Plaga ohydy w polskim teatrze

"Halka" - reż. Mariusz Treliński - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Znajdujemy się w dobie panowania koronawirusa (z rozmaitymi przyległościami). Nikt nie wie, jak długo to potrwa, więc w ramach akcji "Zostań w domu" teatry, nie chcąc dać widzom o sobie zapomnieć prezentują w sieci - na YouTube czy na Instagramie - w różnorakiej formie swoje spektakle. W tej sytuacji Polacy - zwłaszcza ci, którzy rzadko bywają w teatrach żywego planu - mają wreszcie okazję zobaczyć, jakie pozycje, jakie treści i jaką ideologię propaguje w swoich przedstawieniach teatr, szczególnie że spektakle wystawiane są za pieniądze podatników. Oczywiście, nie można obejrzeć w internecie wszystkich przedstawień, jakie zostały wystawione w bieżącym sezonie czy też w sezonach poprzednich, tylko jakąś ich część. W czasie, gdy piszę ten tekst, nie jest jeszcze wiadoma odpowiedź na pytanie: kiedy teatry powrócą do swojej normalnej działalności i kiedy publiczność będzie mogła zasiąść na prawdziwej widowni.

Niemniej jawi się refleksja, być może szokująca dla niektórych, że trzeba było aż koronawirusa, by wymusił zamknięcie teatrów. I to w okresie Wielkiego Postu. Albowiem to, co na większości scen teatralnych było do tej pory prezentowane, nie godzi się być nazywane teatrem. Mniej więcej do 11 marca, kiedy nastąpiło zamknięcie teatrów, a więc właśnie w czasie trwania Wielkiego Postu, próżno byłoby szukać na scenach teatralnych choćby minimalnie zarysowanego akcentu czy klimatu, odzwierciedlających ten jakże ważny i wyjątkowy dla chrześcijańskiej cywilizacji czas. Bo przecież nie tylko dla katolików. Wydawałoby się, że głęboka refleksja nad sobą, nad przemijaniem, nad istotą naszego człowieczeństwa i sensu naszej egzystencji tu, na ziemi, dotyczy wszystkich bez względu na światopogląd. Tymczasem teatry, poza nielicznymi wyjątkami, prezentowały w tym okresie na swoich scenach spektakle nierzadko bluźniercze, karykaturujące Pana Jezusa, Matkę Bożą, szydzące z krzyża Chrystusowego, jadowicie nienawistne wobec Kościoła katolickiego, naszej religii, ośmieszające katolików. No i - co też jest stałym elementem wielu przedstawień - dokonywały deprecjacji rodziny, podstawowych wartości oraz szydziły z polskości i patriotyzmu. Nie mówiąc już o prezentowaniu na rodzimych scenach pornografii, w tym tzw. twardej, jak choćby w "Diabłach" na scenie Teatru Powszechnego w Warszawie. Należy przy tym dodać, że spektakle te są w warstwie artystycznej przykładem wyjątkowej miernoty, pustki intelektualnej i amatorskiego wykonawstwa.

Złe trendy obecne były nawet w programie odbywającego się corocznie od jedenastu lat w Warszawie Interdyscyplinarnego Wielkopostnego Festiwalu Nowe Epifanie, którego część zdążyła się jeszcze odbyć - od 26 lutego do 11 marca, kiedy zamknięto z powodu pandemii instytucje kultury. Ten organizowany przez Centrum Myśli Jana Pawła II festiwal, mający obecnie w podtytule słowo "wielkopostny", bodaj do 2017r. nosił nazwę Gorzkie Żale; oba te terminy wzięte zostały z liturgii Kościoła katolickiego. Tegorocznym bohaterem, główną postacią, wokół której koncentrował się program festiwalu nie był bynajmniej Jezus Chrystus, co wydawałoby się tak bardzo oczywiste, lecz Maria Magdalena, jak napisano w programie do festiwalu: "Apostołka Apostołów". Według organizatorów jest ona patronką m.in. "pociągu seksualnego oraz kobiet", co zresztą obrazował spektakl "Maria Magdalena. Wykład o grzechu". Wyraźnie propagowana była w tej sztuce ideologia feministyczna oraz podważane prawdy zawarte w Piśmie Świętym. Powoływano się na apokryfy oraz prezentowano dowolne spekulacje twórców spektaklu na temat Marii Magdaleny. Z kolei w innym przedstawieniu zaprezentowanym w ramach festiwalu, a zatytułowanym "Boża krówka", nie zabrakło szyderstw z pieśni religijnych, z procesji Bożego Ciała, z wizerunku Matki Bożej. Ośmieszone zostały także spowiedź i Komunia święta - ksiądz miał zawieszoną na szyi kokardę ze stuły, pił wódkę, używał wulgaryzmów.

Również w roku ubiegłym nie Zbawiciel był głównym bohaterem "wielkopostnego festiwalu", lecz Judasz. Dziwi to tym bardziej, że impreza rokrocznie odbywa się w okresie przygotowującym do święta Zmartwychwstania Pańskiego - najważniejszego w liturgii Kościoła katolickiego. No i, jak już wspomniałam, jego organizatorem jest warszawskie Centrum Myśli Jana Pawła II, którego celem powinno być propagowanie, wdrażanie i realizowanie myśli Ojca Świętego, ukazywanie głębokiego wymiaru papieskiego nauczania. Tymczasem Festiwal Nowe Epifanie - zwłaszcza ta część programu, która tyczy się teatru - wskazuje, iż Centrum działa właściwie na szkodę imienia świętego Jana Pawła II i sprzeniewierza się Jego nauczaniu. Spektakle rokrocznie tam prezentowane nie tylko uwłaczają Polakom, ale przynoszą niewymierną szkodę - demoralizując, zatruwając umysły i kreując fałszywy obraz Kościoła i katolików, a także Polski i Polaków. Co najdziwniejsze, te bluźniercze festiwalowe przedsięwzięcia zostały także w tym roku - podobnie jak poprzednio - dofinansowane ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a zatem z naszych podatków!

W sytuacji nagromadzenia na scenach teatralnych tylu bezeceństw, obrzydliwości i amatorstwa wykonawczego zdawało się, że tak bardzo od dawna oczekiwana premiera Moniuszkowskiej "Halki" w reżyserii Mariusza Trelińskiego przynajmniej w części wynagrodzi publiczności owe niedopuszczalne braki prawdziwej sztuki w repertuarach teatralnych. Tymczasem znowu nastąpiło wielkie rozczarowanie, jeśli chodzi o formułę inscenizacyjną widowiska, wizualną stronę spektaklu oraz przerobienie libretta.

Moniuszkowska "Halka" w inscenizacji Trelińskiego miała dwie premiery: wiedeńską w Theater an der Wien w grudniu i po dwóch miesiącach warszawską. Przedstawienie w Operze Narodowej w Warszawie jest identyczne z wiedeńskim spektaklem. Różni je tylko obsada - poza Piotrem Beczałą, który śpiewał zarówno w Wiedniu jak i w Warszawie - chór i orkiestra. Realizatorzy są ci sami, toteż koncepcja inscenizacyjna oraz interpretacja dzieła Moniuszki również jest identyczna w obu wystawieniach. Można wręcz powiedzieć, że widząc warszawski spektakl można było mieć obraz przedstawienia wiedeńskiego z poprawką na ową różnicę w obsadzie. Wiedeński spektakl prezentowała Telewizja Polska na kanale Kultura 29 marca w ramach akcji "Zostań w domu". Widzowie, którzy widzieli warszawskie przedstawienie "Halki", z pewnością zauważyli bliźniacze podobieństwo obu tych wystawień.

Do tych, którzy z niecierpliwością oczekiwali na warszawską premierę "Halki" należałam także i ja. Mimo iż znając reżyserskie przedsięwzięcia operowe Mariusza Trelińskiego na scenie warszawskiej Opery Narodowej - Teatru Wielkiego, powinnam być przygotowana na to, że z oryginalnej Moniuszkowskiej "Halki" niewiele się ostanie. I rzeczywiście - niestety, niewiele się ostało.

Główną atrakcją spektaklu i w Wiedniu, i w Warszawie był polski śpiewak, jeden z najwybitniejszych obecnie tenorów na świecie, jeśli nie najwybitniejszy, Piotr Beczała, który wykonywał partię Jontka. To właśnie dzięki jego zabiegom "Halka" Stanisława Moniuszki została wystawiona w Wiedniu, co ma niebagatelne znaczenie, jeśli chodzi o propagowanie w Europie i na świecie tej najwybitniejszej obok "Strasznego dworu" i najpiękniejszej polskiej opery narodowej. Wyjście opery Moniuszki poza Polskę jest sprawą oczywiście bardzo ważną, ale nie na tyle, by działo się to kosztem karykaturowania Moniuszkowskiej myśli oraz idei zawartej w oryginalnym utworze, a także nadpisywania dziełu interpretacji z pozycji współczesnej ideologii feministycznej. A takie właśnie jest przedstawienie Mariusza Trelińskiego.

Jak pamiętamy, u Moniuszki, w oryginalnym libretcie Wolskiego, akcja toczy się na Podhalu. Halka jest góralską dziewczyną zakochaną w dziedzicu Januszu, który ją uwiódł a potem porzucił, żeniąc się z Zosią, córką Stolnika. W Halce z kolei kocha się góral Jontek, który nią się opiekuje. Jednak nieszczęśliwie zakochana dziewczyna, nosząca pod sercem dziecko Janusza, popada w obłęd i w finale opery rzuca się w wody górskiej rzeki.

Treliński całkowicie przerobił operę. Według nowego, zupełnie bezsensownego scenariusza Piotra Gruszczyńskiego, który wypacza zarówno myśl Moniuszkowską, jak i ideę dzieła, narracja prowadzona jest z perspektywy Janusza (w tej roli Tomasz Rak; w spektaklu wiedeńskim - Tomasz Konieczny), który staje się głównym bohaterem. Akcję umieścił reżyser w Hotelu Kasprowy w latach 1970. Halka jest tam sprzątaczką i pokojówką, Jontek kelnerem, a Janusz obibokiem i uzależnionym od alkoholu celebrytą, który biorąc za żonę Zosię (Maria Stasiak), wżenia się w bogatą rodzinę dorobkiewicza Stolnika (Krzysztof Szumański); Stolnik to właściciel hotelu, ktoś w rodzaju mafiosa. Goście o proweniencji marginesu społecznego, którzy dorobili się na przestępczej działalności, bawią się na weselu Janusza, a usługuje im służba hotelowa. Wszyscy piją na umór (pewnie są i narkotyki) aż do tarzania się po podłodze. Kobiety są rozochocone i rozwydrzone. Paląca papierosy Halka, rzucająca się na szyję Januszowi, wygląda i zachowuje się niczym tłumok. Aż dziw, że Janusz chciał ją uwieść. Występująca w roli Halki Izabela Matuła (w warszawskim spektaklu) została jakby złośliwie ubrana w obcisłą minisukienkę, szpecącą i deformującą sylwetkę śpiewaczki. Aż dziw, że artystka zgodziła się na takie wizerunkowe oszpecenie poprzez fatalnie dobrany kostium autorstwa Doroty Roqueplo. Całe to pijane, prostackie weselne towarzystwo urządza sobie dyskotekę w rytm Moniuszkowskiego mazura, wyczyniając przy tym pokraczne figury taneczne. Choreografia autorstwa Tomasza Jana Wygody jest wprost straszna, zupełnie nie do przyjęcia. Tylko Jontek grany przez Piotra Beczałę zachowuje w tej inscenizacji twarz, ubrany na przemian w białą kelnerską marynarkę i czarną skórzaną kurtkę. Przypomina w swym sposobie bycia hollywoodzkich aktorów Jamesa Deana i Clinta Eastwooda.

Wszystkie sceny z "Halki" rozgrywają się pośród koszmarnej, wyciemnionej, szaroburej scenografii autorstwa Borisa Kudlički. Patrząc na tę karykaturę Moniuszkowskiego dzieła, nikt nie uwierzy, iż "Halka" jest perełką w skarbcu naszego dziedzictwa narodowego. Wulgarnie unowocześniona, odarta z pierwotnego, głębokiego ducha, z problemów swoich czasów, patriotyzmu i polskości, ze szlacheckiej tradycji, z malowniczego górskiego otoczenia i pięknych tańców góralskich, nijak się ma do muzyki Stanisława Moniuszki. Zawarte w dziele kompozytora społeczne kwestie będące odbiciem tamtych czasów przeniesione u Trelińskiego na lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku są tworem zupełnie sztucznym.

Gdy jednak zamkniemy oczy na ohydną stronę wizualną i pozostaniemy w kontakcie tylko ze stroną muzyczną (świetnie poprowadzona przez Łukasza Borowicza orkiestra) i wokalną, doświadczymy wielkiego, pięknego przeżycia artystycznego. Piotr Beczała w partii Jontka wystąpił w Warszawie w trzech przedstawieniach (w następnych zagrał Rafał Bartmiński). Gdy śpiewał "I ty mu wierzysz, biedna dziewczyno" czy "Szumią jodły" na widowni panowała taka cisza, jakby publiczność przestała oddychać, nie chcąc uronić ani jednej nuty. To była uczta muzyczna nie do zapomnienia. Pozostaje w pamięci także miły uchu, o ładnej barwie, mocny sopran Izabeli Matuły jako Halki. Wszyscy soliści zresztą, cała strona wokalna, chór są na wysokim poziomie, dają popis znakomitego perfekcyjnego wykonania. Napawają pocieszeniem, że mimo fatalnej inscenizacji piękna i tak bardzo polska muzyka Stanisława Moniuszki jest jak królowa, zdecydowana i niezależna od tego, co zmajstruje przy niej jakiś wypełniony pychą i chorą ambicją reżyser.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
WPIS
9 maja 2020

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...