Piekło jest z drugiej strony oglądanym... rajem

"Imię róży" - reż. Radosław Rychcik - Teatr J. Słowackiego w Krakowie

W 1980 r. Umberto Eco wydał swoją najbardziej popularną książkę „Imię róży". Jej adaptacja na potrzeby teatru przez Radosława Rychcika była dla mnie ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza, że przeniesienie dzieła literackiego tej rangi na scenę nie było zadaniem łatwym. Niemniej jednak, połączony wysiłek zespołu aktorskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego i zespołu, który zadbał o reżyserię, scenografię, sprawne wykorzystanie możliwości współczesnej sceny i całą oprawę widowiska dały wspaniały efekt.

Na wstępie zaznaczam, że reżyser (Radosław Rychcik) pozostał wierny tekstowi włoskiego semiologa i uważam, ze jest to jej zdecydowany atut. Zaprezentowana sztuka, wciąga widzów w toczącą się na scenie intrygę i przykuwa ich uwagę przez niemal 150 minut. Zakładam, że większość osób zgromadzonych na widowni, podobnie jak ja, znała książkę włoskiego pisarza, a mimo to poszczególne odsłony wydarzeń dziejących się w opactwie benedyktyńskim, sposób ich kreacji i prezentacji fascynował.

Akcja sztuki ujęta została w ramy wspomnienia, do którego sięga starzec opowiadając o wydarzeniach, które rozegrały się w średniowiecznym opactwie benedyktyńskim kilkadziesiąt lat wcześniej, a w których on sam brał udział będąc młodym mnichem. Opowieść rozpoczyna się, gdy jeden z mieszkańców opactwa ginie, a narrator, wówczas nowicjusz, Adso z Melku (Karol Kubasiewicz), przybywa tu wraz ze swoim mistrzem, by wziąć udział w dyskusji teologicznej dotyczącej wartości, którymi powinien kierować się kościół rzymskokatolicki. Na prośbę opata brat Wilhelm z Baskerville (Rafał Dziwisz) wraz ze swym uczniem próbują poznać tajemnicę zgonu mnicha, dążąc nie tylko do poznania nazwiska mordercy, ale przede wszystkim przyczyny, dla której zbrodnia doszła do skutku.

W przedstawieniu na pierwszy plan wysuwa się więc wątek kryminalny i tajemnica okrywająca zarówno pierwszy jak i kolejne zgony, które obserwujemy w opactwie. Trudno się temu dziwić, bo jest to najbardziej sensacyjny i pewnie jeden z najbardziej wciągających wątków oryginalnej opowieści. Niemniej jednak reżyserowi udało się zachować koncepcję powieści otwartej Eco także na deskach teatralnej sceny wraz z jej wieloma wątkami ilustrującymi specyficzną sytuację kościoła w końcowej fazie średniowiecza, jego rywalizacją z cesarstwem, dysputami w jego łonie (dyskusja między zwolennikami papiestwa a franciszkanami dotycząca wartości, którymi należy kierować się w życiu dążąc do uzyskania doskonałości i jakości egzystencji, jaką osiągnął Chrystus). Jednocześnie widowisko, mimo że pełne nawiązań i aluzji do czasów średniowiecza i jego problemów zawiera też indywidualne refleksje mieszkańców klasztorów dotyczące burzliwych dyskusji filozoficznych, ale też pierwszych przeżyć erotycznych, rozważań nad istotą miłości i grzechu czy też prawa człowieka do poznania tajemnic ukrytych przed jego spojrzeniem.

Spektakl stanowi spójną i zwartą całość, a poszczególne sceny przechodzą jedna w drugą bez zgrzytów, nie budząc też u patrzących niepokoju o niezrozumienie czy zagubienie wśród poruszanych wątków. Rozpoczęte wątki zostają domknięte i zakończone. Odbiorca zaś może bądź swobodnie błądzić po labiryncie opactwa i biblioteki wraz z bohaterami, odkrywając wraz z nimi tajemnice dedukcji, problemy nurtujące stałych rezydentów klasztorów i przebywających tu czasowo gości. Może też pozostać przy wątku kryminalnym i śledzić drogę prowadzącą do jego rozwiązania nic z uroku widowiska nie tracąc.

Żeby nie było niejasności. Obsada aktorska jest bardzo dobra, a kreacje wielu postaci godne pochwały. Na mnie najmocniejsze wrażenie wywarł Jorge z Burgos (w tej roli fenomenalny Feliks Szajnert). Duży wpływ na to miała zapewne charakteryzacja aktora noszącego długie, bujne, siwe włosy, która od pierwszego pojawienia się spowiednika na scenie zwracała na niego uwagę, ale też fakt, że Feliks Szajnert jest aktorem charakterystycznym, grającym bardzo ekspresyjnie, nie sposób go więc z inną osobą na scenie pomylić. Jego strażnik księgi to także postać specyficzna, chroniąca w swoim mniemaniu zarówno dzieło Arystotelesa, jak i ludzi, którzy mogliby po nie sięgnąć. Aktorowi udaje się też zachować równowagę między powagą wypowiedzi na temat śmiechu i jego funkcji w sztuce i życiu zaczerpniętej wprost z tekstu włoskiego pisarza, a komentarzami brata Wilhelma próbującego go powstrzymać przed konsumpcją drugiego tomu „Poetyki" Arystotelesa w końcowych scenach widowiska.

Podobną sztukę balansowania prezentują franciszkanin Wilhelm i inkwizytor Bernard Gui (Marcin Sianko). Kwestie wypowiadane przez obu są ujęte nie tylko w odmienne stylistycznie frazy języka, ale też wydaje się, że dotyczą odmiennego sposobu postrzegania rzeczywistości. Dla pierwszego z mnichów istotne jest dążenie do poznania, odkrycie prawdy i mechanizmów rządzących światem. Dlatego właśnie jego wypowiedzi, najczęściej skierowane do młodego ucznia Adso, naiwnie i jednoznacznie odbierającego świat, na który patrzy opatrzone są znakiem ironii, uśmiechu, w którym kryje się głęboka prawda, że poznanie dopiero wtedy jest pełne, gdy zna się i rozumie też to, co zakazane. Drugi bardziej dba o przystosowanie się do roli karzącej i skutecznej ręki kościoła, którą pełni jako inkwizytor. Obaj aktorzy doskonale wpisują się w tradycyjne role jakie im przypisano. Obaj też tak kreują swoich bohaterów, by egzystując na łonie tego samego kościoła, a więc – pozornie przynajmniej – tej samej filozofii, byli jednocześnie swoimi adwersarzami dbającymi o to, by w zamkniętej przestrzeni klasztoru bezkolizyjnie się omijać, ale też pokazać, jak można dążyć do własnych celów nie porzucając wspólnych dróg.

A jednak, podobnie jak w poprzednich realizacjach scenicznych prezentowanych na dużej scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego, mam wrażenie, że wielkość tej sceny z zupełnie tajemniczego dla mnie powodu stanowi dla twórców przedstawienia problem. Podobnie zresztą jak aktorska obsada biorąca w nim udział. Dotąd byłam przekonana, że duża scena to dla reżysera i aktorów duże możliwości, a aktor teatralny to taki, który na deskach sceny czuje się jak w domu. Okazuje się, że jednak niekoniecznie. I nie chodzi o samopoczucie aktorów. Oni czują się świetnie, z tym, że sceny zupełnie nie są zaplanowane do oglądania przez publiczność. Nadmiar braci zamieszkujących klasztor momentami zastanawia, bo poza scenami zbiorowymi, w których rola indywidualnych postaci jest znikoma są w zasadzie zbędni, a dla sztuki istotna z całej obsady jest w sumie może połowa z nich. I gdyby tylu ich zostało sztuka byłaby pewnie bardziej przejrzysta.

Mało tego, większość scen grana jest z tyłu słabo oświetlonej sceny. Być może takie było założenie twórców, niemniej jednak, operowanie światłem w teatrze polegało i śmiem twierdzić nadal polega na wydobywaniu z mroku czy półmroku tego, co dla sztuki i widza istotne. Umiejętność operowania światłem w teatrze tak, by pełniło ono swą rolę, to sztuka sama w sobie. W tym spektaklu jednak nie zaistniała. Sceny skrywał półmrok, co przy ciemnych strojach zakonników nie ułatwiało odbioru. Nowoczesne wyposażenie sceny pozwoliło wprawdzie na stworzenie całego szeregu zbliżeń, ale one kadrowały obraz do jednej, góra trzech postaci, a przy tym odwracały uwagę patrzących od tego, co działo się na drugim planie sceny. Pozytywny aspekt takiego rozwiązania był taki, że widać było twarz aktora, który gra, więc dało się go zidentyfikować, bo stojącego bokiem lub tyłem do publiczności i ubranego dokładnie tak, jak reszta aktorów rozpoznać było trudno, ale chyba nie o taki efekt chodziło. Bo na dobrą sprawę, gdyby chodziło wyłącznie o pokazanie twarzy mówiących aktorów wystarczyłoby ich posadzić przy jednym stole i w odpowiednich momentach kadrować zbliżenia twarzy prezentowane widzom. Problem w tym, że przecież nie na tym sztuka teatru polega.

Udogodnienia techniczne powinny być, jak mniemam, wykorzystane w sposób ułatwiający dostrzeżenie kto i jak gra na scenie. Dało się w tak subtelny sposób wykorzystać multimedia (Michał Lis, Piotr Lis) i uzyskane z ich pomocą efekty. Ilustracje kopiowanych przez zakonników ksiąg, obrazy kreślonych ręcznie stronic, zmiana pomieszczeń, w których odbywają się rozmowy nad ciałami nieżyjących mnichów, a także te, które składają się na śledztwo zmierzające do odkrycia sprawcy zbrodni, rozszerzający się pożar pochłaniający w końcowych scenach sztuki bibliotekę opactwa. I w taki sposób należało wykorzystać też zbliżenia. Nie jako zjawisko dominujące w całej sztuce, ale jako drogę do uzyskania odpowiedniego efektu, umożliwienia pokazania tego, co bez nich pozostawałoby poza spojrzeniem widza.

Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że przy wszystkich zastrzeżeniach, wynikających zdecydowanie z subiektywnego nastawienia i moich oczekiwań związanych z tym tekstem Umberta Eco, Radosław Rychcik wraz z zespołem, z którymi pracował stworzył niepowtarzalny i zapadający w pamięć spektakl będący świetną, choć jednak nieco długą ucztą dla miłośników twórczości włoskiego pisarza i teatru.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
4 lutego 2019

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia