Piłsudski patrzy z Belwederu

"Marszałek" - reż. Krzysztof Lang - Teatr Telewizji

Prapremiera tego Teatru Telewizji odbyła się w murach Belwederu - w obecności dygnitarzy, lecz także Szewacha Weissa i młodzieży z mazowieckich liceów. "Marszałek" Wojciecha Tomczyka (reżyseria: Krzysztof Lang) pokazuje jeden dzień roku 1933 i rozgrywa się w tym historycznym gmachu, tam go kręcono.

Ta premiera to zdarzenie niemal polityczne, skoro słuchamy słów Józefa Piłsudskiego, że nie ma mowy o "końcu historii". Zupełnie jakby stojący nad grobem Marszałek zmagał się z późniejszym o dziesiątki lat Francisem Fukuyamą. A zmagamy się z nim my, Polacy. Do wiadomości Witolda Mrozka z "Wyborczej" - to prawdziwa wypowiedź Marszałka.

Zarazem to sztuka o polskim realizmie. Zadająca kłam uproszczonemu widzeniu Polaków, polskich elit, jako naiwnych romantyków. Piłsudski z dramatu Tomczyka ma niejedną wadę. Ale siadając do narad nad pomysłem wojny prewencyjnej przeciw Niemcom, używa twardego języka konieczności. To język w finale nieskuteczny. Czy może być inny? To już pytanie do Europy.

Większość z tego, co pokazał Tomczyk, to historyczna prawda, gdzieniegdzie sztukowana fantazją. Pomysł wojny prewencyjnej przeciw Niemcom wyziera ze wspomnień Mieczysława Lepeckiego, zapisków Kazimierza Świtalskiego i źródeł francuskich, choć wciąż jest owiany mgłą pewnej tajemnicy. Autor wydarzenia ścisnął - łącząc kryzys gdański z roku 1932 z naradami z 1933 i przygotowaniami do polsko-niemieckiego paktu o nieagresji z 1934 r. Wszystko rozgrywa się tu w jeden dzień.

Powstało widowisko żywe, mądre i aktualne. Choć z punktu widzenia moich poglądów na zdarzenia Marszałek jest nieco idealizowany. Wydaje się, że był wtedy w gorszym stanie - fizycznym i psychicznym. No i był dyktatorem. Z drugiej strony nie ukrywa się przed nami, że dominacja Piłsudskiego nad otoczeniem bywała nieznośna, czasem śmieszna. W każdym razie my, Polacy, w takim nieidealnym Piłsudskim, w jego słowach o polskiej historii, możemy się przejrzeć.

Nie każda sytuacja przekonuje. Czy Piłsudski, wtedy bardzo podejrzliwy, zniósłby przysłanie do jego gabinetu przez żonę pracownika do naprawiania zegara w momencie, kiedy prowadzi najtajniejszą naradę z byłymi premierami? Ale wobec swej poprzedniej sztuki "Breakout" Tomczyk używał określenia "realizm magiczny". Ta scena, inne też, to okazja do metafory.

Przeżywający złoty okres Mariusz Bonaszewski zagrał Piłsudskiego świetnie, z odrobiną szaleństwa tak typowego dla jego aktorstwa, a równocześnie bez próby kreowania Piłsudskiego rodzajowego, owego zaciągającego staruszka z zachowanych nagrań. Aktor był dobrze przygotowany. Po premierze w Belwederze górował wiedzą o Marszałku nad zawodowymi historykami.

Mamy także galerię innych postaci: Mirosław Baka jako Walery Sławek, Adam Woronowicz jako Kazimierz Bartel, Andrzej Grabowski jako bardzo wyrazisty Aleksander Prystor, Dorota Landowska - mocna pani Aleksandra. Moją uwagę zwrócił Józef Pawłowski rolą skromnego ogrodnika będącego swoistym komentarzem do zdarzeń.

Konwencja paradokumentalnego widowiska ogranicza aktorów. A przecież nie jest to już dawny, nieco toporny telewizyjny teatr faktu. No i tekst poza paroma momentami unika tak typowej dla gatunku deklaratywności. Choć Witold Mrozek nazwał to drętwą akademią. Poetyka donosu na Tomczyka ("zapamiętajmy to nazwisko"), sprowadzanie wszystkiego do wojny z PiS, zwalnia mnie z dyskusji.

Piotr Zaremba
wSieci
16 grudnia 2017

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia