Plusy dodatnie

"Aktor" - reż: Michał Zadara - Teatr Narodowy w Warszawie

Michał Zadara przeszedł już smugę cienia, niedługo dobiegnie czterdziestki, ma spory dorobek reżyserski potwierdzony licznymi nagrodami oraz jasny pogląd na to, czym ma być teatr publiczny. Od swoich kolegów, wojujących o uznanie wyspekulowanymi atakami na elity, współczuciem dla wykluczonych i odmieńców, różni się sposobem widzenia teatru jako instytucji pełniącej powinności edukacyjne, kulturalne, a nade wszystko służącej rozmowie o współczesności poprzez krytyczną analizę przeszłości.

Nawiązując do ostatnich dyskusji o sposobie mianowania dyrektorów i finansowania teatrów, pisze w "Krytyce Politycznej": "Należy sformułować obywatelskie i demokratyczne zadania teatru publicznego w klarownym dokumencie, który mógłby być kompasem dla urzędników, dyrektorów i samorządowców, którzy nie wiedzą, po co mamy tyle tych teatrów". Z braku jasno określonych funkcji i zadań teatru publicznego rodzi się, jego zdaniem, szereg patologii i frustracji - od marnowania ludzkich sił i talentów po wielkie marnowanie publicznego grosza. Słusznie, plus dodatni pierwszy. 

Są sceny zabetonowane od lat, tak zwane domy spokojnej starości, gdzie twórczego myślenia na lekarstwo się nie znajdzie; inne oddaje się ludziom dojrzałym, niekoniecznie z dorobkiem teatralnym, albo znanym, choć w zupełnie innych dziedzinach niż zawodowy, publiczny teatr. Gdy nie wiadomo, czemu dana instytucja ma służyć, nie wiadomo, czego wymagać od jej kierownika, więc i system awansów kuleje. Wśród młodych ludzi narasta frustracja, "[...] wielka ilość wiedzy, kompetencji i ambicji - dodaje Zadara - jest albo marnowana, albo wysyłana za granicę. Społeczeństwo (które zapłaciło, żeby ten cały talent wykształcić) nie ma z tego nic".

Nareszcie, chciałoby się powiedzieć, znalazł się ktoś, kto myśli w kategoriach obywatelskiej odpowiedzialności, nie tylko o własnej karierze. Reżyser wychowany w Europie i w Ameryce nie klęka przed każdym, kto zrobił przedstawienie w teatrze niemieckim czy francuskim, ani też przed kimś, kto przenosi obce wzorce na nasz grunt bezkrytycznie. Przeciwnie, ośmiela się powiedzieć, że to marnowanie publicznych pieniędzy i szkodliwy odpływ zdolnych ludzi, którzy powinni pracować dla tutejszej publiczności. Do tej pory słyszałam wyłącznie pienia i zachwyty na temat naszych reżyserów, którzy pracują za granicą. Ponieważ Zadara poruszał się po świecie (nadal to robi) swobodnie, to i myśli bez kompleksu prowincji. Rozsądnie więc domaga się uporządkowania, a przedtem zwerbalizowania, idei stojących za systemem teatrów publicznych. Wtedy chęć bycia dyrektorem teatru nie będzie się kojarzyła z zatrudnianiem własnego klanu, nepotyzmem, czyli totalnym obciachem, tylko z odpowiedzialnym pełnieniem społecznych powinności. Oczywiście nie ukrywa, że chciałby zostać dyrektorem teatru. Drugi plus dodatni.

Czy reżyser posiada potrzebne do tego siły i środki? Zdecydowanie tak. Jest dostatecznie młody, by podołać ciężkiej fizycznej pracy, jaką jest kierowanie teatrem zawodowym, gdyż wymaga niepoliczalnych godzin spędzanych w murach takiej instytucji. Jest też wystarczająco utalentowany i doświadczony jako reżyser, by skupić wokół siebie grupę twórczo myślących ludzi, na czele ze swoją piękną, świetnie wykształconą muzycznie, aktorsko i reżysersko żoną - Barbarą Wysocką. Najważniejszą jednak rękojmią sukcesów wydaje się jego myślenie o teatrze nie jako o narzędziu politycznej walki, ale krytycznego spojrzenia na nasze dziś w powiązaniu z tradycją, bo - jak podkreśla - "teatr bierze się z rozmowy ze zmarłymi", "jest zawsze formą wywoływania duchów, a to fundament myślenia o współczesności". Nie uprawia publicystyczno-politycznej propagandy w skali jeden do jednego, tylko teatr artystyczny, dzięki czemu udało mu się odświeżyć sensy zapomnianych lub rzadko wystawianych tekstów jak "Odprawa posłów greckich" Jana Kochanowskiego, "Ksiądz Marek" Juliusza Słowackiego, "Kupiec" Mikołaja Reja czy inaczej interpretowane "Wesele" Wyspiańskiego. Plus dodatni trzeci.

Ostatnim przykładem odkrywczego czytania klasyki może być "Aktor" Cypriana Kamila Norwida wystawiony na Scenie przy Wierzbowej Teatru Narodowego. Inspiracją dramatu napisanego w 1862 roku (jego rozszerzona wersja powstała w 1867 roku) stały się bankructwa paryskiego multimilionera Jules\'a Isaaka Miresa i znanego tamże bankiera Thurneyssena, które znacznie nadszarpnęły fortuny wielu rentierów (w tym Zygmunta Krasińskiego), co dowodzi, że romantykowi zagadnienia giełdy i afer finansowych nie były obce. Oglądał je okiem człowieka biednego, tym bardziej wrażliwego na odmianę losu oraz związane z tym perturbacje indywidualne i społeczne. Bohater Aktora, Hrabia Jerzy (Oskar Hamerski), właśnie został zrujnowany przez niejakiego Gluckschnella, któremu powierzył rodzinne finanse. W związku z tym Baron Potomski (Mateusz Rusin) już nie chce się żenić z jego siostrą Elizą (Patrycja Soliman), ona wciąż pozostaje obojętna na zaloty dawnego guwernera, który wygrał na loterii majątek (Marek Barbasiewicz), lecz serca wychowanki zdobyć nie może. Hrabina matka (Ewa Wiśniewska) załamuje ręce, gdy komornik zabiera z domu obrazy. Słowem, przyszłość rysuje się niepewnie. Ale, od czego sztuka? Hrabia Jerzy lubi kolorowe ptaki, artystów i birbantów. W ulubionej kawiarni spotyka szkolnego kolegę, Gotarda Pszonkkina (Arkadiusz Janiczek), aktora i dyrektora teatru, który go namawia, by wstąpił do jego trupy, nawet z roli Hamleta gotów jest na jego rzecz zrezygnować. Ów obrót fortuny okazuje się wielce zabawny, bo nieprzewidziany; w połowie dziewiętnastego wieku aktorów traktowano jak ludzi pośledniego stanu, niegodnych przyjmowania na salonach. Norwid tymczasem w inteligentach pracujących i artystach pokładał nadzieje na zmianę spetryfikowanej struktury społecznej. Młody hrabia z jego sztuki jako Hamlet nie tylko zdobywa uznanie, lecz także zaczyna spłacać długi.

Przedstawienie jest inteligentne, zabawne i całkiem współczesne, choć reżyser, zamiast dopisywać sceny z dzisiejszych gazet, zagrał prawie cały wierszowany tekst z wszystkimi obocznościami mowy sprzed stu pięćdziesięciu lat, a aktorzy posługiwali się nim z wielką swobodą (w czym pomogła Grażyna Matyszkiewicz odpowiedzialna za pracę nad słowem). Romantycznymi postaciami bawili się z wdziękiem, charakterystyczne sylwetki hrabiów, baronów, artystów i biedoty tworzyli z elementów dawnego i współczesnego obyczaju, nie zapominając zabarwić je ciepłą ironią.

Robert Rumas, scenograf, usadził widzów na obrotówce, którą maszyniści przesuwają ręcznie przed kawiarnię, willę hrabiego, hotel "Pod Jeleniem" zarządzany przez Faustyna Bizońskiego (Waldemar Kownacki) i kulisy sceny, gdzie trupa Pszonkkina gra Szekspira. Konstrukcja przestrzeni pozwala poczuć, jak wraz ze zmianą punktu siedzenia zmienia się punkt widzenia, zwłaszcza na kwestie społeczne, przejawiające się odmiennie w każdym z oglądanych miejsc. A każde z nich ma akcenty współczesne, kawiarnia stała się repliką pobliskiego "Antraktu", z widokiem na żyletkowiec Metropolitan, gdzie przychodzą aktorzy Narodowego i współcześni biznesmeni. W salonie hrabiny modystka Nicka (Anna Chodakowska) doradza w sprawach mody, co chwilę machając diabelsko połą od fraka, więc obok krytego czerwoną skórą designerskiego szezlonga znajdują się obrazy Jacka Malczewskiego, Józefa Simmlera i Davida Hockney\'a. W zapuszczonym hotelu zaś zegary pokazują czas w Nowym Jorku, Tokio i Otwocku. Aktorzy ubrani zostali współcześnie, rozmawiają przez komórki i i-Pady, otrzymują i wysyłają SMS-y i choć mówią lekko archaicznym wierszem, wszystko staje się zrozumiałe i aktualne, bo - jak powiadał Tomasi di Lampedusa - wiele się musi zmienić, by wszystko pozostało po staremu.

Zatem kapitalizm w pełni swej urody jednych prowadzi od pieniędzy do nędzy, drugich od nędzy do pieniędzy. Współczesny Madoff, ograbiwszy milionerów z fortun, może zacierać ręce, nie był pierwszym na ścieżce kreatywnego bogacenia się. W czasach kryzysu, jakie przeżywamy wraz z kapitalizmem, a którego jest on nieodłącznym składnikiem, biedni stają się jeszcze biedniejsi, vide Bizoński i jego córka dorabiająca kelnerstwem w stolicy (Wiktoria Gorodeckaja), bogaci coraz bogatsi. Ci nie przepadną, uratuje ich sztuka - obrazy warte miliony w każdej walucie - czyli puchowa poduszka chroniąca przed upadkiem na bruk, a teatr pozwoli przeżyć. Ironia, żart i wspaniałe odkrycie niegranej praktycznie sztuki (ledwie dwie realizacje po wojnie) czwartego wieszcza, który wielkim był, ale został zapomniany. Nieczęsto spotyka się podobne przedstawienia, zgodne ze statusem sceny narodowej i powinnościami wobec rodzimej klasyki. Kolejny plus dodatni dla reżysera.

Następny to "Wielki Gatsby" według słynnej powieści Scotta Fitzgeralda opowiadającej o szalonych latach dwudziestych ubiegłego wieku w Ameryce, gdy nieznany wcześniej dobrobyt mieszał w głowach, aż się kurzyło. Zadara zobaczył podobieństwa między przedkryzysową epoką w Luizjanie i naszym świeżo restytuowanym kapitalizmem. Ludzie, którzy mają za mało rozumu, a za dużo pieniędzy, okazują się do siebie zadziwiająco podobni, używają i nadużywają wszystkiego, od seksu i alkoholu po narkotyki, ale nieustanne imprezowanie przynosi ledwie iluzję szczęścia. Historia Jaya Gatsby\'ego zakochanego w pięknej Daisy to tyleż melodramat, co droga do iluzji, za którą się płaci cenę prawdziwego życia. Żeby zdobyć ukochaną, biedny James Gatz wdał się w niezbyt uczciwe interesy; musiał być niezwykle bogaty, atrakcyjny i ekscentryczny (stąd zmiana nazwiska), by zechciała porzucić dla niego męża i córeczkę. Kiedy był już bliski szczęścia, Daisy Buchanan wracając z zakrapianej imprezy spowodowała wypadek samochodowy. On wziął winę na siebie, ale nie kupił tym jej uczuć, lecz zginął z ręki męża zabitej dziewczyny, notabene kochanki Toma Buchanana. Ponętna i rozkapryszona dobrobytem Daisy nie znalazła czasu, by przyjść na jego pogrzeb, tak jak jej mąż nie przyznał się, że z żoną Wilsona romansował, obiecując awans do raju.

Michał Zadara nie opowiada tej historii, by napiętnować pustkę życia nowobogackich sprzed lat i tych, którzy dzisiaj budują luksusowe rezydencje i zabawiają się w gronie celebrytów. Przynajmniej nie tylko, byłoby to zbyt oczywiste. Tym, co go interesuje, jest niepokonana potrzeba iluzji, to wieczne samooszukiwanie się w dążeniu do wyimaginowanego szczęścia, blichtru i świecidełek materialnych, a jeszcze bardziej psychicznych. To dla mirażu szczęścia, znaczenia, władzy wielu jest skłonnych zaprzedać dusze, znosić wszelkie upokorzenia, do czego potrzeba kamiennego serca.

Jego bohaterowie są zewnętrznie ładnymi ludźmi, co podkreślają ich eleganckie stroje. Wnętrza domu Buchananów, jadalnia i salon, gdzie spotykamy ich w rozmowie z kuzynem i jego przyjaciółką, wyglądają jak z żurnala. Widzimy je na ekranach umieszczonych na filarach sceny, naprawdę mieszczą się w foyer teatru na piętrze, skąd obraz przekazuje kamera wideo. Jednakże w tych luksusowych wnętrzach, podobnie jak w duszach zamieszkujących je ludzi, nie ma życia albo jest takie, jak w pismach dla kobiet z wyższej półki -wylizane, grzeczne i puste. Tym piękniejsze, że sfilmowane; nawet bieda lepiej wygląda w wysmakowanych kadrach niż w kontakcie organoleptycznym, nie mówiąc o dobrobycie, który oglądamy łącznie z widokiem morza za oknem.

Podobnie w bliskich, niemal telewizyjnych kadrach (przekazywanych przez kamerę wideo), pokazane są sceny w hotelu, gdzie Gatsby (Michał Czachor) walczy o Daisy (Barbara Wysocka) z jej mężem, oraz jazda Daisy z Gatsbym samochodem, na chwilę przed wypadkiem, a także jego późniejsze oczekiwanie pod jej domem w nocy, gdy liczy, że przyzna się mężowi do kraksy i go porzuci. W tych wszystkich scenach widzimy ludzi młodych, znudzonych sobą i życiem, kompletnie wypalonych, pozbawionych namiętności. Te objawiają się we wnętrzach zupełnie innych, dla których Rober Rumas zaprojektował piętrową konstrukcję mieszczącą na dole warsztat samochodowy Wilsonów, na górze luksusowe mieszkanie, gdzie Tom (Mateusz Łasowski) i żona Wilsona (Marta Ścisłowicz) spędzają miłosne chwile, gdzie odbywają się pijaństwa i orgie, którym przygrywa orkiestra na żywo. Tam też ciągnie tłum kolorowych, ale marnych artystów, skąpo ubranych panienek sprzedających ciała za odmianę losu. Tam namiętności aż kipią; "money makes the world go around" - jak śpiewała Liza Minnelli. Na górze wyznawcy złotego cielca, na dole wykluczeni, jedni pędzą za blichtrem i błyskotkami, Wilson (Piotr Żurawski) ledwie wiąże koniec z końcem, ale świat widzi prawidłowo. Nie bez powodu mówi swojej puszczalskiej żonie: Bóg Cię widzi, i wiedziony zwykłym odruchem przyzwoitości zabije kierowcę, który ją przejechał. A naprawdę Gatsby\'ego, który tylko siedział obok prowadzącej samochód Daisy. Nic nie jest tak, jak się państwu wydaje, prawda nie zawsze dezawuuje iluzję, iluzja niszczy prawdę albo ją przerasta. Ze ściany wytapetowanej zdjęciem biblioteki można wyjąć prawdziwą książkę, zamiast hardcorowego wokalisty Mike\'a Pattona pojawi się w dzikich wygibasach aktorka (Karolina Adamczyk) w czarnej peruce, gdy jego piosenka Udo Negro z płyty Mondo Cane idzie z playbacku. Samochód jest od pierwszej chwili rozbity, bo nie o prawdę chodzi, lecz o zabawę. Życie jest tu spektaklem, każdy gra swą rolę wedle własnych wyobrażeń i możliwości, im zabawniej - tym lepiej. Łajdacy mają się wcale nie gorzej niż porządni ludzie, majątek zdobyty na przekrętach tak samo nie daje szczęścia, jak ten odziedziczony. Teatr kłamie naprawdę, a film tworzy szczególnie silne iluzje; gra zwierciadeł trwa nieprzerwanie. Żadnej pociechy, prawdzie można tylko spojrzeć w oczy, co jako przesłanie spektaklu zasługuje na następny plus dodatni. Szczególnie, gdy wziąć pod uwagę blisko dwadzieścia dobrze zrobionych ról zarówno z pierwszego, jak i dalszych planów.

Kolejnym plusem dodatnim na koncie Michała Zadary może okazać się jego nowy projekt "Mowy polskie". Zniesmaczony poziomem politycznych debat i polemik postanowił przyjrzeć się najważniejszym dla narodu mowom jego przedstawicieli różnych czasów i opcji politycznych. Począwszy od mowy Józefa Piłsudskiego z 1923 roku opisującej motywy wycofania się z życia politycznego, przez mowę Józefa Becka z 1939 roku odrzucającą niemieckie ultimatum, mowę Chaima Rumkowskiego z 1943 roku, który wyrażał zgodę, by Niemcy zamordowali dzieci z łódzkiego getta, po mowę Jana Pawła II o tym, by duch święty zstąpił na polską ziemię, a na mowie Wojciecha Jaruzelskiego z 1981 roku uzasadniającej wprowadzenie stanu wojennego kończąc. Pomysł przyjrzenia się poprzez te przemówienia współczesnej historii, obudowany, jeśli się tak można wyrazić, spotkaniami z naukowcami, którzy mogliby objaśnić kontekst historyczny i polityczny, w jakich powstały. Być może nie powstaną na tej podstawie spektakularne przedstawienia teatralne, ale sam namysł nad naszą historią wydaje się cenny, gdy grzęźniemy w beznadziejnym politykierstwie i seansach nienawiści. Plus dodatni kolejny.

Jeśli dojrzali artystycznie i społecznie twórcy mają zablokowaną drogę do objęcia teatrów, należy zapytać: jeśli nie oni, to kto?, jeśli nie teraz, to kiedy? Gdy będą sześćdziesięcioletnimi dobrze zapowiadającymi się młodzieńcami?

Elżbieta Baniewicz
Twórczość
19 lipca 2012

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki