Philip K. Dick spotyka Monty Pythona

"Ośrodek wypoczynkowy" - reż. Anna Smolar - Komuna//Warszawa

Dystopijny klimat ostatniej premiery z Komuny// Warszawa przypomina nieco filmy Yorgosa Lanthimosa, autora m.in. "Lobstera" - o futurystycznej instytucji z pogranicza spa, klubu speed dating i obozu koncentracyjnego, mającej na celu łączenie ludzi w romantyczne pary i represjonowanie samotnych. Smolar i Buszewicz również idą w stronę groteskowego humoru, społecznego pesymizmu i melancholii.

Placówka stoi w miejscu, gdzie - jak słyszymy w wygłoszonym z offu przez przewodniczkę, Jaśminę Polak, wprowadzeniu - niegdyś był teatr. "Ośrodek wypoczynkowy, którego drzwi uchylamy dziś na chwilę, stoi w miejscu dawnej sali do wzbudzania emocji i dostarczania trudnych treści. Naturalną odpowiedzią na zmieniające się priorytety społeczne była zmiana przeznaczenia tego budynku. W końcowym etapie działalności starej instytucji świecił pustkami, dziś słychać tu gwar, okrzyki radości i szmer zadowolenia". Ostatecznie zarówno piewcy wolnego rynku, jak i fani narodowej rewolucji zgadzają się, że finansowana z publicznych pieniędzy sztuka nie powinna powodować podziałów i budzić kontrowersji. W "Ośrodku wypoczynkowym" z publicznych pieniędzy finansuje się więc kojące seanse z pogranicza mindfullness i coachingu.

Przez godzinę przyglądamy się grupie wykonującej codzienne ćwiczenia i medytacje. Nie ma tu konfliktów, o polityce ani słowa. Kontakty z ludźmi o niższych lub wyższych zarobkach nie są wskazane, by nie psuć sobie humoru. Również rozmowy o podwyżkach czy stanie posiadania są powodem zakłopotania, poczucia winy, odrywają od błogostanu - więc należy ich unikać. Panuje nieustanne napięcie między zadekretowanym indywidualizmem i zdrową koncentracją na sobie - oraz odgórnym przymusem grupy. Więzi rodzinne zanikają - o umierającej w innym ośrodku matce mówi się: "mój przodek, znaczy osoba, która mnie urodziła". Buszewicz i Smolar pokazują to w prostych, komiksowych wręcz scenach - komicznych wariacjach na temat korporacyjnej integracji czy pseudopsychologicznego warsztatu, w choreografii łączącej echa tai-chi i co śmieszniejsze spektakle nowego tańca. Philip K. Dick spotyka Monty Pythona.

Brzmi sztampowo? W założeniach może trochę. Siłą spektaklu z Komuny są jednak performerskie jakości, aktorski rysunek, który bierze tezę pod włos, uniejednoznacznia ją - w końcu krytyka Smolar i Buszewicza mogłaby w zasadzie wypływać zarówno z pozycji konserwatywnych (zagłada więzi), jak i lewicowo-liberalnych (zanik aktywności i wolności, cenzura, ekonomiczna przemoc). Spokój stał się jednocześnie dobrem luksusowym - kogo na niego stać? - jak i padającym z różnych stron barykady politycznym zarzutem. Jak możecie być spokojni, skoro rządzą nami mafie i establishment rozkrada Polskę? Albo - jak możecie być spokojni, skoro zamordystyczny rząd za chwilę zrobi nam tu drugą Białoruś/Turcję/Rosję?

Tymczasem pensjonariusze skupiają się na prostych przyjemnościach, doświadczaniu smaków, celebrowaniu własnej codziennej percepcji. "Pa-trzę / Pa-trzę, bo mam o-czy / Cie-szę się, że mam o-czy / Pa-trzę, wi-dzę, wi-dzę śli-ma-ka / Ci-sza / Sły-szę / Cie-szę się, że sły-szę ci-szę" - uczestnicy warsztatu powtarzają przeciągle, w naiwnej, powolnej pętli za instruktorem - Panem Janem (Jan Sobolewski). Sceny jak ta - to małe czarne perły komedii. Wyraziste osobowości aktorskie z zaangażowaniem i werwą grają pustkę i psychotropową apatię; scenariusz powstał zresztą częściowo w oparciu o ich improwizacje.

Ekipa "Ośrodka" składa się przede wszystkim z aktorów Teatru Polskiego w Bydgoszczy z czasów niedawno zakończonej trzyletniej dyrekcji Pawła Wodzińskiego i Bartka Frąckowiaka. Sobolewski, Sonia Roszczuk, Maciej Pesta, Małgorzata Witkowska - to spora część zaoranego właśnie najbardziej dynamicznego, młodego zaangażowanego zespołu teatralnego w Polsce. Towarzyszy im Andrzej Konopka - popularny Burdeltata z warszawskiego kabaretu "Pożaru w Burdelu", na ekranie też ostatnio m.in. w "Córkach dancingu" czy "Czerwonym pająku" - oraz Marta Ścisłowicz ze Starego Teatru w Krakowie (wcześniej także w Bydgoszczy). Dreamteam w offowej salce przy Dworcu Wschodnim.

No i na co narzekać w tym kurorcie? W upiornie uśmiechniętej monotonii "Ośrodka" brakuje jakiegoś punktu przełamania, zmiany rytmu, tonacji. Ale może właśnie o to chodzi, może tak ma być: ironiczna dramaturgia jak płaska linia sztucznie utrzymywanego nastroju.

Witold Mrozek
Dwutygodnik
18 grudnia 2017

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia