Pierwsze przedstawienie w życiu jest najlepsze w życiu

Felieton Janusza Majcherka

„Pierwsze przedstawienie w życiu jest najlepsze w życiu" – pisał Bogdan Wojdowski. Kto dziś pamięta, kto wie, że ten wybitny prozaik zajmował się teatrem, zanim jeszcze w 1971 roku opublikował powieść Chleb rzucony umarłym? To bezsporne arcydzieło, wstrząsający, na poły autobiograficzny obraz Zagłady w warszawskim getcie, ma już utrwalone miejsce w historii literatury. Natomiast teksty teatralne Wojdowskiego, zebrane w dwóch tomikach: Próba bez kostiumu i Mit Szigalewa, nigdy nie cieszyły się znaczniejszym rozgłosem. A szkoda.

Sam bym może ich nie odkrył, gdyby nie podpowiedź Jerzego Koeniga. Wspomniał o Wojdowskim na zajęciach, więc blisko czterdzieści lat temu. Nazwisko pisarza, owszem, znałem; że w pierwszych latach sześćdziesiątych, w tygodniku „Współczesność", prowadził stałą rubrykę Na proscenium, nie miałem pojęcia. Koenig, rzecz jasna, miał, bo sam współpracował wtedy ze „Współczesnością". Wojdowskiego traktował z atencją, jaką jeden krytyk drugiego krytyka na ogół nie darzy.

Ale Wojdowski w gruncie rzeczy nie był krytykiem, przynajmniej w tym sensie, że nie pisał recenzji zawodowo. Jego domeną była literatura – w 1962 roku debiutował głośnym tomem opowiadań Wakacje Hioba. Do teatru chodził, bo lubił, i patrzył nań z perspektywy pisarza. Był w tym podobny do Adolfa Rudnickiego jako autora Niebieskich kartek; łączyło ich także doświadczenie losu polskich Żydów, co pierwszy wyraził w Chlebie rzuconym umarłym, a drugi w opowiadaniach z cyklu Epoka pieców. Stylem i rodzajem wrażliwości różnili się zasadniczo, choć w teatrze obaj najwyżej sobie cenili aktora. Reżyseritis acuta (czyli, wedle Irzykowskiego, coś w rodzaju ostrego przerostu reżyserii) Wojdowski miał w pogardzie i z metodycznością diagnosty, niewolną od sarkazmu, opisywał objawy patologii; Rudnicki jej nawet nie zauważał.

Rudnicki dożył swych lat i po okresie sławy i popularności odszedł osamotniony w 1990 roku. Żegnaliśmy go na Powązkach może w trzydzieści osób. Wojdowski w 1994 popełnił samobójstwo, jak paru innych pisarzy, świadków Zagłady: Jean Amery, Primo Levi, Paul Celan. Trauma pokonała ich po wielu latach.

Wracam do teatropisania Wojdowskiego z powodów, że tak powiem, dydaktycznych – chciałbym zarazić nim studentów, jak sam zostałem kiedyś zarażony. Czytam go z nieodmiennym podziwem: dla przenikliwości, mądrości, niezależności sądu. Z górą pół wieku temu widział syndromy choroby, która na naszych oczach stoczyła teatr doszczętnie (pisał na przykład: „nowatorstwo nie opiera się na konceptach, a osiągane bywa prostotą, surowością środków"; nie przypadkiem też w jego tekstach raz po raz pojawiają się takie słowa, jak: rygor, forma, konwencja).

Pewnie w oczach postępowych teatrologów Wojdowski byłby, gdyby go czytali, okazem staroświecczyzny, ale ja mam słabość do staroświeckich autorów, a do postępowców – nie bardzo. Zaś o uczonych teatrologach, którzy, wzorem Tarełkina, idą przed postępem, a postęp wlecze się z tyłu za nimi, wolę się nie wypowiadać, bo to – jak mawiał Gałczyński – za duży wiatr na moją wełnę.

Czytam więc na nowo Wojdowskiego i trafiam na to zdanie: „Pierwsze przedstawienie w życiu jest najlepsze w życiu". Wraz z tym zdaniem sięgam pamięcią w głąb własnego doświadczenia: kiedy to było i co z tego wynikło? Widzę moje rodzinne miasteczko z epoki, gdy pierwszy człowiek już poleciał w kosmos, ale jeszcze nie wylądował na Księżycu. Jestem za mały, żeby chodzić do szkoły i żyję w bardzo ograniczonym światku. W jego centrum – Dom Strażaka, a w tym Domu, wyposażonym w całkiem przyzwoitą scenę, działa teatr amatorski.

Mama zabiera mnie na próby. Przesiaduję na widowni albo pałętam się po kulisach, gdzie walają się jakieś szpeje i klamoty, które za chwilę staną się dekoracją. Obserwuję aktorów, których znam na co dzień, ale teraz widzę ich w kostiumach pożyczonych z teatru w Kaliszu – panie przebrane za panów i odwrotnie. Nie jest to żaden eksces, lecz Gwałtu co się dzieje Fredry – brawurowa komedyjka, którą dziś można by pewnie potraktować genderowo i feministycznie, i aż dziw, że nikt tego nie zrobił.

Bardzo mi się na próbach podoba; najbardziej, że kompania pracuje z autentyczną pasją, a zarazem nie stroni od żartów, czasem nawet – wygłupów. Zaśmiewam się do łez. Fascynacja płynną granicą między zabawą i powagą – na scenie, w życiu – pozostanie mi na zawsze.

Teraz, kiedy sam pracuję w teatrze, wciąż zaglądam za kulisy. Czasem stoję w nich przez całe przedstawienie i próbuję uchwycić ten niepojęty moment, kiedy aktorki i aktorzy już prawie wchodzą na scenę, jeszcze sobie żartując, i nagle stają się kimś innym. Holoubek potrafił, grając, opowiadać dowcipy w taki sposób, że publiczność tego nie zauważała, jedynie koledzy na scenie się gotowali.

Myślę, że na długo przed tym, nim zacząłem studiować wiedzę o teatrze, w Domu Strażaka złapałem bakcyla, który uodpornił mnie na teatr nazbyt nieziemski i natchniony. Taki na przykład, jaki w swoich mętnych i bombastycznych wywodach głosił Osterwa. Pamiętacie jego przesławne zdanie, że Bóg stworzył teatr dla tych, którym nie wystarcza kościół? Na taką wizję teatru jestem ślepy i głuchy. Egzaltacje, emfazy, mistycyzmy, święte Artaudy i akty całkowite, źródła i góry płomieni; teatr – świątynia, teatr – dżuma, teatr – opętanie to nie dla mnie. Jeśli już ma być przekroczenie, to wolę takie, jakiego dokonał Władysław Grabowski, gdy w Wieczorze Trzech Króli poprzedzał swoje kwestie słynnym „Tiepier' ja". Fakt, że był „pjany krzynkie", ale lepsze to niż Słowackiego „bośmy się duchem bożym tak popili"...

Lubię w teatrze klimat wędrownej trupy i niepowagi, iluzję, grę, błazeństwo. Lubię zapach szminki, sztuczne wąsy i peruki, kostiumy, które zmieniają aktora nie do poznania. Lubię wreszcie gong, dający sygnał do rozpoczęcia przedstawienia, najpierw wyższym tonem, a zaraz potem niższym, głębokim – bim, bom. I szum idącej w górę kurtyny, wzniecającej drobinki kurzu, które wirują w świetle reflektorów...

To znaczy lubiłbym te wszystkie atrybuty teatru, gdyby jeszcze istniały.

Janusz Majcherek
teatralny.pl
21 lutego 2017

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...