Po co nam teatr?

Bałtycki Teatr Dramatyczny im. J. Słowackiego w Koszalinie

To pytanie zadali sobie uczestnicy debaty w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. Była ona kolejnym punktem obchodów jubileuszu 60-lecia BTD.

Czy jedyny teatr w mieście ma za zadanie tylko bawić widza? A może również nauczać, skłaniać do refleksji nad rzeczywistością? Do dyskusji na temat współczesnej roli teatru w BTD zaprosili widzów Bartłomiej Miernik, krytyk teatralny oraz Artur Liskowacki, również krytyk, do tego prozaik, eseista, poeta. Co ciekawe, widzów na widowni nie było wielu.

Spotkanie przyciągnęło gównie ludzi teatru i dziennikarzy. - To dowód, że nie trzeba pytać, po co nam teatr. Wszyscy znają odpowiedź! - żartowali uczestnicy.

- Często pojawia się pytanie, czy teatr nie powinien być impresaryjny- rozpoczął Artur Liskowacki. Impresaryjny, czyli wystawiający spektakle przygotowane gdzie indziej, bez własnego zespołu aktorskiego. - Jestem przekonany, że gdyby w taki przekształcono niegdyś BTD, dziś Koszalin nie miałby teatru w ogóle. I sam Koszalin byłby inny, bo przez lata teatr był elementem lokalnej, praktycznie patriotycznej dumy, teatr kształtował ludzi.

BTD, zdaniem rozmówców, daje też odpowiedź, jaki teatr jest nam dziś potrzebny. Jest on jednocześnie autorski, niesie klasykę, daje też rozrywkę. Liskowacki pokazał przykład Szczecina, w którym działa teatr artystyczny, teatr, który realizuje repertuar komediowo-klasyczny i teatr lalek. W Koszalinie wszystkie te teatry mieszkają pod dachem BTD.

- Połączyć je nie jest łatwą sztuką. Albo wyjdzie z tego chaos, albo dynamika, która będzie napędzać teatr i odpowiednio zaskakiwać, czasem drażnić widza. I wam udaje się to drugie. Co ważne, to połączenie pomaga też aktorom szlifować warsztat, bo raz grają w farsie, raz mierzą się z teatrem autorskim - tłumaczył Liskowacki.

Najważniejszym wnioskiem z dyskusji jest zgodna opinia krytyków, iż serce teatru nie bije dziś w Warszawie. - Polski teatr artystyczny od około dekady nie toczy się w stolicy. On żyje na tak zwanej prowincji geograficznej. Tam jak miechy chodzą płuca sceny, tam się jeździ - podkreślił Bartłomiej Miernik. - W Warszawie są gwiazdy, ale jakościowo spektakle - cóż, można więcej od nich oczekiwać.

Krytyk zauważył, że BTD w Polsce zrobiło się naprawdę głośno za sprawą Festiwalu m-Teatr, który prezentuje spektakle młodych reżyserów. - Zasiewacie ferment, który w teatrze jest niezwykle istotny - podkreślił Bartłomiej Miernik.

Głośno o teatrze jest też w regionie, gdzie teatr jeździ ze swoimi spektaklami. To za sprawą udziału w programie Teatr Polska, który został zainicjowany pięć lat temu. Jego celem jest ułatwienie dostępu do oferty teatrów poprzez zintensyfikowanie ich mobilności i umożliwienie prezentacji spektakli w ośrodkach mających utrudniony dostęp do kultury. BTD bierze udział w programie i "wozi" przedstawienia do mniejszych miejscowości. Widzów nie brakuje.

Goście debaty zauważyli, jakimi jeszcze działaniami teatr magnetyzuje dziś widzów. To drzwi otwarte, wystawy. - Zapraszacie nas do środka czasem bocznymi drzwiami. Odrzucanie zadęcie, które kojarzy się często ze sceną. Jesteście otwarci i to procentuje - oceniła jedna ze słuchaczek.

- Moim celem było i wciąż jest stworzenie z BTD marki - podkreślił Zdzisław Derebecki, dyrektor koszalińskiego teatru. Co przez to rozumie? - Teatr ma być taką marką, by ludzie chcieli tu przyjść. W Londynie na przykład do teatru chodzi dwa procent mieszkańców. A w Koszalinie dobra farsa zapełnia widownię... czterdzieści razy! To chyba sukces.

Joanna Krężelewska
Głos Koszaliński
19 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...