Piaf i nic więcej

"Piaf" - reż. Tomasz Dutkiewicz - Teatr Powszechny w Radomiu

Szorstka, specyficzna, popadająca w skrajności. Kochająca i nienawidząca, radosna i depresyjna, z nadzieją i ciągłym powątpiewaniem. Pełna pragnienia miłości i doświadczania bólu. Silny głos w drobnym ciele. Cała Edith Piaf. Taką ją pamiętamy. A jak teraz wygląda na scenie w Radomiu?

Deski teatru Powszechnego gościły już różne sławy i legendy. Od 2009 roku pojawia się Katarzyna Jamróz przedstawiając sylwetkę Piaf. Zmierzenie się z tak silną i wyczerpującą postacią nie należy do zadań łatwych. Tym bardziej kiedy zna się trudną biografię Piaf, jej doświadczenia z dzieciństwa, wieku dorastania i późniejszych lat kariery. Spektakl rozpoczyna się od najważniejszego momentu w życiu piosenkarki, czyli w czasie kiedy zostaje odkryta przez Louisa Leplée. Jednak aby zrozumieć postępowanie i charakterek Piaf należy zrobić krótką wycieczkę do jej pierwszych lat życia. Przeżycia związane z porzuceniem przez matkę (śpiewaczkę kawiarnianą), pobyt w domu publicznym prowadzonym przez babkę, utrata wzroku, ciągły brak bezpieczeństwa i swojego domu, aż po wyjście ze śpiewem na ulicę w wieku piętnastu lat.  To wszystko kształtuje „małego upiorka” na kobietę później śpiewającą przed milionami.

 We wrześniu minom trzy lata spektaklu w reżyserii Tomasza Dudkiewicza. Mając okazję zobaczyć spektakl kilka lat po premierze nie można pozbyć się wrażenia, że zobaczyło się coś, co zbliża się ku przeterminowaniu. Porównując sposób gry z 2009 roku wydaje się patrzeć na całkowicie inną aktorkę w 2012 roku. Ten fakt potwierdza złożoność roli, prezentowanej postaci, gdzie poziom jest trudny do utrzymania przez tak długi czas. Odegranie emocji targających Piaf jest wyzwaniem, które poturbowało nie jedną aktorkę i zapewne poturbuje nieraz. Kobieta, która jest szaleństwem klnącym pod nosem i po minucie śpiewającą o miłości z pasją i wdziękiem stanowi nie lada wyzwanie. Taką pamięta się Piaf. Natomiast na scenie Powszechnego mamy tylko lekką smużkę, mało wyraźny zarys francuskiej piosenkarki. Można to wrażenie porównać do szybko wypitego espresso. Intensywny zapach ciągle unosi się, wypita woda spłukuje gorzki smak, ale nie do końca, dostaje się silnego „kopa” kofeinowego i w sumie chce się jeszcze. Bo dobre espresso pobudza wszystkie zmysły. Podobnie jest z elektryzującym nazwiskiem.

Efektem przyśpieszającym spektakl są krótkie sceny, zmiany miejsc akcji i świetnie wykorzystana ruchoma (podwójnie!) scena. Wirujący świat podczas wykonywania piosenek Piaf jest dobrym odzwierciedleniem panującej wokół gwiazdy rzeczywistości i szczególnej atmosfery. Szczególne uznanie należy się Wojciechowi Staefaniakowi za wykonanie scenografii. Potrafił odtworzyć klimat biednej norki, w której mieszała Paif z  Toine. Następnie przez dodawanie prostych elementów zaznaczać polepszająca się pozycję i sytuację życiową przyjaciółek. Podobnie było podczas prezentacji nowych mieszkań, szpitala i szczególnie pierwszej kawiarni, w której śpiewał Wróbelek. Dobrym, bo prostym rozwiązaniem był brak czegokolwiek w czasie wykonywania kolejnych utworów komentujących problemy i obawy Piaf. Nawet skoczny i wydawałoby się wesoły „Milord” stwarza tylko pozory. Stąd też pusta scena okazuje się idealnym zabiegiem. Podobnie ma się sprawa  kostiumami. Wspaniałe utwory Piaf doskonale współgrają z prostą czarna sukienką. To również świadczy o klasie piosenkarki. Obecnie panuje tendencja odwrotna, kiedy to strój musi nadrabiać na przykład brak odpowiedniego czy jakiegokolwiek warsztatu. Będąc przy samych utworach wykonywanych przez Jamróz na początku zwróciłam uwagę na przekład tekstów piosenek. Jak zawsze irytowały zagraniczne piosenki wykonywane w języku ojczystym, tak podczas spektaklu można się było rzeczywiście nimi zachwycić. Śpiew po polsku miał tyle samo uroku, co francuskie oryginały.

Będąc przy pochwałach ciekawą prezentację miała przyjaciółka Piaf, Toine. W tej roli Honorata Witańska. Towarzyszka początków kariery Edith była prostą, oddaną osobą. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że szczęśliwszą. Witańska bardzo wiernie odwzorowała Toine. Wzbudzała pozytywny odbiór, czego potwierdzeniem był śmiech i zawsze życzliwe przywitanie jej postaci wracającej na scenę.
U Piaf bardzo ważne były dłonie, które stanowiły dopełnienie jej osobowości, tej jaśniejszej strony. Widać je było również w czasie trwania spektaklu, jednak szkoda, że nie tak mocno. Jeżeli ktoś lubi Edith Piaf, po tym spektaklu nie zmieni zdania. 

Agnieszka Niewdana
Dziennik Teatralny
3 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...