Pinokio u Fredry - więcej na tak

"Pinokio" - reż. Robert Drobniuch - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

"Pinokio" u Fredry, miał być inny. Tak go zapowiadano. Słowo nie zostało rzucone na wiatr. Premiera za nami. Zacznijmy od końca. Owacji na stojąco nie było, na kolana też nikogo nie ugięło. Może i dobrze, widz ma już dosyć rzucania o matę, zbijania kolan w oglądaniu "teatru ogromnego", że aż strach. Do teatru się idzie po teatr. Modlić do kościoła, a słuchać spazmów do rockowej knajpy. W Teatrze im. Aleksandra Fredry podczas premiery Pinokia widz dostał po co przyszedł - teatr. Trudno o reklamacje, chyba, że faktycznie nie był to spektakl dla dzieci raczej - gimnazjum. Tu jednak łatwo krzywdzić dzieci odpowiadając za nie, wbrew pozorom jak śpiewał klasyk "dzieci nie są takie głupie".

"Pinokio" Maliny Prześlugi na tej cienkiej linii, która nie zabija piękna pierwowzoru, a jednak jest opowieścią "tu i teraz". Autorka tekstu stąpa: prosto, bezbłędnie jak linoskoczek. Tekst wymagający. Stawia wysoko poprzeczkę zapewne wszystkim stronom spektaklu: scenografii, muzyce, reżyserowi i aktorom ale też widzom... choć nie jest trudny.

Początek spektaklu, trochę "zadreptany" przez Wojciecha Siedleckiego, poetyka ginie gdzieś w manierycznej nieco grze. Nie mniej trudno tu mówić o teatralnym brudzie, raczej jest to niezdecydowanie jaki ma być ten Gepetto: czy dobry uczciwy choć biedny, czy jednak poczciwy ale trochę głupkowaty. Na szczęście to tylko pierwsze chwile. Chyba wszystko trochę prostuje się przy rozmowie ze świerszczem, nadal jednak Gepetto Siedleckiego idzie klasycznie. Powoli buduje się ta chyba najbardziej mistyczna zwłaszcza w teatrze lalek scena stwarzania "tej jednej jedynej" idealnej lalki. Pięknie, że drewno jest drewnem, nie styropianem zatopionym w masę z gazety i mąki, jak tu drzewiej bywało. Pinokio - grany dość rzetelnie przez Patryka Pietrzaka, gdzieś niestety zwłaszcza w pierwszej scenie frazuje Koterskim z "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". To uwiera, choć nie razi. Zresztą, być może zamysł zamierzony. Im dalej w spektakl tym lepiej w drugim akcie znakomicie (i nie jest to jedynie cytat z byłego wykładowcy). Ruchowo bez zastrzeżeń, chyba od początku, mimo dość karykaturalnie potraktowanej nieporadności pierwszych kroków. Warunki głosowe słychać świetne, ewidentnie jednak grane bez podparcia w dolnych rejestrach.

Czytelna intencja płynąca z tekstu ale i czytelna koncepcja reżyserska postaci. Tak jak powoli Pinokio poprzez doświadczenia życiowe zbliża się do pierwszego skurczu serca, tak Patryk Pietrzak zbliża się do bardzo dojrzałej (jak na staż wręcz nad wyraz) gry w drugiej części spektaklu.

Tu już nie ma tanich zagrywek na pograniczu jarmarczności i kabaretu, które pewnie ustawione były przez reżysera. Kilka dobrych momentów w pierwszej części zwłaszcza plastycznie. Miejscami bardzo dobre wejścia Świerszcza granego przez Bogdana Ferenca. Tu też gra sam kostium, trochę "disnejowski" a jednak bez kiczu. Dobre wejścia Leszka Wojtaszaka. I tu właśnie do końca wykorzystane doły walorów głosowych, ale bez patetycznego przegięcia. Pierwsze wejście Policjanta z publiczności, zgrany manewr, ale skuteczny zwłaszcza, wobec dzieci.

W pierwszym spotkaniu Pinokia z nowymi "kolegami" linię spektaklu rozbija dosłowność. Kostium Pinokia jest owszem ciuchem powszednim mogącym wisieć w dzisiejszej szafie, ale FullCap i bluza koszykowa, bluzy z kapturem - rodzą pytanie o to gdzie umowność, której mimo minimalizmu w reszcie scenografii jest jednak wiele? Zostawmy jeszcze sprawę scenografii i kostiumów. Jeśli już padło, że po antrakcie Pinokio ma momenty znakomite - bo ma... Momenty też ma Knot, w tym przypadku, mowa o momentach, jedynie dla tego, że postać pojawia się niemal epizodycznie. Wyrazista postać, dobrze dobrany kostium, bez dosłowności zapewne pomaga. Nie mniej to aktor, który wychodzi na krótkie scenki zdołał stworzyć mocną postać. Piękna scena w sali z piłkami do skakania. Wracając do momentów, które i owszem były... Nieco mefistofeliczny lalkarz. Mimowolnie gdzieś blisko Craiga i nadmarionety, dzięki rzecz jasna Pinokiu, ale i Czerwonemu Kapturkowi i Lalkarzowi. W tej scenie jest to co trzeba: dynamika i poezja. Cała czwórka aktorów zagrała w punkt. Choć poetycko robi się już gdy Szymon Kołodziej jako clown-cyrkowiec zjawia się z mikrofonem. Trudne zadanie Czerwonego Kapturka wykonane bardzo rzetelnie. Element teatru w teatrze ograny być może, a jednak... Dobre wejścia Kotki i Lisa (Anna Pijanowska i Maciej Hązła) szczególnie w interakcji z "psem Pinokiem" a potem z Policjantem.

Kostium Kotki mimo pewnego uproszczenia - broni się, natomiast postrockowo-undergroundowy Lis - kolejne pójście na skrót. Jakże zgrane w polskim teatrze. Wydaje się jednak, że zdecydowanie para dobrze wychodzi w wejściu na balkonie w drugiej części. Druga część - teatr bez mrużenia oczu. Po przerwie widz zanurza się w zupełnie innym świecie. Piękny element teatru cieni, bardzo poetycki motyw Pinokia płynącego w poszukiwaniu ojca. Dynamiczna - scena w brzuchu wieloryba - bardzo spójna koncepcja reżyserska, gra aktorów i scenografia. W tym momencie nawet do głuchego dociera też genialna muzyka Mai Pietraszewskiej - Koper. Subtelnie zagrany tuńczyk. Delikatnie bez przerysowań zagrany moment śmierci Knota - widz rezonuje łzą w oku, mimo, że nie jest ckliwie. Gepetto po powrocie do domu - już mniej przyruchów mniej rozedrgania. Troszkę łopatologiczny finał, ale w bajce morał musi być.

Tekst jak wspomnieliśmy świetny. Mamy Pinokia, mamy też w nim chłopca z każdej polskiej a może europejskiej biednej ulicy. Jest też świat istotnych dla młodych ludzi pierwszych konfliktów - podwórko i szkoła. Przede wszystkim dziecko nie jest traktowane jak idiota i to jest siła Pinokia Maliny Prześlugi. Jest w tym tekście sporo dowcipu i gry słów. Jest też zamierzony brud, bieda, zarąbywanie pieniędzy, kopanie w dupę osła... Na szczęście ta "bieda", która miała wedle zapowiedzi zbliżyć Pinokia do ulic Gniezna i podobnych miast, nie jest przeakcentowana. Nie ma lewackiego morału, wręcz wskazanie na dom i serce jako źródła.

Scenografia, minimalistyczna, czysta, prosta. Tak się dziś buduje teatr bez zastawek, bordiur i krynolin. Martyna Dworakowska potraktowała street bez dosłowności mało tu gratów i scenicznych śmieci. Piękne piłki do skakania, pozornie mało istotny zabieg: obszycie wielkich piłek włochatymi materiałami - efekt zmiana świetlistości i faktury, ostatecznie to właśnie ciepło i faktura podbija poetykę sceny. Świetne wykorzystanie multimediów - rzucone niby w powietrzu fronty kamienic, powtarzalność okien... Trochę ten metalowy kubeł rozbija porządek sceny - pewnie rzecz zamierzona. Kostiumy - czasem brak konsekwencji. Gepetto mógłby zagrać w każdej bajce, choć raczej archaicznej. Pinokio mimo wszystko dość umownie i uniwersalnie choć prosty kostium, pajacykowatość uzyskana jedynie przez szelki. Spójny kostium Knota, przy czym estetyczne i praktyczne kaptury z oślimi uszami - sprawdzają się. Trochę jednak butaforiów. Świerszcz, przemyślany bardzo bajkowy piękny, Czerwony Kapturek i Lalkarz ale i Wilk też bajkowo nie koniecznie pięknie ale OK...

Natomiast wspomniane kostiumy, które zdecydowanie nie są kostiumami - kolegów ze szkoły, nawet, jeśli Szymon Kołodziej świetnie wygląda wrzucony w T-Shirt XXXL i Full Cap, rozbijają koncepcję, na szczęście nieznacznie. O ile Kotka mimo przerysowania wpina się w teatralność, chyba przeładowany Lis już mniej. Scenografia broni się w 100 % a kostiumy w większości.

Muzyka, to ten element spektaklu, który jest punkt w punkt, dźwięk w dźwięki. Maja Pietraszewska-Koper zrobiła kawał wspaniałej roboty. Piękne momenty trochę jak z Satie, a jednak wszystko bardzo współcześnie brzmi.

Reżyseria,właściwie bez zarzutu. Od pierwszej sceny czytelny zamysł, jasna koncepcja. Jeśli nawet pojawiają się różne konwencje - nie ma tu zgrzytu. Raczej płynne przejścia niż eklektyczny bigos. Świetnie zrytmizowane przedstawienia, choć nie ma piosenek i wyliczanek. Jest kilka dłużyzn, wbrew pozorom w nieco "szybszej" - pierwszej części. Trudno znaleźć patent na ich wyczyszczenie. Drobniuch pokazał, że wie jak ustawia się teatralne puzzle.

Marketingowo - grupa docelowa 8-12 chyba nietrafiona. Trzeba podnieść przedział wiekowy wyżej. Nadal jednak jest to teatr rodzinny, Dorosły być może odbierze ten spektakl równie dobrze jak gimnazjalista.

KODA:

Spektakl z tych, o których pisze się ciężej niż się ogląda. Nie da się załamać rąk, bo "Pinokio" u Fredry jest niezły. Trudno też wyrzucić ręce w ekstazie zachwytu bo nie jest wybitny. Jeszcze jeden cytat z prywatnej wiadomości "więcej na tak niż na nie".

Zdecydowanie na tak: tekst, muzyka, scenografia, Pinokio, Knot, Świerszcz, Clown/Cyrkowiec, Kotka, Policjant. Nie znaczy to, że reszta to już zupełnie na nie. Lis obroniłby się grą - gdyby nie ten kostium, Gepetto też pewnie w całości, gdyby nie był Szpakiem Fryderykiem bis. Wróżka wcale źle nie gra, a jednak postać zupełnie schodzi na ostatni plan, przed Chłopem - trochę jakby z Zemsty. Po bardzo rzetelnej "Virginii Wolff" i świetnym "Szpaku Fryderyku" przyszedł czas na niezłego "Pinokia". Otwarcie sezonu bez fajerwerków, a jednak powtórzmy za PBJ-em - "Więcej na tak, niż na nie". Warto zaryzykować też myśl, że to taki spektakl, który będzie krystalizował w dobrą stronę w trakcie grania. Gimnazjalistom i licealistom - podoba się - zrobiliśmy rekonesans.

Jarosław Mixer Mikołajczyk
Popcentrala
22 września 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia