Płacz błazna

"Król Lear" - reż. Anna Augustynowicz - Teatr Kochanowskiego w Opolu, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy

„Król Lear" Anny Augustynowicz to spektakl, który nie pozwala się streścić, poręcznie ująć w prostych sloganach lub łatwo uporządkować. Niepokoi on bogactwem odniesień i wielością możliwych interpretacji.

W spektaklu stworzonym przez połączone siły zespołów Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu i Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy występuje wiele intrygujących wątków, które wzajemnie się przenikając, uniemożliwiając zarazem jedną, holistyczną interpretację, porządkującą rozproszone motywy w całość. Anna Augustynowicz zdaje się w swojej inscenizacji ciągle mylić tropy, aby pozbawić widza komfortu wiedzy i pewności. Chociażby w rzucającym się od razu w oczy podziale ról.

To, że jedyny mężczyzna na scenie odgrywa postać Leara pozwala oczekiwać, że tragikomedia Szekspira zostanie przepuszczona przez pryzmat patriarchalizmu i jego upadku. Oto stary król reprezentujący świat przemocy i męskiej dominacji, przekazuje władzę w ręce kobiet. Lecz z tym prostym schematem kłócą się inne elementy spektaklu.

Kwestia płci nie zostaje na scenie szczególnie uwyraźniona, a córki Leara, które dostają władzę, postępują wedle reguł starego świata. Nie widzimy więc na scenie żadnej zmiany paradygmatu, obalenia starego porządku.

Dodatkowo zaciemnia – czy może raczej: rozszerza – obraz kreowany przez Augustynowicz intrygująca scena, która zdaje się przedstawiać poród Maryi w Betlejem. Na ekranie widać gwiazdę wskazującą miejsce przyjścia na świat Mesjasza, za przyciemnianą taflą pleksi kobieta rodzi, z jej łona wyciągany jest sznur. Nie padają żadne słowa. Może więc należy porównać Króla Leara z wyszydzonym Królem Żydowskim? Może szlafrok noszony przez Mirosława Zbrojewicza odnieść można do purpurowego płaszcza Jezusa, o który rzucono losy? Istnieje pewna paralelność postaci stworzonej przez Szekspira i bohatera Ewangelii. Lear rezygnuje z władzy, prestiżu i wpływów, a później zostaje ośmieszony, obdarty z godności, cierpi opuszczony. Jezus triumfalnie wjeżdża do Jerozolimy po to, aby przejść swoją mękę, będąc najpierw wyszydzonym. Jednak takie odczytanie trudno obronić w świetle tego, że to Weronika Krystek grająca rolę błazna i Edgara pojawia się na scenie z koroną cierniową i stalową rurą przywodzącą na myśl jedno z ramion krzyża. Ta interpretacja też okazuje się niepewna, nieprzekonująca.

Dodatkowo komplikuje spektakl Augustynowicz wprowadzenie na scenę trzech bogiń: Jowisza, Junony, Minerwy. Właściwie zwrot „wprowadzenie na scenę" nie jest w tym przypadku dokładny, ponieważ aktorki wcielające się w antyczne bóstwa przez dużą część sztuki znajdują się na widowni. Komentują one przebieg akcji i zatrzymują go pstryknięciem palców. Przez to zdają się przynależeć do innego porządku niż postacie z dramatu Szekspira. Trudno jednak nazwać je swoistymi reżyserkami. Ich rola jest często służebna wobec bohaterów sztuki. Z pewnością boginie wprowadzają do „Króla Leara" wiele motywów metateatralnych, których w inscenizacji Augustynowicz nie brakuje. Co chwilę fakt gry zostaje podkreślony: Zbrojewicz po płomiennej kwestii wyraźnie rozgląda się dookoła, żeby zobaczyć, czy jego słowa zrobiły wrażenie na słuchaczach, unosi brwi, jakby dziwił się sile wypowiedzianego tekstu, dystansując się tym samym od swojej roli. W innej scenie Lear trzyma w ręku scenariusz spektaklu, siada pomiędzy widzami, komentuje grę aktorek. Iluzja zostaje zerwana, a zaangażowanie emocjonalne podważone: nie można w pełni zanurzyć się w świat przedstawiony, zapomnieć o tym, co dookoła.

Wszystkie wątki metateatralne sprawiają, że widzowi trudniej współodczuwać z bohaterami, bo poruszające sceny zaraz zostają skontrapunktowane podkreśleniem tego, że to tylko gra, teatr, iluzja. Łzy ocierane na końcu przez błazna, który stoi nad martwym Learem nie są oznaką tego, że odbyła się właśnie oczyszczająca katharsis. Nawet ten gest współczucia zostaje zakwestionowany, odegrany groteskowo albo raczej do przesady teatralnie.

Augustynowicz prowadzi spektakl w sposób wymagający, każdą kliszę, prostą próbę uporządkowania tej tragikomedii kwestionuje, podważa, uchyla. Wprowadza nowe wątki, tworząc splot tak bogaty, że bardzo trudny do rozwikłania. Zresztą nawet nie należałoby rozplatać na poszczególne nici dramatu Leara, bo spektakl ten jedynie w swojej złożoności może pozostać żywy i prowokujący.

Michał Cierzniak
Dziennik Teatralny Trójmiasto
3 sierpnia 2021

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...