Perły w pastelowych barwach

"Poławiacze pereł" - reż. Tomasz Podsiadły - Opera Bałtycka w Gdańsku

Cejlońska opowieść Georges'a Bizeta była kiedyś bardzo popularna, dziś bywa wystawiana znacznie rzadziej i wtedy, gdy teatr dysponuje trójką świetnych solistów, a zwłaszcza tenorem, który jest w stanie uporać się z pozornie prostą arią Nadira "Je crois entendre encore". Opera Bałtycka sięgnęła po "Poławiaczy pereł", by uświetnić swój sezon francuski, więc wyszło średnio.

Od pierwszej sceny widać, że inscenizacja miała być zrobiona za nieduże pieniądze, co nie jest zarzutem. Ten tytuł bez problemu można rozegrać w jednej dekoracji i jednym komplecie kostiumów. W Gdańsku mamy ustawione centralnie schody, sugerujące wejście do świątyni oraz białe ekrany-zasłony i tiulową kurtynę, a cejlońscy wieśniacy ubrani zostali w lekko stylizowane stroje, nadające akcji charakter ponadczasowy. Wszystko zaś jest utrzymane w jasnych pastelowych barwach (projekt Agnieszki Szewczyk).

Jeśli jednak inscenizatorzy rezygnują z większej wizualnej atrakcyjności, ze wzbogacenia spektaklu choreografią (udział baletu w Poławiaczach pereł ma dramaturgiczne uzasadnienie), to powinni w zamian zdynamizować akcję, pogłębiając relacje między bohaterami. Reżyser gdańskiej premiery Tomasz Podsiadły miał pomysł wykorzystania kanału orkiestrowego jako symbolicznego oceanu i przy nim rozegrał pierwszą scenę chóru, potem jednak poprzestał na komponowaniu statycznych obrazów ansamblowych. Niewiele wniosły też wizualizacje - najbardziej żal, że nie wzmocniły napięcia w finałowej scenie pożaru rybackiej wioski.

Z tercetu bohaterów tylko Nikola Mijailović, pozyskany w nagłym zastępstwie za chorego polskiego solistę, wiedział dobrze, kim jest kreowany przez niego Zurga. Serbski artysta, dysponujący barytonem o efektownych górnych dźwiękach, potrafił wyrazić zazdrość zżerającą przywódcę wioski, jego chęć zemsty, lecz także szlachetność i gotowość do poświęceń. Młoda Maria Domżał dysponuje ładnym sopranem, swobodnie pokonującym koloraturowe pasaże, ale zabrakło jej umiejętności, a zapewne też scenicznego doświadczenia, by wzbogacić wyrazowo postać kapłanki Leily. Nie poradził sobie z partią Nadira tenor Zbigniew Malak - nie tylko dlatego że podczas premierowego przedstawienia jeden niepewnie zaśpiewany dźwięk w arii (utrzymanej w niewygodnej, wysokiej tessyturze) sprawił, że do końca tego popisowego numeru nie mógł się odnaleźć. Tak to bywa, gdy śpiewa się na granicy swoich możliwości, a Malak to artysta znajdujący się na początku drogi i bardziej powinien troszczyć się o rozwój swego głosu, niż chwytać się zbyt ambitnych wyzwań.

Pierwsza scena Poławiaczy pereł, w której zabrakło synchronizacji głosów męskich, wzbudziła niepokój o poziom chóru Opery Bałtyckiej. Na szczęście potem okazało się, że był nieuzasadniony, bo ten zespół zrobił znaczne postępy i stał się niemal najważniejszym bohaterem spektaklu, obok debiutującego za pulpitem dyrygenckim studenta Jarosława Szemeta. Poprowadził on orkiestrę z zadziwiającą dojrzałością, temperamentem i wyczuciem dramaturgicznego napięcia. Mógłby zostać cennym nabytkiem gdańskiego teatru, ale podobno ma już propozycje z zagranicy. Zresztą jego profesor Warcisław Kunc postanowił właśnie zrezygnować z kierowania Operą Bałtycką.

Jacek Marczyński
Ruch Muzyczny
4 kwietnia 2018

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia