Piosenka prawdę ci powie

„Kram z piosenkami" – reż. Jerzy Jan Połoński – Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie

Kiedy odejdą ostatni świadkowie epoki i przeminie pamięć o dawnych zwyczajach, a wydarzenia, którymi wieki temu żyło społeczeństwo, przysypie kurz historii, to, co było, pozostanie, wyryte w najtrwalszym nośniku – piosence. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Leon Schiller, gdy zbierał różne, staropolskie oraz jemu współczesne, utwory i tworzył „Kram z piosenkami".

W oknie sceny Teatru Osterwy wisi ogromna rama – nieco zaśniedziała, nasuwająca skojarzenie ze starym obrazem, który od lat wisi na ścianie i nikt się nim specjalnie nie interesuje. Wewnątrz ramy wisi półprzejrzysty materiał, na którym wyświetla się zdjęcie pomieszczenia zagraconego drewnianymi krzesłami i stolikami w różnym stanie zużycia, wielką trzydrzwiową szafą, staromodną kołyską. Gdy światło gaśnie, materiał się rozsuwa, a zdjęcie wyświetlające się teraz na tylnej ścianie sceny ożywa. Na pierwszy plan wychodzi mężczyzna w kontuszu (Wojciech Bielawiec) i zapowiada widowisko, które powstało z fascynacji Schillera staropolszczyzną, ludowymi przyśpiewkami i piosenkami śpiewanymi przez różne grupy społeczne. Po tym krótkim wstępie zza kulis wychodzą aktorzy ubrani w kostiumy przypominająca staropolskie stroje, z mocnym biało-czarnym makijażem, który upodabnia ich do wampirów z niemych filmów. Bo też niejako są takimi upiorami – widmami z przeszłości. I poprowadzą nas przez historię Polski, od XVII wieku poczynając, na XX kończąc, z pieśnią na ustach.

Piosenki, którymi aktorzy opowiadają o dawnych wydarzeniach, zwyczajach i o codzienności, mają prosty tekst i rytmiczne, wpadające w ucho melodie. To utwory, które śpiewano w szlacheckich dworach, pałacach arystokracji, w chłopskich chatach, na jarmarkach i ulicach miast, w stolicy i na prowincji. Słowa układali ludzie na poczekaniu i pisali je poeci. Trzymają się z daleka od narodowej martyrologii, skupiając się na kwestiach bardziej codziennych: kuligu, biesiadzie, oświadczynach czy nawet wysłużonej pelerynie. Często śmieszą (np. utwór „Ciotunie" opowiada o tym, jak dwie matrony udzielają małżeńskich rad młodziutkiej pannie szykującej się do zamążpójścia), czasem wzruszają (jak „Małgorzatka", w której bohaterka za młodu ugania się za żołnierzami, a na starość zostaje sama i musi sprzedawać obwarzanki, żeby mieć za co żyć).

Choć wszystkie utwory bronią się same w warstwie tekstowej, to o jakości lubelskiego spektaklu decyduje przede wszystkim wykonanie. Aktorzy nie tylko śpiewają, ale także wcielają się w bohaterów, odgrywają sytuacje przedstawione w piosenkach. W trakcie przedstawienia kilkakrotnie zmieniają kostiumy, za ich pomocą zaznaczając zmieniające się epoki i środowiska. W paru utworach wykorzystują także kukiełki. Podczas gdy za całą scenografię wystarcza wielka rama i zdjęcia wyświetlane na tylnej ścianie niczym starodawne prospekty, aktorzy mają do dyspozycji praktycznie pustą przestrzeń sceniczną. Prawie każdemu utworowi towarzyszy rozbudowana choreografia. Urszula Pietrzak ruchem, gestem i krokami świetnie uzupełniła teksty – czego aktorzy nie dośpiewają, to dograją.

„Kram z piosenkami" tworzy jedenastoosobowy zespół. Nie sposób inaczej wyrazić się o obsadzie, ponieważ wszyscy w jednakowym stopniu są obecni na scenie. Mimo że pojawiają się solówki czy duety, to patrzy się na aktorów jak na zgraną całość. Ta energia, która wytworzyła się w grupie, udziela się publiczności – można mieć wrażenie swoistej przynależności do tego grona. I tak jak kiedyś śpiewanie tworzyło wspólnotę, tak dziś namiastkę tej jedności da się odczuć podczas przedstawienia w Teatrze Osterwy, kiedy nogi same przytupują do rytmu i odruchowo nuci się pod nosem melodie w delikatnie uwspółcześnionych aranżacjach Łukasza Damrycha.

Jerzy Jan Połoński otworzył nowy sezon teatralny subtelnie, bez rozliczeń i tez. Jego spektakl na tle mocno zaangażowanych i krytycznych spektakli poprzedniego sezonu odznacza się lekkością i nienachalną refleksją o przeszłości wplecioną między teksty piosenek a choreografię. Zastanowienie się na tym, jak lepimy historię podług własnych potrzeb czy wyobrażeń – dla chętnych.

Ewa Jemioł
Dziennik Teatralny Lublin
22 września 2018

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...