Pęd ku uwspółcześnianiu

"Romeo i Julia" - chor: Izadora Weiss - Opera Bałtycka w Gdańsku

Z dwoma spektaklami przybyła do Warszawy Opera Bałtycka. Spektakle wprawdzie różne, bo bazują na diametralnie różnych autorach takich, jak William Szekspir ("Romeo i Julia") i Richard Strauss ("Ariadna na Naxos" - na zdjęciu), ale przecież bardzo podobne.

To podobieństwo zasadza się głównie na podejściu twórców tych spektakli do klasyki. W obu przedstawieniach widnieje ta sama chęć ucieczki w kierunku uwspółcześniania. Ten pęd ku przerabianiu klasyków na współczesność osiąga dziś gigantyczne rozmiary. Chciałoby się zapytać, czego obawiają się reżyserzy, że żywcem przenoszą utwory z epoki w dzisiejszą rzeczywistość. Nierzadko na ślepo. 

"Romeo i Julia" nieustannie inspiruje choreografów i kompozytorów. Izadora Weiss poszła w kierunku całkowitego uwspółcześnienia dramatu Szekspira, zarówno w tekście libretta, jak i w układzie choreograficznym. Akcję umieściła w... Iraku. Nic nowego. Można nawet powiedzieć, że Irak jest już dziś najbardziej teatralnie "zgranym" miejscem. W tym właśnie rejonie świata twórcy najczęściej sytuują swoje spektakle. Bez względu na to, czy prezentują klasykę, czy współczesność. A dzieła Szekspira wręcz nagminnie wpisywane są w tamte realia. Zresztą, polska klasyka także. To już doprawdy przesyt.

Julia (Franciszka Kierc) w koncepcji Izadory Weiss jest Arabką kontestującą tradycyjne kulturowe i religijne obyczaje, co tworzy sytuację konfliktową między nią a rodzicami. Jej matka (Aleksandra Michalak) i ojciec (Leszek Alabrudziński) oraz brat Tybalt (Piotr Nowak) są tradycjonalistami przestrzegającymi zasad, które wiążą się z wartościami obowiązującymi w tym kręgu kulturowym.

Romeo (Michał Łabuś) jest zaś żołnierzem obcej armii stacjonującej w Iraku i mającej za zadanie utrzymanie stabilizacji w tym kraju. Z punku widzenia rodziców Julii jest zatem żołnierzem armii okupującej ich kraj, a więc wrogiem. Ponadto uformowany został w kręgu zupełnie innej kultury i religii aniżeli arabska, tym samym więc stanowi zagrożenie dla wartości będących fundamentem tej cywilizacji. Wzajemna miłość Julii i Romea nie może być uwieńczona małżeństwem w sposób legalny. Młodzi w ukryciu biorą ślub, ale, jak wiadomo, nie nacieszą się sobą, bo wkrótce dosięgnie ich śmierć.

Tyle opowieść fabularna wynikająca z libretta, mającego jednak pewne odstępstwa od Szekspirowskiego dramatu. Na przykład w finale. U Szekspira śmierć Romea i Julii prowadzi do pogodzenia się zwaśnionych rodów: Capulettich i Montekich, zaś w spektaklu Weiss nie ma takiej pointy, rzecz kończy się śmiercią głównych bohaterów. Zresztą, od strony plastycznej i kompozycji ruchu to najpiękniejsza scena w spektaklu, bardzo nastrojowa i romantyczna. Narysowana subtelną kreską ruchu ciała wykonawców. Sceny w duecie Romea i Julii w zasadzie poprowadzone są wyraziście i przekonująco. Natomiast sceny zbiorowe nierzadko tworzą wrażenie chaosu, który pogłębia jeszcze dobór muzyki, bardzo różnej gatunkowo i chwilami wręcz przeszkadzającej w odbiorze. Podobnie jak przeszkadza oddzielanie kurtyną poszczególnych scenek, co dzieli spektakl na epizody i uniemożliwia zbudowanie całościowego wątku dramatycznego.

Warstwa choreograficzna spektaklu utrzymana jest w technice modern. Izadora Weiss wyraźnie ucieka od stylistyki klasycznej. Szkoda, bo romantyzm uczuć, jakie przeżywają bohaterowie dramatu, wymaga adekwatnego środka wyrazu, silnie nasyconego poetyckością. A zaprezentowany tu język współczesnego tańca nierzadko zbliża się raczej do akrobatycznej gimnastyki aniżeli do baletu. Ponadto sporo powtórzeń w układzie choreograficznym prowadzi do monotonii ruchu i w rezultacie do znużenia w odbiorze. Niemniej kilka bardzo pięknych rzeczy jest z pewnością do zapamiętania, w tym znakomicie inscenizacyjnie ujęta i aktorsko poprowadzona scena kończąca pierwszy akt: lament Julii po śmierci brata Tybalta.

Drugi spektakl zaprezentowany w Warszawie to "Ariadna na Naxos". Inscenizacja Marka Weissa, podobnie jak balet jego żony, również podąża w kierunku całkowitego uwspółcześnienia opery Richarda Straussa. W związku z tym drugi akt toczy się nie jak w oryginale na wyspie Naxos, gdzie porzucona przez Tezeusza Ariadna (Katarzyna Hołysz) oczekuje na swą śmierć, lecz w szpitalu psychiatrycznym. W tej sytuacji nazwa wyspy w tytule spektaklu traci swój sens.

Tak jak bez sensu pozostaje naczynie z wodą, którą Ariadna w sali szpitalnej obmywa twarz i ręce Zerbinetty (Aleksandra Buczek). Tyle tylko, że tym naczyniem jest... basen. Dlaczego? Bo "reżyser ma pomysły". Owszem, w psychiatryku wszystko jest możliwe, nawet prymitywne żarty z użyciem żenującego rekwizytu, który przerzucają sobie kompani Zerbinetty. No bo skoro psychiczni, to psychiczni. Nikt nie pyta, dlaczego. Szkoda, ponieważ te marne efekciki obniżają poziom spektaklu i zubażają jego wymowę, co wcale nie jest zabawne. Mimo że dziwacznie poubierani wykonawcy (gromadka komediantów skupiona wokół Zerbinetty) podskakują, biegają, robią miny - wszystko na próżno. Niby to ma być w stylu komedii dell\'arte, de facto jest niezamierzoną parodią tegoż. Dobrze, że reżyser pozostawił w spokoju stronę wokalną, nie każąc solistom dokonywać jakiegoś harakiri na ich własnym głosie.

Na szczęście kilka dobrych głosów przebija się przez pomysły reżyserskie. To świetny, o interesującej barwie mezzosopran kanadyjskiej śpiewaczki Ariany Chris w roli Kompozytora, to na pewno wspaniały głos i ekspresja środków wyrazu Aleksandry Buczek w partii Zerbinetty, to także ciekawy, głęboki brzmieniowo głos Katarzyny Hołysz w tytułowej roli Ariadny. Trzeba tu także wymienić wyraziście poprowadzoną rolę majordomusa (w pierwszym akcie) przez Ryszarda Ronczewskiego. Spektakl pod względem muzycznym pozostaje bez zarzutu, ogromny udział ma też znakomicie brzmiąca orkiestra pod świetną dyrekcją José Maria Florýncio.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
17 czerwca 2010

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia