wydawcą ustalono termin na maj-czerwiec 1980 roku. Kilka miesięcy potem okazało się, że wydawnictwo wprawdzie doszło już do porozumienia z wdową po kompozytorze, nadal jednak negocjuje z BBC, które zapłaciło za ukończenie orkiestracji. Prapremiera odbyła się wreszcie w listopadzie 1981 roku w ramach festiwalu Steirischer Herbst w Grazu, zaś dla Teatru w Saint Louis, gdzie premierę dano 9 czerwca 1982 roku, Edward Downes przygotował wersję partytury ze zredukowanąorkiestracją, ponieważ orkiestra w rozmiarach przewidzianych przez Prokofiewa nie zmieściłaby się w kanale tego teatru.

Libretto "Maddaleny" Prokofiew napisał sam, adaptując sztukę Magdy Gustawowny Lieven-Orłowej, publikującej pod pseudonimem Baron Lieven. Konstelacja postaci przypomina "Tragedią florentyńską" Oscara Wilde\'a. Edward Downes sugerował nawet, że Lieven-Orłowa wzorowała się na niej, wydaje się to jednak nieprawdopodobne z uwagi na kolejność ukazywania się tych utworów.

Akcja jednoaktowej opery w czterech scenach rozgrywa się w Wenecji na początku XV wieku, w ciągu jednej nocy. Maddalena podziwia zachód słońca, czekając na powrót męża. Skarży się na swój los, przeczuwa nadejście burzy. Pojawia się Gennaro, małżonkowie wymieniają czułe wyznania. Rozmowę przerywa pukanie do drzwi. Maddalena chowa się za zasłoną, a Gennaro przyjmuje przyjaciela, alchemika Stenia, który zwierza się mu ze swych cierpień miłosnych. Od trzech miesięcy ma kochankę, o której nie wie nic, nie zna nawet jej imienia. Miotają nim podejrzenia i zazdrość. Rozpętuje się burza, wiatr unosi zasłonę i oczom Stenia ukazuje się jego kochanka-żona Gennara w jednej osobie. Rozjuszeni mężczyźni chcą zabić Maddalenę, ta jednak zwraca ich przeciwko sobie, grając na ich poczuciu honoru. Gennaro zabija Stenia, sam zaś, śmiertelnie raniony, kona w męczarniach. Maddalena nie przyjmuje od niego sztyletu, nie zgadza się popełnić honorowego samobójstwa. Podbiega do okna i krzyczy, że jakiś obcy zamordował jej męża.

Akcją "Maddaleny" rządzi logika konfliktu wewnętrznego, który zmierza do rozwiązania, lekceważąc wszelkie zasady moralne.

W pierwszej scenie bohaterka skarży się: "Tak mi nudno, czuję się okropnie"; w scenie ostatniej, już po śmierci mężczyzn, wyznaje z ulgą: "Wreszcie sama! Żywa i wreszcie wolna!", i pyta sama siebie: "Którego z nich kochałaś, Maddaleno? Być może żadnego nie kochałam". To postać cyniczna i bezwzględna, pozbawiona wyrzutów sumienia.

Miaskowski pisał o operze Prokofiewa: "Pomijając (...) zdumiewający świeżością i mroczną siłąjęzyk harmoniczny, zadziwia wulkaniczny temperament. Pełnym napięcia wyrazem opera przypomina styl Ryszarda Straussa, ale bez jego trywialności". Muzyka Maddaleny jest niczym wzbierająca od pierwszej do trzeciej sceny fala, która w scenie czwartej rozbija się z głośnym hukiem o brzeg, pochłaniając dwie ofiary. Prokofiew tworzy tu ogromne napięcie emocjonalne, operując konsonansem i dysonansem, nadając środkom muzycznym wymiar metaforyczny. Nielicznym chwilom, kiedy bohaterowie zachowują emocjonalną równowagę, zawsze towarzyszy w warstwie muzycznej stabilność harmoniczna. Najwyraźniej słychać to w scenie trzeciej: kiedy Gennaro wyraża współczucie dla chorego z miłości przyjaciela, akompaniament rozrzedza się do akordów osadzonych na równomiernych krokach kwartowych i kwintowych w basie. W ten sposób kompozytor sugeruje uczciwość i szczerość intencji bohatera. Zaraz po akordzie otwierającym operę brzmi natomiast charakterystyczny "motyw Maddaleny" - zstępujący pochód chromatyczny, powracająca potem wielokrotnie figura, która wskazuje na zakłamanie bohaterki, której intencje są często sprzeczne z treścią jej słów. Z kolei Stenio jest niemal histeryczny, bełkocze coś o zazdrości i chorobie z miłości. Jego mowa opracowana jest szerokimi interwałami, a rytm akompaniamentu często nie zgadza się z rytmem śpiewanej melodii. Prokofiew posługuje się również autocytatami: fragment, w którym Stenio opowiada o niebezpiecznej urodzie kochanki, przypomina pod względem poetyckim i muzycznym zachwyty Gennara nad urodą żony w scenie drugiej, tyle że tempo jest tu szybsze, więcej jest chromatyki i nagłych skoków dynamicznych.

Inscenizacja Tomasza Cyza, przygotowana w ramach cyklu "Opera Kieszonkowa", to przykład umiejętnego wykorzystania niewielkiej przestrzeni sceny kameralnej i jej możliwości technicznych. Scenografię tworzą w znacznym stopniu projekcje - we fragmenty weneckiego Palazzo Donf zgrabnie "wpisują się" aktorzy. Na drugim planie, za półprzezroczystym ciemnym ekranem, dwóch gondolierów (Bogdan Jabłoński, Andrzej Płatek) nie tylko uczestniczy w akcji, choćby przywożąc Gennara do domu, ale również wykonuje drobne zadania techniczne i porusza w scenie czwartej ekranem, który oddziela świat walczących mężczyzn od świata Maddaleny. Kostiumy są proste i harmonizują z charakterem postaci: Maddalena występuje najpierw w płaszczu z kapturem (symbol skrywanych intencji), w ostatniej scenie ubrana w suknię, kryje twarz za wenecką maską. Nie do końca przekonuje sposób, w jaki bohaterka pojawia się w ostatniej scenie: według libretta ma ukazać się oczom mężczyzn niespodziewanie, kiedy wiatr podrywa zasłonę - w poznańskim przedstawieniu nadchodzi z tyłu sali, co rozmywa efekt nagłego zdemaskowania bohaterki.

Wykonawcy dobrze radzą sobie z karkołomnymi serpentynami wokalnymi Prokofiewa. Galina Kuklina jako Maddalena podkreśla niejednoznaczność swej bohaterki - to rzeczywiście postać, która ukrywa intencje, niemniej chciałoby się, by pod koniec bardziej zdecydowanie odsłoniła demoniczne oblicze. Gennaro w wykonaniu Michała Marca nie jest pewny swego w kontakcie z żoną, kryje się więc za maską ironii - dobrze wypada w chwilach porywów gwałtownych uczuć, postać byłaby jednak pełniejsza, gdyby tchnąć w nią nieco ciepła i liryzmu. Kreacją najbardziej zapadającą w pamięć jest Stenio w wykonaniu Jerzego Mechlińskiego. Mroczną, bezkompromisową, porażającą dramatyczną siłą postać śpiewak ukazał bardzo przekonująco, wykorzystując możliwości wyrazowe, jakie niesie partytura Prokofiewa.

Wyciąg fortepianowy "Maddaleny" Francesco Bottigliero, dyrektor muzyczny przedstawienia, opracował na dwa fortepiany, sam zasiadł za jednym z nich. Razem z grającym na drugim instrumencie Marcello Giusto wyraziście podkreślał charakter dzieła.

Oglądając przedstawienie w Poznaniu, czułam jednak pewien niedosyt, czemu nie zawinili bezpośrednio ani realizatorzy, ani wykonawcy. Myślę, że "Maddalena" pełną swobodę uzyskałaby dopiero na dużej scenie - napisane z rozmachem partie wokalne domagają się szerokiego gestu. Czuło się, że na scenie kameralnej śpiewacy - chcąc nie chcąc - muszą się powściągać. Można było tylko wyobrażać sobie, jaką siłę dramatyczną miałaby "Maddalena" przy akompaniamencie orkiestry - zespołu o bogatych możliwościach dynamicznych, artykulacyjnych i barwowych.

Beata Kornatowska
Ruch Muzyczny
23 lutego 2011

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia