Pedicure zamiast pastylek na gardło

"Wzrusz moje serce" - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy

Następny warszawski Levin. Czy to już? Czy już za dużo, już przesyt, już nuda? Nic z tych rzeczy. Późny dramat izraelskiego autora to nie tylko tekst sprawnie napisany; to mały traktat (dziwnie pasuje mi to marmurowe słowo) o ludzkiej egzystencji, krótka rozprawa o goryczy. Świetna rzecz - do tego bardzo dobrze wystawiona.

Można przed pójściem na spektakl Małgorzaty Bogajewskiej mieć złe przeczucia. No bo właśnie znowu Levin - po co? A druga rzecz budząca niepokój - ten tytuł, no tak, nie uciekniemy przed nim. "Wzrusz moje serce", to brzmi strasznie. A że ostatnimi czasy Teatr Dramatyczny zalewa nas ckliwością (ze dwa przykłady: "Red", "Dziwny przypadek psa nocną porą"), to jesteśmy od razu gotowi na najgorsze. Czyli na tandetę, na łzawy szantaż. A to nie tak, a to na szczęście zupełnie nie tak. Sztuka Hanocha Levina - fakt - operuje błahością, humorem, unosi się nad nią slapstickowa aura. Wszystko prawda. Ale jak to wspaniale przełamane jest właśnie tą goryczą; komediowość okazuje się kamuflażem dla ciemnych tonów.

Bo to smutna historia. Sędzia Lamka zupełnie traci głowę dla piosenkarki Lalalali. Spotyka się z nią tylko w soboty, w inne dni przekonuje samego siebie, że ukochana tęskni za nim do nieprzytomności. Prawda wygląda nieco mniej romantycznie: Lalalala ma całą armię kochanków i to oni raczej zapewniają jej cykliczną nieprzytomność. Lamka widzi to, co się pod jego nosem dzieje, ale tego nie zauważa (a to różnica). Przeprowadza myślową gimnastykę artystyczną, by wytłumaczyć sobie postępowanie Lalalali. I to mu się udaje. Wierzy w najbardziej idiotyczne tłumaczenia kobiety swego życia, jak na przykład takie: Lalalala musi być w stałym kontakcie ze swoim "pedicurzystą", ponieważ przez odcisk na stopie nie daje sobie rady z niskimi dźwiękami Bardzo to zabawne, a byłoby jeszcze zabawniejsze, gdyby nie było tak prawdziwe (dodaję dla porządku i spokoju sumienia: prawdziwy nie jest związek między odciskiem a śpiewem, rzecz jasna; prawdziwe jest karmienie się pozorami, gdy pozory to jedyne, co mamy). Lamka musi jednak znaleźć jakieś ujście dla kotłujących się w nim kłamstw, dla przygniatającej go frustracji. Przelewa w końcu cały swój ból na Pszoniaka, swojego najlepszego przyjaciela. Wymyśla sobie, że to właśnie on - najpoczciwsza poczciwina - ma romans z Lalalalą i chce go za to zabić.

Pszoniak to w ogóle ciekawa postać, która należy jakby do drugiej warstwy sztuki Levina. Bo że z historii Lamki nic dobrego wyjść nie może - to wiemy od razu. Tragikomiczną opowieść o facecie uganiającym się za puszczalską panną odruchowo wkładamy do przegródki z napisem "złe zakończenie". Więc siłą rzeczy zwracamy głowę w stronę drugiego bohatera, w stronę - by tak to ująć - drugiej opcji życia. Pszoniak to stałość, rodzina, brak niespodzianek. Ma żonę Jako-taką, która całe życie tylko pije herbatę. I ta żona określa egzystencję Pszoniaka - ma on za zadanie przyrządzać jej tę nieszczęsną herbatę; jest niejako przywiązany do czajnika, do wrzącej wody. To żadna idylla, to żadna pochwała stateczności. Pszoniak nie jest może tak śmieszny, tak żałosny jak Lamka - ale też nie jest szczęśliwy, czego najlepszym dowodem jego ucieczka do hotelu w ramiona whisky. Wróci w końcu do żony, to prawda, ale nie możemy już mieć wątpliwości - jemu też nie jest lekko.

Tak źle i tak nie dobrze - niby nic odkrywczego, ale właśnie ta, powiedzmy, życiowa bezkompromisowość Levina decyduje w ostatecznym rozrachunku o ciężarze jego sztuki. Może właśnie dlatego dramatopisarz tak chętnie sięgał po komediowe narzędzia, tak ochoczo posypywał swoje fabuły cukrem pudrem - żeby jakoś uśpić czytelników i widzów, żeby przez śmiech nie do końca zauważyli dławiący brak nadziei. Żeby jak Lamka karmili się pozorem. Bogajewska dobrze wyczuła istotę dramatu. Bardzo sprawnie wyważyła proporcje, nieszczęście Lamki nie zostaje przytłoczone przez komediowe ozdobniki. Wszystko tu ze sobą współgra, reżyserka jest świadoma tej podwójności (czy raczej: rozdwojenia) tekstu Levina. Na przykład scenografia Jana Kozikowskiego - niby urocza, taka "kabaretowa" (z tej ściany wyjedzie łóżko Pszoniaka, z tamtej samochód Lalalali), ale jednocześnie bura, smutna, przygnębiająca.

A najważniejsze w tym wszystkim jest oczywiście to, że aktorzy również nie pogubili się w tym kotle nastrojów. Największa odpowiedzialność spoczywała na barkach Waldemara Barwińskiego grającego Lamkę. Pięknie poradził sobie z trudnym zadaniem. Barwiński zagrał zakochanego żałośnie Lamkę energicznie i melancholijnie jednocześnie; umiał ukazać jego połamaną przez nieszczęśliwą miłość psychikę, nie pozbawił jednak swojej postaci subtelnego czaru. Znakomita rola. Pozostanie w pamięci także Pszoniak Roberta T. Majewskiego - aktor sprytnie lawiruje między prawie że sitcomowym przedstawianiem zmęczonego codziennością męża a grą delikatniejszą, głębszą. Tej dwójce sekundują Agata Wątróbska (Lalalala) oraz Magdalena Smalara (Jako-taka) - obydwie aktorki potrafiły niejako skomplikować swoje bohaterki, domalować kilka ciemniejszych plam, co nie było chyba łatwe, bo postaci kobiece zarysowane są w tym tekście Levina dużo skromniej niż męskie. Jest jeszcze trójka aktorów odgrywająca kolejne "tury" kochanków Lalalali: Maciej Makowski, Sebastian Stankiewicz i Paweł Koślik. Panowie odpowiedzialni są za komediowe tło, za niczym nieskrępowaną (tym razem) rozrywkę, za lekki oddech publiczności między oglądaniem upokorzeń biednego Lamki.

"Wzrusz moje serce" to spektakl bardzo udany. Jeśli tylko się chce, można wyciągnąć z niego wiele smutnej mądrości i jeszcze więcej mądrego smutku. No chyba że ktoś nie zechce i będzie wtedy, o czym już wspominałem, jak Sędzia Lamka - będzie odgradzał się od świata pozorami. Będzie zapisywał się do pedicurzysty, bo ma problem z gardłem.

Karol Płatek
Teatr dla Was
22 lipca 2015

Książka tygodnia

Twórcza zdrada w teatrze. Z problemów inscenizacji prozy literackiej
Wydawnictwo Naukowe UKSW
Katarzyna Gołos-Dąbrowska

Trailer tygodnia