Perfidia matrioszki

"Lenz" - reż. Barbara Wysocka - Teatr Narodowy w Warszawie

Klarowność wielopoziomowej narracji jest zwodnicza. Pokazuje bohatera w serii naprzemiennych zbliżeń i oddaleń. Lenzów u Wysockiej jest wielu

Spektakl Barbary Wysockiej – zwięzły, błyskotliwy, monochromatyczny – jest jak matrioszka. Zmieniają się perspektywy, proporcje i skale, historia romantycznego poety popadającego w obłęd odsłania się warstwa po warstwie, do jej jądra jednak nie docieramy. Wszystko, co po drodze, jest jawnym oszustwem, pozorowaniem prawdy, imitacją – jak niby-śnieg zaścielający całą scenę i czarna rzeźba drzewa z dramatycznie rozpostartymi bezlistnymi konarami.

Klarowność wielopoziomowej narracji jest zwodnicza. Pokazuje bohatera w serii naprzemiennych zbliżeń i oddaleń. Lenz opowiada o sobie samym to w trzeciej, to w pierwszej osobie – odgrywając siebie samego, cytując sceny, w których jednocześnie uczestniczy. Lenzów jest wielu. Duży Lenz animuje miniaturowego Lenza – własną czapkę: pompon to głowa. Kukiełka-Lenz zagląda w okna domków dla lalek, rozświetlonych malutkimi żarówkami. Ten zminiaturyzowany świat ma swoją odwrotność w przeskalowanych obrazach, bez przerwy pełzających po ścianach i nad naszymi głowami. Wyświetlane na ekranach ujęcia pokazują zimowy krajobraz, a potem – kiedy szaleństwo bohatera się pogłębia – szpitalne korytarze i spiralne schody klatki schodowej, oglądane w dziwacznej, niepokojącej perspektywie, bo na suficie. Widzimy Lenza samotnie brodzącego w śniegu, taszczącego uschniętą choinkę, którą próbuje zasadzić, zapatrzonego w niebo, zmarzniętego, wyczerpanego. Widzimy nadnaturalne zbliżenia jego twarzy. Lenz – czapka w roli kukiełki i Lenz – ogromne, szeroko otwarte oko, Lenz na scenie – chowający się pod kołdrą usypaną z plastikowego śniegu, wspinający się na plastikowe drzewo i usypiający na gałęzi, Lenz – pochłonięty filozoficzną dysputą, Lenz – ostentacyjnie szczękający z zimna zębami po kolejnej spektakularnej kąpieli w kadzi z wodą. Który z nich jest nadrzędny? Który którego (w sobie) ukrywa? Któremu ewentualnie można by uwierzyć?

Żadnemu, oczywiście. Na tym polega perfidia matrioszki. Gra w zdejmowanie kolejnych warstw, rozbijanie kolejnych skorup toczy się bez końca i nie chce prowadzić do żadnej konkluzji, do żadnego sedna. Na tym polega również rzeczywistość, w której żyje schizofrenik (taką diagnozę – schizofrenia paranoidalna – postawiono historycznemu Lenzowi): nie pozwala się zamknąć w przejrzystych, ostatecznych formułach.

Szymon Szacki gra Lenza jako komedianta, który swoją nadwrażliwość manifestuje w nieustającej błazenadzie. Lenz jest afektowany, histeryczny, rozkapryszony,  a jego obłęd domaga się świadków. Widzów. Poeta powtarza swój rytuał wskakiwania do wody, za każdym razem sprawdzając, czy aby na pewno jego desperacja przynosi spodziewany efekt. Jego opiekunowie – pastor Oberlin (Oskar Hamerski) i przyjaciel Kaufmann (Modest Ruciński) – bez śladu zdziwienia biegną po ręczniki i suszarkę do włosów. Choroba Lenza spełnia się w demonstracyjnych gestach, romantycznych łzach, dziecięcym uporze. Ponieważ wciąż jest przez niego samego obserwowana z emocjonalnego i narracyjnego dystansu, komentowana za pomocą wielkiej ilości zgrabnych słów – nie ma szansy nim zawładnąć. Ona także jest grą. Grą w szalonego i grą w teatr.

Lenz pozostaje uwięziony w swojej złożonej z dziwnie nieprzystawalnych elementów rzeczywistości, od a do zet sztucznej: teatralny śnieg i teatralne drzewo nie dają oparcia. Ponieważ jednak jest jednocześnie aktorem, bohaterem i narratorem swojej opowieści, może popchnąć ją we wszystkie możliwe strony. Może nawet, prawie niechcący, zdradzić jej skrzętnie wypieraną dotkliwość.

W ostatniej scenie po raz ostatni relacjonuje swój obłęd – znowu w trzeciej osobie, wyzywająco, zjadliwie, bez cienia empatii dla samego siebie. Tak mogłaby wyglądać współczesna i – na przekór scenerii wiejskiego odludzia – wielkomiejska wersja romantycznego bólu. Elokwencja i dystans. Bystre spojrzenie. Złośliwe poczucie humoru, szczególnie na swój własny temat. Bezlitosna autoironia. Cynizm. Cały arsenał samoobronnych środków – wszystko, żeby się tylko nie przyznać, że naprawdę boli. Żeby nie utonąć w tej białej pustce, która – mimo że wygląda na wymyśloną – jest, być może, jednak całkiem realna.

Joanna Wichowska
Dwutygodnik
28 marca 2011
Prasa
Dwutygodnik

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki